Reklama

Wspomnienia byłego więźnia obozu KL „Gross-Rosen”

2019-09-17 14:31

Krystyna Smerd
Edycja świdnicka 38/2019, str. 7

Krystyna Smerd
Wacław Bryjanowski na uroczystości rocznicowej w Rogoźnicy

W 80. rocznicę napaści Niemiec na Polskę na placu byłego Niemieckiego Nazistowskiego Obozu Koncentracyjnego i Zagłady „Gross-Rosen” w Rogoźnicy została odprawiona Msza św. w intencji tysięcy ofiar tego obozu. Dla Wacława Bryjanowskiego z Wrocławia, byłego więźnia kilku obozów koncentracyjnych, w tym KL „Gross-Rosen”, udział w Mszy św. w tym miejscu i czasie był bardzo osobistym przeżyciem. Miał bowiem pod powiekami obraz tego straszliwego miejsca z lat wojny – twarze wynędzniałych więźniów, z którymi dzielił los i których zapamiętał, oraz groźny obraz Niemców, którzy ich pilnowali.

– Do KL „Gross-Rosen” trafiłem po aresztowaniach dokonanych przez Niemców we Wrocławiu w 28 lipca 1944 r. – opowiada. – Przywieziono mnie do tutaj wraz z innymi Polakami po rozbiciu tajnej komórki Armii Krajowej we Wrocławiu, działającej wśród polskich robotników przymusowych. Do Wrocławia zostałem wywieziony w 1940 r. do pracy przymusowej przez Niemców z moich rodzinnych stron koło Wielunia – wyjaśnia. – Początkowo byłem pomocnikiem niemieckiego spawacza na budowie koszar SS w Leśnicy, a po krótkim czasie pracowałem już jako samodzielny spawacz w „Famo Fahrzeug und Motoren – Werke” („Dolmel” – po II wojnie światowej). Pracowaliśmy przez cały dzień od świtu do wieczora. Ja i inni Polacy mogliśmy wychodzić na miasto z hotelu, ale musieliśmy wrócić zawsze o ósmej wieczór. Nasz hotel pracowniczy znajdował się na terenie wrocławskiego osiedla Osobowice. Mieszkaliśmy tam w dużej grupie, m.in. z trzema przedwojennymi inżynierami – oficerami rezerwy polskiego wojska. Oni stopniowo po jednym z młodzieży wciągali nas do tej tajnej komórki AK. Celem był sabotaż, żeby Niemcy jak szybciej przegrali wojnę. Pod koniec lipca ktoś zdradził, w rezultacie czego Niemcy dokonali wielkich aresztowań wśród nas, Polaków. Tych inżynierów, których znałem, i jeszcze kilku, którym zarzucono zorganizowanie „siatki przestępczej”, od razu przekazano do więzienia w Berlinie, gdzie ponieśli śmierć w pokazowej egzekucji. Nas młodszych robotników, zdolnych jeszcze do pracy, wywieziono do KL „Gross-Rosen”. Pamiętam bardzo dokładnie ten straszliwy dzień. Byliśmy prowadzeni z dworca kolejowego w Rogoźnicy. Wchodziliśmy przez tę samą, istniejącą do dzisiaj, bramę. I przed tą bramą kazali nam zdjąć czapki. Ja w swej młodzieńczej naiwności pomyślałem nawet, że może w bramie jest jakaś kapliczka – wspomina. – Idąc dalej, nie przechodziliśmy jednak obok krzyża czy kapliczki, jak myślałem, ale obok SS-mana. Zaraz za bramą padło polecenie przejść do rzędu stolików i kolejno kazano nam odkładać na nie: pieniądze, obrączki, ubrania, bieliznę – aż zostaliśmy nago. Potem pognano nas pod prysznic, a dalej do więźniów fryzjerów, którzy nas ogolili od stóp do głów. Następnie ubrano nas w stare cywilne ubrania pomalowane czerwoną farbą i oznaczone w ten sposób znakiem krzyża na plecach. Każdy z naszej grupy otrzymał numer wyciśnięty na blaszce, który musieliśmy przywiązać na ręce. Oznajmiono nam, że nikt już nie ma nazwiska tylko numer. Numer, jaki dostałem, to 9059. W barakach obozowych umieszczono nas na prostych pryczach – trzy łóżka znajdowały się jedno nad drugim, pod kocami zużytymi przez wcześniejszych więźniów. Jednego ze starszych więźniów zapytałem, czy zgodnie z napisem na bramie obozu „Arbeit macht frei” mam szansę, pracując pilnie, wyjść z tego obozu koncentracyjnego na wolność? A on odpowiedział: „ależ tak – przez komin”. Nie rozumiałem tego. Choć ze mną – mówił dalej – to ci pokażę. Doszliśmy do krematorium, przed którym zobaczyłem pryzmę chudych ciał – zmarłych, zamordowanych, którzy „oczekiwali” w tej niemej kolejce na spalenie w piecach krematoryjnych.

Reklama

I ja miałem tak zakończyć życie! – Jednak Opatrzność Boża pokrzyżowała plany Niemców, co do wyników wojny i mojej osoby. W zarządzonej ewakuacji więźniów KL „Gross-Rosen” w lutym 1945 r. znalazłem się wśród więźniów, których wywożono do obozu Mauthausen-Gusen. Najpierw gnano nas pieszo, następnie jechaliśmy koleją w otwartych wagonach do obozu Mauthausen w Austrii, obok miasta Linz, potem do jego filii w Guzen, gdzie uwolnili nas 5 maja 1945 r. Amerykanie.

Wacław Bryjanowski wśród wielu wojennych wspomnień na mocno wyryty w sercu również obraz polskiego miasta – Wielunia z 1 września 1939 r., na które o 4.40 posypały się pierwsze niemieckie bomby i gdzie tym straszliwym aktem rozpoczęła się II wojna światowa. – Wieluń płonął na moich oczach i moich bliskich – wspomina. – Mieszkałem w Przedmościu – to jedna z miejscowości powiatu wieluńskiego. – Dymiące miasto widzieliśmy z oddali. Bardzo szybko, bo już w 1940 r. Niemcy dokonali w Wieluniu i okolicach masowych wysiedleń polskich rodzin. Moi rodzice zostali skierowani do pracy u młynarza – folksdojcza w naszej wsi, natomiast mnie – jeszcze chłopaka, któremu celowo dopisano 4 lata – Niemcy uznali za dorosłego i wywieźli do pracy przymusowej we Wrocławiu, co nie oznaczało końca mojego cierpienia, bo tym najstraszliwszym doświadczeniem był mój los więźnia KL „Gross-Rosen”.

Tagi:
historia obóz koncentracyjny wspomnienie

30 lat temu upadł Mur Berliński - symbol podziału Europy

2019-11-06 15:51

ts (KAI) / Bruksela

Komisja Episkopatów Wspólnoty Europejskiej(COMECE) w specjalnym oświadczeniu upamiętniła 30. rocznicę upadku muru berlińskiego. „Był to historyczny przełom, możliwy tylko dzięki zaangażowaniu wielu Europejczyków, którzy nieustannie, ale w sposób pokojowy, zdecydowanie domagali się politycznych przemian” - napisali biskupi w swoim oświadczeniu 6 listopada w Brukseli. Podkreślili, że “mur był symbolem ideologicznego podziału Europy i całego świata”.

wikipedia.org

Upadek muru otworzył drogę do odzyskania wolności po ponad 40 latach represyjnego systemu w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Ideologie, które stały za budową muru, nie zniknęły całkowicie z Europy i jeszcze dzisiaj ujawniają się pod różnymi postaciami.

"Niektóre z ofiar dawnych reżimów do dziś nie mogą zwieńczyć procesu pojednania. Ich zdecydowanie, zaangażowanie i cierpienia miały decydujące znaczenie dla wolności, jaką cieszą się dziś Europejczycy”, przypomina oświadczenie COMECE i podkreśla, że upadek muru berlińskiego pokazał, że budowa murów między ludźmi nigdy nie może stanowić rozwiązania.

Biskupi COMECE zaapelowali, aby nastawiony na przyszłość dialog między obywatelami Europy uwzględniał różne doświadczenia historyczne oraz obejmował nadzieje na wspólną pokojową przyszłość. Aby to okazało się skuteczne, potrzebna jest kultura spotkania i wysłuchania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Mokrzycki o nowych biskupach dla Ukrainy: nasz Kościół potrzebuje nowych sił

2019-11-12 20:22

kcz (KAI Lwów) / Lwów

- Cieszymy się bardzo, że Kościół rzymskokatolicki w Ukrainie ostatnio otrzymał dwóch biskupów Aleksandra Jazłowieckiego i Mikołaja Łuczoka – powiedział KAI abp Mieczysław Mokrzycki, metropolita lwowski. - Jesteśmy Ojcu Franciszkowi bardzo wdzięczni za te dwie nominacje młodych kapłanów, którzy wzbogacą także i nasz tutaj kolegium biskupów i będą też dla nas wsparciem.

Krzysztof Tadej

- Jest to dla nas bardzo ważne, ponieważ niektórzy biskupi mianowani jeszcze na początku odnowienia struktur Kościoła rzymskokatolickiego w Ukrainie już odeszli do wieczności i wielu jest już na emeryturze – wyjaśnił abp Mokrzycki. – Nowe nominacje to dla nas oznaka, że nasz Kościół jest żywy, że potrzebuje nowych sił by jak najlepiej otoczyć troską nasz Kościół, kapłanów, siostry zakonnych, ale przede wszystkim wiernych.

Lwowski metropolita zaznaczył, że obaj nowi biskupi pochodzą z Ukrainy. 40-letni ks. Aleksander Jazłowiecki, którego święcenia biskupie odbyły się w sobotę, 9 listopada, w konkatedrze św. Aleksandra w Kijowie będzie pomagał bp. Witalijowi Krywickiemu, ordynariuszowi diecezji kijowsko-żytomierskiej. Bp Jazłowiecki pochodzi z Gibałówki k. Szarogrodu na Podolu, gdzie przez okres komuny przetrwały największe skupiska katolików obrządku łacińskiego w tym kraju.

Z kolei 45-letni dominikanin Mikołaj Łuczok, którego 11 listopada papież Franciszek mianował biskupem pomocniczym diecezji mukaczewskiej urodził w Mukaczewie na Zakarpaciu. „Ks. bp Antal Majnek z Mukaczewa już od dłuższego czasu zwracał się z prośbą o koadiutora albo biskupa pomocniczego – mówił dalej abp Mokrzycki. - Biskup nominat Mikołaj Łuczok pochodzi z Zakarpacia i bardzo dobrze zna ten teren i zna języki tamtejszego ludu Bożego - ukraiński, węgierski, słowacki, polski, rosyjski. Jest z tej ziemi i będzie rozumiał tamtych wiernych, a także tradycje tamtejszego Kościoła”.

Abp Mokrzycki nie ukrywał, że archidiecezja lwowska trochę żałuje dominikanina. „Ojciec Mikołaj Łuczok był przez wiele lat związany z archidiecezją lwowską, poprzez duszpasterstwo akademickie we Lwowie. Bardzo dobrze rozwinął także duszpasterstwo przy kościele Matki Bożej Gromnicznej. Jego posługa była bardzo prężna, więc jego odejście będzie z uszczerbkiem dla tej wspólnoty. Ale cieszymy się, że teraz powróci do swojej macierzystej i będzie służył Kościołowi lokalnemu” – powiedział abp Mokrzycki.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Australia: Sąd Najwyższy rozpatrzy apelację kard. Pella

2019-11-13 09:56

st (KAI) / Canberra

Sąd Najwyższy Australii zgodził się na rozpatrzenie apelacji prawników kard. Georga Pella, który został skazany 2018 r. na 6 lat więzienia za molestowanie seksualne dwóch nastoletnich chórzystów w 1996 r., kiedy był arcybiskupem Melbourne. Zgodnie z wyrokiem, dopiero po odbyciu 3 lat i 8 miesięcy kary będzie mógł się ubiegać o warunkowe zwolnienie. 78-letni kardynał przebywa w więzieniu od 176 dni, gdzie - jak informuje CNA - jest pozbawiony prawa odprawiania codziennej Mszy św.

Kaspars Grinvalds/fotolia.com

Jak uzasadniali prawnicy, wyrok skazujący został wydany pomimo „uzasadnionych wątpliwości”, przemawiających na korzyść oskarżonego. Chodziło m.in. o fakt, że jedna z ofiar przed śmiercią przyznała, że nie była molestowana przez kard. Pella, a także o to, że materiałem dowodowym w sprawie przeciwko purpuratowi były jedynie zeznania drugiej z ofiar, którym zaprzeczały relacje 20 świadków powołanych przez obronę.

W oświadczeniu wydanym przez przewodniczącego episkopatu Australii, abp Mark Coleridge stwierdził, że „wszyscy Australijczycy mają prawo odwołać się od wyroku do Sądu Najwyższego. Kard. George Pell skorzystał z tego prawa, a Sąd Najwyższy stwierdził, że wydany w jego sprawie wyrok skazujący uzasadnia jego rozpatrzenie. Przedłuży to długi i trudny proces, ale możemy jedynie mieć nadzieję, że apelacja zostanie rozpatrzona tak szybko, jak to możliwe, i że wyrok Sądu Najwyższego przyniesie wszystkim jasność i rozstrzygnięcie”.

Jak oświadczył rzecznik Sądu Najwyższego odwołanie kard. Pella może zostać rozpatrzone najwcześniej w marcu 2020 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem