Reklama

Niedziela Częstochowska

Abp Depo do alumnów WSD: trzeba czynić dobro i modlić się

[ TEMATY ]

klerycy

seminarium

Ks. Mariusz Fkacz

„Bez pomocy Ducha Świętego nikt nie może powiedzieć, że Jezus jest moim Panem, Jezus jest moją Drogą i Życiem. To słowa są zadaniem” - mówił 8 października abp Wacław Depo. Metropolita częstochowski przewodniczył Mszy św. w kościele seminaryjnym pw. Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana z racji inauguracji nowego roku akademickiego w Wyższym Seminarium Duchownym w Częstochowie.

Od października 2013 r. w Częstochowie odbywa się także formacja przyszłych księży diecezji sosnowieckiej. Indeksy uczelni odebrało w tym roku w sumie 10 nowych alumnów. W sumie nowy rok akademicki rozpoczęło 82 alumnów.

Mszę św. z metropolitą częstochowskim koncelebrowało blisko 70 kapłanów m.in. biskup sosnowiecki, Grzegorz Kaszak przełożeni i wychowawcy seminarium, na czele z nowym rektorem seminarium ks. dr Grzegorzem Szumerą i wicerektorem ks. Konradem Kościkiem.

Reklama

W inauguracji wzięli udział przedstawiciele różnych uczelni wyższych m. in. Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie z prodziekanem Wydziału Teologicznego ks. dr hab. Janem Dziedzicem, Akademii Jana Długosza w Częstochowie, Politechniki Częstochowskiej, Wyższego Instytutu Teologicznego w Częstochowie z dyrektorem ks. dr hab. Marianem Dudą, przedstawiciele świata polityki, kultury i mediów na czele z Lidią Dudkiewicz redaktor naczelną tygodnika katolickiego „Niedziela” oraz alumni i wychowawcy Niższego Seminarium Duchownego w Częstochowie na czele z rektorem ks. dr. Jerzym Bieleckim. Obecny był również ks. mitrat Mirosław Drabiuk proboszcz parafii prawosławnej w Częstochowie.

„Tym, który nas jednoczy jest Jezus Chrystus, Droga, Prawda i Życie” - mówił na początku Mszy św. rektor seminarium ks. dr Grzegorz Szumera.

W homilii abp Depo odnosząc się do czytań mszalnych podkreślił, że w formacji seminaryjnej „trzeba czynić dobro i modlić się”. - Obydwie aktywności w oczach świata były i są często uważane za bezużyteczne. Czasem źli triumfują a dobrzy i sprawiedliwi cierpią. - zaznaczył abp Depo i dodał: „Czasem pada pytanie gdzie jest Bóg?”.

Reklama

Odczytując treść księgi Malachiasza arcybiskup podkreślił, że „jesteśmy świadkami fragmentaryczności wojny, która się toczy pomiędzy mocarstwami a giną spokojni i sprawiedliwi ludzie”.

„Ironiczne spojrzenie świata na to, że jest jeszcze ktoś, kto przychodzi do seminarium i poświęca się na służbę Bogu i ludziom. Ta ironia odrzuca odpowiedzialność osobistą za życie i za wybory ludzkie”. - kontynuował abp Depo.

Metropolita częstochowski przypomniał jak ważny jest dar modlitwy. - Jezus wzywa do natarczywej modlitwy. Jezus wskazuje na dar Ducha Świętego, który każe nam dostrzec sens naszej modlitwy i wierność łasce - mówił metropolita częstochowski.

„Chrześcijanie bowiem, pomimo wszystkich nieporozumień i zamieszania w otaczającym ich świecie, nie przestają wierzyć w „dobroć i miłość Boga do ludzi” (por. Tt 3, 4). Choć jak inni ludzie pogrążeni są w dramatycznej złożoności dziejów historycznych, pozostają utwierdzeni w przekonaniu, że Bóg jest Ojcem i kocha nas, nawet jeżeli jego milczenie pozostaje dla nas niezrozumiałe.” - przypomniał abp Depo słowa Benedykta XVI z encykliki „Deus caritas est”.

Na zakończenie abp Depo zaapelował do alumnów słowami psalmisty: „Powierz Panu swą drogę, a On sam będzie działał”.

Na zakończenie Mszy św. abp Depo podziękował dotychczasowemu rektorowi seminarium ks. prał. Andrzejowi Przybylskiemu za jego wiarę, otwarte serce dla młodych ludzi, troskę duszpasterską i kulturę bycia.

Po Mszy św. w auli seminaryjnej im. Jana Pawła II odbyła się dalsza część inauguracji nowego roku akademickiego.

„Celem formacji seminaryjnej jest wprowadzenie w relację jak miała miejsce między Jezusem a apostołami”. - mówił ks. rektor Grzegorz Szumera i dodał, że „apostołowie towarzyszyli Mistrzowi. Apostołowie trwali przy Jezusie”.

„Apostołowie zadawali Panu pytania. Czas formacji w seminarium ma być czasem zadawania pytań i poszukiwania wiedzy” - kontynuował ks. Szumera podkreślając równocześnie, że „ Jezus posyłał apostołów z misją głoszenia Ewangelii i dlatego konieczne jest nawrócenie duszpasterskie”.

Następnie ks. dr hab. Jan Dziedzic prodziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie mówiąc o znaczeniu formacji seminaryjnej podkreślił, że „potrzebna jest modlitwa kontemplacyjna na wzór św. Jadwigi królowej i św. Jana Pawła II”. - Ważne jest braterstwo, które jest kulturą spotkania i bezinteresownym darem z siebie. Duszą braterstwa jest miłosierdzie - mówił ks. Dziedzic i dodał, że „bardzo istotna jest misja kapłana, który powinien być żywą Ewangelią”.

Również dziekan alumnów diakon Dariusz Żydoń przypomniał, że „kapłaństwo to rzeczywistość związana z człowiekiem, którego Chrystus wybrał. Chrystus wybiera świętych, aby byli jeszcze bardziej święci i wybiera grzeszników, aby nie byli grzesznikami”.

Następnie odbyła się immatrykulacja nowych 10 alumnów, którzy odebrali indeksy z rąk abp. Wacława Depo i bp. Grzegorza Kaszaka.

Wykład inauguracyjny nt. „Młode pokolenie Polaków - projekt do wymyślenia” wygłosił ks. prof. dr hab. Krzysztof Pawlina, rektor Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie.

„Młodzi żyją w epoce zmian, a nawet w zmianie epok. Generalnie młodzież nie odrzuca religii. 90 proc. młodych ludzi uczęszcza na katechezę, w tym 80 proc. młodzieży deklaruje się jako wierząca, 30 proc. praktykuje religijność, a jedynie 7 proc. postępuje według zasad moralnych, których naucza Kościół” - mówił ks. Pawlina i dodał, że „wiara młodych jest subiektywna i wątpiąca”.

Ks. Pawlina podkreślił, że „młodzi czują się kreatorami zasad moralnych, a nie ich odbiorcami”. - W dziedzinie życia moralnego młode pokolenie nie chętnie przyjmuje nauczanie Kościoła. Sytuacjonizm w ocenie moralnej charakteryzuje młodego człowieka. - podkreślił ks. Pawlina.

Prelegent zaznaczył, że młodych ludzi charakteryzuje dziś „religijność spontaniczna”. - Młodzi mają trudności z regularną praktyką religijności. Celem życiowym młodego pokolenia jest rodzina, ale oderwana od tradycyjnego modelu rodziny i małżeństwa. Celem jest zdobycie dobrego wykształcenia, stabilna praca, dobre relacje z rodziną i grono przyjaciół. - mówił prelegent.

„Pokolenie młodych ludzi XXI wieku to pokolenie nie spełnionych nadziei. To młodość bez skrzydeł, pokolenie bez idei, które koncentruje się jedynie na swojej przyszłości” - kontynuował prelegent.

Rektor Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie przybliżył dzisiejsze pokolenie młodych, nazywane „lemingi”. - To są młodzi dobrze wykształceni, z dużych ośrodków miejskich, mają pracę w korporacjach, które określają jako „korpo”. To pokolenie młodych ludzi, którzy odcinają się od tradycji. W ich środowisku na topie jest czytanie Gazety Wyborczej, są widzami TVN i chętnie oglądają Kubę Wojewódzkiego. Dla nich najlepszym dniem na zakupy jest niedziela. - mówił ks. Pawlina i dodał: „Ci młodzi ludzie żyją pod presją „korpo”. Czasem próbują pogodzić hedonizm z wiarą”.

Prelegent wskazał na „duchową dewastację w młodych ludziach”. - Kryzys u młodego człowieka biegnie przez sam środek serca. Dlatego nasze myślenie duszpasterskie musi biec za tym, co się dzieje w świecie. - podkreślił prelegent i pytał jak pracować z tym pokoleniem młodych ludzi ? Odpowiadając na pytanie ks. Pawlina zaznaczył, że „trzeba tchnąć wielką ideę, uczyć pracy nad sobą i patrzeć dobrymi oczami na ludzi”. - Autorytet osobowy jest kluczem do serca młodzieży, a siłą jest miłość i czas ofiarowany młodemu człowiekowi. - podsumował ks. Pawlina.

Na zakończenie inauguracji roku akademickiego abp Wacław Depo podkreślił, że „nie możemy być ludźmi świętego spokoju”. - Niepokój musi nam towarzyszyć zawsze. - mówił abp Depo i dodał: „Nadzieja wynika z Boga a nie z nas”. Arcybiskup wskazał również, że list Jana Pawła II napisany do młodych trzydzieści lat temu jest zadaniem na dziś.

Natomiast bp Grzegorz Kaszak pytał w imieniu alumnów jak postępować i żyć, by przygotować się do nieoczekiwanych wyzwań? Odpowiadając bp Kaszak wskazał na dwa słowa: trud i radość.

Bp Teodor Kubina, pierwszy biskup diecezji częstochowskiej utworzył seminarium duchowne w Krakowie, przyłączając je do Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pierwszym rektorem seminarium został ks. dr Karol Makowski. W dniu 2 października 1926 r. pierwsi klerycy rozpoczęli studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwszym rektorem seminarium został ks. dr Karol Makowski. W dniu 2 października 1926 r. pierwsi klerycy rozpoczęli studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mieszkali w klasztorze bernardynów w Krakowie. W chwili otwarcia seminarium liczyło 32 alumnów na trzech kursach ( I-III).

Ze składek wiernych i duchowieństwa diecezji wybudowano, w latach 1928-30, gmach seminaryjny przy ul. Bernardyńskiej 3 w Krakowie. W 1930 r. zamieszkali w nim już klerycy. Uroczystego poświęcenia budynku seminaryjnego dokonał 6 października 1930 r. metropolita krakowski Adam Stefan Sapieha. Do 1954 r. klerycy byli studentami Wydziału Teologicznego UJ, w następnych latach istniało „studium domesticum”.

Decyzją bp. Zdzisława Golińskiego, drugiego ordynariusza częstochowskiego we wrześniu 1957 r. Wyższe Seminarium Duchowne stało się samodzielnym zakładem naukowym. Na mocy umów z Papieską Akademią Teologiczną w Krakowie a obecnie Uniwersytetem Papieskim Jana Pawła II alumni Wyższego Seminarium Duchownego po ukończeniu studiów uzyskują stopień magistra teologii.

Z woli bp. Stefana Bareły, trzeciego ordynariusza diecezji częstochowskiej rozpoczęto w 1983 r. budowę Wyższego Seminarium Duchownego w Częstochowie. W 1991 r. seminarium przeniosło swoją siedzibę do Częstochowy. Nowy gmach został uroczyście poświęcony przez Jana Pawła II w dniu 15 sierpnia 1991 r.

7 czerwca 1996 r. metropolita częstochowski abp Stanisław Nowak uroczyście poświęcił kościół seminaryjny pw. Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

Ks. Mariusz Frukacz

2015-10-08 15:01

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zasłużony odpoczynek

2020-07-08 08:41

Niedziela sandomierska 28/2020, str. I

[ TEMATY ]

seminarium

rok akademicki

Ks. Wojciech Kania

Bp Nitkiewicz sadzi cedr libański w seminarium

W Wyższym Seminarium Duchownym bp Krzysztof Nitkiewicz przewodniczył Mszy św. na zakończenie roku akademickiego.

Wraz z ordynariuszem Eucharystię celebrowali: rektor seminarium ks. dr Rafał Kułaga, profesorowie, wychowawcy oraz ojcowie duchowni. W homilii bp Nitkiewicz zwracał uwagę, że wiedzę zdobytą w seminarium trzeba poszerzać i uzupełniać przez spotkania z Bogiem i ludźmi.

– Formację seminaryjną można porównać do budowania domu. Jest ona wzmacnianiem fundamentów i podciąganiem w górę ścian, zakładając, że jego wznoszenie będzie potem kontynuowane. Stąd potrzeba rozwoju życia duchowego, znajomości filozofii, teologii, prawa i innych dziedzin, opanowanie zasad i procedur, a zarazem umiejętność planowania. Setnik z przeczytanej Ewangelii również był uformowany w podobny sposób, posiadał stabilizację, jasno określone poglądy, a jednak, jakby poza tym programem, wbrew wyznawanym pewnikom, postawił wszystko na Chrystusa, gdyż zobaczył w Nim kogoś niezwykłego. Pan Jezus oraz Kościół w liturgii Mszy św. dają nam za przykład wiarę setnika, poganina. Ona nie jest ani statyczna ani elastyczna, lecz polega na spotkaniu Chrystusa i na zawierzeniu Mu. Wiedzę zdobytą w seminarium trzeba poszerzać, uzupełniać w spotkaniach z Bogiem i ludźmi. Bez uprzedzeń i wykluczania kogokolwiek. Dochowując wierności tradycji, warto jest szukać i odkrywać to, co nowe, weryfikując nasze poglądy oraz postawę. A Chrystus – Baranek Boży, który gładzi grzechy świata i przychodzi do mnie codziennie w Eucharystii – sub tectum meum (pod mój dach) – dokona cudów. Wystarczy tylko jedno Jego słowo i nasza dusza zostanie uzdrowiona.

Po Eucharystii na placu seminaryjnym bp Nitkiewicz wraz ze zgromadzoną wspólnotą seminaryjną zasadzili cedr libański. Ordynariusz ofiarował również do seminarium dwie sosny wejmutki wyhodowane z drzewa rosnącego w ogrodzie domu biskupiego.

CZYTAJ DALEJ

Bas nad basy

Niedziela Ogólnopolska 31/2012, str. 12-13

Dominik Różański

Bernard Ładysz z żoną Leokadią Rymkiewicz-Ładysz, śpiewaczką sopranistką

ALICJA DOŁOWSKA: - Czy ten wspaniały głos odziedziczył pan po kimś z rodziny?

BERNARD ŁADYSZ: - Tego nie wiem. Pamiętam jednak, że zarówno ojciec, jak i matka mieli nadzwyczaj piękne głosy. Matka - sopran. Ojciec śpiewał tenorem. Byliśmy bardzo biedną rodziną. Oni nie mieli czasu ani warunków, by szkolić głosy. Wspólnie z matką, ojcem, braćmi, wujem i ciotkami występowaliśmy w chórze „Hasło”, prowadzonym przez prof. Jana Żebrowskiego w wileńskim kościele Ojców Bernardynów. Brat śpiewał basem, wuj natomiast śpiewał w chórze basem partie solowe. W 1935 r. nasz chór zdobył na konkursie w Warszawie pierwsze miejsce ex aequo ze stołecznym chórem „Harfa”. Musieliśmy być naprawdę dobrzy, skoro „Hasło” postawiono na równi z „Harfą” - najlepszym chórem w Europie.
W Wilnie istniał wtedy jeszcze drugi świetny chór - „Echo”. Chór Żebrowskiego skupiał środowisko rzemieślnicze: krawców, szewców, piekarzy. „Echo” nazywaliśmy chórem pańskim, bo w nim śpiewali dyrektorowie, szeroko pojęta inteligencja. Ale to nasz był lepszy. Miał piękne brzmienie. Utwory śpiewało się szczerze, każdy starał się pokazać najpełniej swoje wokalne możliwości. Dzisiaj chóry śpiewają tak sobie. Nie przykładają wagi nawet do prawidłowej artykulacji samogłosek, co w brzmieniu pieśni jest ogromnie ważne. Drażni mnie np., że śpiewają płaskie „a”, podczas gdy wykształceni śpiewacy śpiewają „a” okrągłe. To jest kwestia pokazania śpiewającej młodzieży, że nie tylko głos, ale również artykulacja głosek czy całych wyrazów jest w śpiewie szalenie ważna. Dopiero opanowanie tej umiejętności sprawi, że dźwięk zabrzmi bardzo ładnie. Nikt ich tego nie uczy.

- Piszą o Panu - bas. Ale brzmienie Pana głosu określają również jako bas baryton. Jak Pan sam nazwie skalę swego głosu?

- Bas baryton. Podczas śpiewu mogę głos obniżać. W brzmieniu mego głosu jest trochę jednej i drugiej tonacji. Głos to dar od Boga. Albo się go ma, albo nie. Ale z głosem jest jak z nieoszlifowanym diamentem: żeby zabłysnął pełnym blaskiem, trzeba go oszlifować. Kunszt osiąga się poprzez doskonalenie warsztatu i techniki.

- Jak to jest być najwspanialszym polskim basem? Czy brak konkurencji nie sprawia, że człowiek czasami spuszcza z tonu? Czy też opinia, że ktoś jest najlepszy, każe trzymać poprzeczkę wysoko, żeby nie zawieść?

- Nie kalkulowałem. Po prostu śpiewałem zawsze szczerze, z sercem. I nigdy nie markowałem. Zdarzały się, oczywiście, kiksy, ale to normalne. Do dziś żyję rolą Borysa Godunowa. Ta opera Musorgskiego zapadła we mnie głęboko. Podążając fraza za frazą - widać, ile jest tam głębi. Kompozytor, choć na portrecie Riepina może dziś przypominać bandytę, był genialny. W prowadzeniu myśli i głosów - mistrzowski. Może tylko szkoda, że „ruski”. Bardzo żałuję, że tego dzieła nie napisał Moniuszko. Nazwano mnie rusofilem, ale rusofilem nie jestem. Lubię muzykę rosyjską, bo taka jest moja natura: szeroka i otwarta. Nie mogę śpiewać np. Mozarta, bo jest dla mnie zbyt zamknięty w surowych rygorach. W muzyce Czajkowskiego, Musorgskiego, Rachmaninowa łapię oddech. To dopiero jest śpiewanie! Rosjanie i Włosi tworzyli muzykę dla basu, a polscy kompozytorzy - nie. Śpiewając, cały czas myślałem o roli. Zastanawiałem się na scenie: Po co ja kogoś o coś w tej operze pytam. O co mi chodzi.

- Myślenia o roli ktoś jednak Pana uczył.

- Wracam do tego, o czym mówiłem. Chóry, chóry i jeszcze raz chóry. Chórem trzeba żyć. Z chórem trzeba śpiewać. Muzykę należy przeżywać, bo to są emocje. Chóry rozwijają. Szkoda, że się tego nie docenia. Ale dziś nie kształcimy wrażliwości. Składa się na nią także poezja, literatura, malarstwo. Dożyliśmy czasów, gdy nawet maszyna może zrobić muzykę. Ale prawdziwego śpiewania „na żywo” nie zastąpisz, tego smaku i brzmienia...

- Ale też u Was w rodzinie istniała tradycja śpiewania domowego. W ogóle na Kresach śpiewało się w domu chętnie i często...

- O tak! U Ładyszów śpiewało się nie tylko z okazji imienin, świąt czy uroczystości rodzinnych. Śpiewało się, ot, po prostu - w chwilach wolnych i wieczorami. Gdy człowiekowi od smutku rozdzierała się dusza i gdy było radośnie. Wszyscy w rodzinie śpiewali. A że mieli piękne głosy, to aż sąsiedzi schodzili się posłuchać.
W chórach śpiewaliśmy ze słuchu, mówiło się, że „z ucha”, bo przecież nikt nie znał nut, żeby rozeznać tony i zrozumieć, jak są rozpisane głosy. Ale gdy chórzysta miał dwie, trzy oktawy, zawsze mieścił się w wyznaczonej tonacji. A dzisiaj, co? Zastanawiam się, dlaczego w polskich kościołach w repertuarze chórów nie ma Moniuszki. Tego wielkiego polskiego kompozytora. Jest autorem pięknego utworu „Oto drzewo krzyża”. Nie ma też bardzo starej pieśni „Ludu, mój ludu”. Tego chóry na ogół dzisiaj nie wykonują, choć są to przecież skarby polskiej kultury. A jeśli śpiewają, to okazjonalnie.

- Po wygraniu konkursu śpiewaczego w Vercelli otwierała się przed Panem światowa kariera. Ale Pan, owszem, śpiewał w mediolańskiej La Scali razem z Marią Callas w „Łucji z Lammermoor”, nagrał arie operowe dla Columbii, występował nawet w Chinach, ale nie czmychnął za granicę na stałe.

- Wciąż myślałem o Warszawie. Nigdy nie zapomnę, jak Warszawa nas przyjęła, gdy przyjechaliśmy z obozu w Kałudze w 1947 r. W łagrze pracowaliśmy przy wyrębie lasu. Było ciężko. Po wojnie też, bo Wilno nie było już po polskiej stronie. Zakochałem się w Warszawie, gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni „Maxim” i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę.

- Kocha Pan też Wilno.

- Tęsknię za Wilnem. Za Matką Boską Ostrobramską. To świat mego dzieciństwa, wczesnej młodości. Nikt mi go nie zabierze. Byliśmy kilka lat temu z żoną, która też jest wilnianką, na występach w Domu Polskim w Wilnie. Przeżyliśmy wspaniałe chwile wzruszenia. Odsłoniliśmy pamiątkową tablicę, którą Polacy chcieli mnie uhonorować. Miała zawisnąć na murze domu, w którym mieszkałem na Zarzeczu. Jednak wskutek protestów Litwinów dotąd tablicy nie udało się tam zamontować. Oni najchętniej wyrugowaliby wszelkie ślady polskości. A przecież przez tyle wieków tworzyliśmy wspólną historię i kulturę.

- Nie żałuje Pan rezygnacji z międzynarodowej kariery?

- Pewnie ówczesne polskie władze by do niej nie dopuściły. Ale ja na obczyźnie bym usechł. Nie mógłbym rozmawiać po polsku. Jestem Polakiem.

- Czy z ręką na sercu może Pan powiedzieć, że realizował się Pan w pełni w krajowych warunkach?

- Nie. Dużo rzeczy nie zaśpiewałem, do wielu miejsc nie pojechałem. Zablokowano np. moje tournée po zwycięstwie w Vercelli. Wszystko przez środowiskową zawiść. Kiedy patrzę na całe swoje śpiewanie, widzę, że ktoś mi cały czas przeszkadzał. Mówiono: Pięknie śpiewasz. I - do widzenia. Dzisiaj o wielu sprawach wreszcie wiem. Układają się w ciąg przyczynowo-skutkowy. Gdy miałem przez Pagart (instytucję wysyłającą polskich artystów za granicę) wyjechać na koncerty do Izraela, dokąd trzykrotnie mnie zapraszano - i ludzie tam na mnie czekali - zawsze wprowadzano zapraszających w błąd, że albo jestem chory, albo wyjechałem na koncerty, albo przygotowuję coś w kraju i jestem zajęty. Wyglądało na to, że ja te środowiska lekceważę, podczas gdy o zaproszeniach nie miałem zielonego pojęcia. Śpiewałem w ONZ - niemal w ogóle o tym nie pisano. A przecież to był zaszczyt.

- Uważa Pan, że na miarę takiego talentu można było osiągnąć więcej?

- Z różnych przyczyn na pewno nie. To był przecież bardzo trudny okres polityczny, gdy układy, donosy i anonimy ważyły na karierach. Mój talent i głos nie były w smak niektórym osobom i środowiskom. Tym bardziej że nie należałem do pokornych.

- Ale kochała Pana polska publiczność.

- I to było dla mnie najważniejsze.

* * *

Bernard Ładysz

Największy polski bas od czasów Adama Didura 24 lipca 2012 r. kończy 90 lat! Urodzony w Wilnie w 1922 r., miał 17 lat, kiedy wybuchła wojna. Był żołnierzem AK. Zesłany do obozu w Kałudze na Syberii, wrócił do kraju w 1947 r. Chciał być malarzem, został śpiewakiem. Pierwsze sukcesy zaczął odnosić jako solista Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. W 1951 r. kończy studia muzyczne, zostaje zaangażowany do Teatru Wielkiego i na scenie Opery Narodowej śpiewa przez 29 lat. W 1956 r. w konkursie śpiewaczym w Vercelli zdobywa najwyższe wyróżnienie - III primo premio assoluto. W mediolańskiej La Scali śpiewa z Marią Callas. W 1959 r. w Londynie nagrywa z Callas operę „Łucja z Lammermoor” Donizettiego dla wytwórni Columbia. Jako pierwszy polski śpiewak nagrywa dla Columbii indywidualną płytę z ariami operowymi. Występuje na całym świecie. Śpiewa z największymi: oprócz Marii Callas, m.in. z jej słynną rywalką Renatą Tebaldi, a w Operze Wiedeńskiej z Elizabeth Schwarzkopf. W Warszawie robi furorę w kreacjach Mefista w „Fauście” Charles’a Gounoda i jako odtwórca tytułowej roli w „Borysie Godunowie” Modesta Musorgskiego. Do legendy przeszła też jego aria Skułoby w „Strasznym dworze” Stanisława Moniuszki. Brał udział w prawykonaniach utworów Krzysztofa Pendereckiego, m.in. „Pasji wg św. Łukasza”, „Jutrzni”, a także opery „Diabły z Loudun”. Był znakomitym odtwórcą partii Tewjego w musicalu „Skrzypek na dachu”. W 2008 r. otrzymuje doktorat „honoris causa” Akademii Muzycznej w Warszawie. Ostatnią płytą, jaką wydał, jest zbiór pieśni patriotycznych „A to Polska właśnie”. Ładysz uważa, że wstyd nie być patriotą. Jest obrońcą Telewizji Trwam i pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Na kolejne miesięcznice tragedii smoleńskiej chodzi już jednak w imieniu ich dwojga jego żona - sopranistka Leokadia Rymkiewicz-Ładysz. Oboje również wytrwale uczestniczą w rozprawach sądowych w procesie, który Adam Michnik wytoczył Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Bernard Ładysz ma dwóch synów - Zbigniewa i Aleksandra. Obaj śpiewają. Pierwszy - barytonem, drugi - basem. Czcigodnemu Jubilatowi życzymy długich lat życia w zdrowiu i by oczarował nas swoim głosem jeszcze nie raz.

CZYTAJ DALEJ

Orzech pozdrawia pielgrzymów 40. PPW

2020-08-06 11:15

Fot. Grzegorz Kryszczuk

Specjalne pozdrowienia dla pielgrzymów przekazał ks. Stanisław „Orzech” Orzechowski. Po raz pierwszy w historii uczestniczy jako pielgrzym duchowy w Pieszej Pielgrzymce Wrocławskiej na Jasną Górę.

- Tym razem nogi odmówiły mi posłuszeństwa, ale jestem duchowo ze wszystkimi pielgrzymami. Czuję doskonale łączącą nas więź. Teraz wiem, jak czas pielgrzymkowy przeżywają uczestnicy duchowi. Byłem od początku tworzenia się wrocławskiej pielgrzymki, jestem i dalej będę tu z Wami – mówił Orzech w rozmowie z dziennikarzem Niedzieli.

Odwiedziliśmy dzisiaj specjalnie ks. Orzechowskiego, żeby pokazać mu materiał filmowy, który udało nam się zebrać do tej pory z trasy pielgrzymki. Orzech obejrzał wywiad z bp Jackiem Kicińskim, „belgijkę” oraz świadectwa pielgrzymów. Bardzo współczuł tym, którzy zmokli na trasie i widać było ten błysk w oku, kiedy rozmawialiśmy o różnych etapach wędrówki.

Wspominał też jak uczył się organizacji pielgrzymki na przykładzie Warszawy, jak miał okazję się spotkać i porozmawiać z bł. ks. Jerzym Popiełuszko podczas pielgrzymki ludzi pracy. Dzisiejsze spotkanie było dobrą okazją, żeby nagrać specjalne pozdrowienia dla wszystkich pielgrzymów 40. PPW na Jasną Górę. Zobaczcie:

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję