Reklama

W wolnej chwili

Pseudonaukowość i niebezpieczeństwo współczesnego ateizmu

Są tacy – także w Polsce, którzy z promocji ateizmu uczynili swój program życiowy, a ostatnio także partyjny. Są takie związki i grupy ludzi, którzy uważają ateizm za coś najbardziej racjonalnego i nowoczesnego. Jaki jest więc ten „nowy” ateizm, ukazywany jako współczesne lekarstwo na wszelkie zło i synonim nowoczesności i rozumności?

2019-02-23 09:45

[ TEMATY ]

ateizm

Yvonne Weis/ Fotolia.com

Gerhard Lohfink w książce pt. Jakie argumenty ma nowy ateizm? Krytyczna dyskusja, wydanej w 2008 roku i przetłumaczonej oraz opatrzonej wstępem przez ks. prof. Jerzego Machnacza podkreśla, że „zły duch idzie przez Europę i nie tylko przez nią”(G. Lohfink, Jakie argumenty ma nowy ateizm? Krytyczna dyskusja (tłum. J. Machnacz), Wrocław, Wyd. TUM, 2009, s. 17). Ma on na myśli współczesny agresywny i wojujący ateizm, który nie przebiera w środkach dążąc do ośmieszania religii i ludzi wierzących, szczególnie chrześcijan. Tak np. w 2007 roku pojawiła się w Niemczech pierwsza ateistyczna książeczka dla dzieci M. Schmidta-Salomona, pt. Gdzie jest droga do Boga? – pyta malutka świnka. Książeczka dla tych wszystkich, którzy nie pozwolą się otumanić.

Podobnie jak w czasach komunizmu, ateizm był wspierany przez tzw. „światopogląd naukowy”, tzn. marksistowski – materialistyczny, tak dzisiaj propagowany jest m.in. przez tzw. racjonalistów, którzy przypisują sobie prawo bezwzględnej własności do posiadania i używania rozumu (łac. ratio). Zakładają oni związki ateistów. Są wśród nich także naukowcy, którzy publicznie głosząc ateizm, piszą książki skierowane przeciw chrześcijaństwu oraz występują ze swoimi ateistycznymi poglądami w mass mediach. W dzieło ateizacji zaangażowane są liczne platformy internetowe, agitujące przeciw religii oraz tzw. nowocześni Owi racjonaliści propagują wszędzie swoją bezbożną teorię świata, domagając się, aby była panującą. Jaki jest ten nowoczesny ateizm?

Starożytny a nowożytny ateizm

Reklama

Starożytny ateizm walczył z Bogiem, który według jego założeń nie istniał. Była to więc walka z wiatrakami. Nowożytny zaś ateizm, bazujący na istnieniu podmiotu myślącego – człowieka (podkreślał to Kartezjusz) oraz odwołujący się do nauk przyrodniczych, kosmologii, fizjologii mózgu, biologii oraz socjologii, stawia sobie za cel przywrócenie człowieka – człowiekowi. Ojciec nowożytnego ateizmu – Ludwig Feuerbach mówił o alienacji, tzn. zagubieniu się człowieka, odczłowieczeniu. Źródło alienacji upatrywał w religii. Jedynym zaś lekarstwem na patologiczny stan alienacji (wyobcowania osoby) miał być powrót człowieka do samego siebie, poprzez zaakceptowanie swojej absolutnej przynależności do przyrody. Ateizm nowożytny zamyka więc człowieka w obszarze natury. Chcąc być walką człowieka o człowieka prowadzoną pod płaszczykiem naturalizmu, racjonalizmu i humanizmu, ateizm w rzeczywistości redukuje osobę ludzką do świata materii i popędów niszcząc ją! Na ten ważny fakt wskazywał już w 1944 r. wielki myśliciel o. Henri de Lubac w dziele pt. Dramat humanizmu ateistycznego. Przed tak rozumianym humanizmem przestrzegał w swoim nauczaniu św. Jan Paweł II oraz Benedykt XVI.

Oblicza współczesnego ateizmu

Nowy ateizm - jak zauważa ks. Machnacz - jest zjawiskiem złożonym. Obejmuje on m. in. ateizm akademicki, kulturowy i denuncjatorski. Pierwszy stwierdza, że ateizm jest czymś oczywistym i to teiści muszą dowieść istnienia Boga. Ateizm kulturowy krytykuje religię, w sposób szczególny chrześcijaństwo, z pozycji hedonizmu i konsumpcjonizmu, pytając się co daje religia człowiekowi tu i teraz. Złowrogi rodzaj ateizmu prezentują przedstawiciele ateizmu denuncjatorskiego (tamże, s. 8-9).

W nurcie tego ateizmu działa Richard Dawkins, biolog ewolucyjny, profesor z Oxfordu. Jest on dziś przodującym, wojującym ateistą. W 2006 roku opublikował książkę pt. The God Delusion (tłum. polskie Bóg Urojony, 2008). Strojąc się w naukowe szaty, zamiast prowadzić dyskusję na argumenty, zadowala się w niej demonizowaniem wiary chrześcijańskiej i konsekwentnym przemilczaniem tego wszystkiego, co w niej wielkie i piękne i co kształtuje (kształtowało?) kulturę europejską. Zdaniem Dawkinsa Bóg Żydów i chrześcijan to rasista, nieobliczalny tyran, nacjonalista. Ten kto wierzy w Boga, nie tylko że jest w błędzie, ale też jest zaślepiony, cierpi na urojenia (ang. delusiones) i jest niebezpieczny dla społeczeństwa. Ateista zaś to człowiek nowoczesny i oświecony (racjonalista), otwarty na siebie i to, co go otacza. Ateizm jawi się jako cel i kres intelektualnego wysiłku człowieka.

Argumenty nowego ateizmu

G. Lohfink we wspomnianej książce prezentuje osiem głównych argumentów ateizmu: a) Boga nikt nigdy nie widział, zatem Go nie ma; b) Bóg jest projekcją człowieka. Jeżeli ta projekcja została rozpoznana, to można z niej zrezygnować; c) człowiek rozwinął się z królestwa zwierząt. Zatem nie potrzebuje Stworzyciela; d) dobro można łatwo wyjaśnić za pomocą teorii ewolucji. Dlatego nie potrzebujemy Boga, aby być dobrymi; e) na świecie jest nieskończenie wiele cierpienia. To czyni śmieszną wszelką wiarę w Boga; f) religie wnoszą do świata przemoc. Dlatego są bardzo niebezpieczne; g) biblijny obraz Boga jest prymitywny i odrażający. Dlatego w przyszłości trzeba zrobić wszystko, aby nie poddawać dzieci indoktrynacji religijnej; i) spojrzenie na tamten przyszły świat paraliżuje. Chodzi o to, aby ten świat przemienić (tamże, s. 23-135).

Przytoczone argumenty nowego ateizmu w rzeczywistości nie są nowe, ale „podgrzewane” biologią ewolucyjną i ubierane w szaty naukowości. Ks. prof. Machnacz prezentuje je, dokonując następnie ich falsyfikacji. Wskazuje zarazem, że ateizm nie jest jakimś solidnie, naukowo ugruntowanym systemem myślowym, lecz opiera się na przypuszczeniach, pomówieniach, demonizacji, wypaczeniu obrazu Boga, nieuzasadnionych orzeczeniach. Pseudonaukowość ateizmu wyraża się też w tym, że nie posługuje się on w zasadzie ani autentycznym doświadczeniem, ani przekonującymi argumentami, lecz czystą negacją, szczególnie tradycji judaistycznej i chrześcijańskiej. W większości (bo są też ateiści, którzy bez fanatyzmu i odwoływania się do pseudonaukowości, szukają argumentów za swoim stanowiskiem) nowy ateizm przybiera formę wojowniczą i demonizującą, wykorzystując instrumentalnie naukę do przeforsowania swojej opinii. Przykładem tego jest książka Dawkinsa, która nie ma nic wspólnego z naukową rozprawą (choć tak jest postrzegana), a bliższa jest ideologicznemu traktatowi, kreując na 500 stronach atmosferę zagrożenia i bezsensu.

Dyskusję ze stanowiskiem Dawkinsa podjęli już jego koledzy z Oksfordu, m. in. A. Mc Grath, w książce: Bóg Dawkinsa. Geny, memy i sens zycia (2008) oraz A. Mc Grath, J. Collicutt, w pozycji: Bóg nie jest urojeniem. Złudzenie Dowkinsa (2008). Jest to przykład sporu na argumenty, w poszukiwaniu prawdy. Należy jednak zawsze mieć na uwadze, że religia nie jest tylko sprawą rozumu, ale zgodnie z etymologią słowa jest związkiem całej osoby ludzkiej z Bogiem. Łacińskie słowo credo (wierzę) pochodzi od dwóch słów: cor do – daję ci serce. Religia bowiem, akt wiary to sprawa intelektu, serca i woli. Już B. Pascal mówił, że serce ma swoje racje, których rozum nie jest w stanie zrozumieć!

Wiara ateisty i wątpienie wierzącego

Ateiści wierzą, że nie ma Boga, że świat jest ograniczony i że na końcu jest nicość. Ta swoistego rodzaju wiara sprawia, że nie można w sposób naukowy uzasadnić i wyprowadzić ateizmu. Michał Bachtin, rosyjski teoretyk literatury pisał, że „wiara żyje na granicy ateizmu, patrzy na niego i go rozumie; ateizm żyje na granicy wiary i rozumie wiarę”. Jedno jest pewne: tak dla ateisty, jak i dla człowieka wierzącego w Boga, zabójcze jest lenistwo intelektualne, manipulacja i pseudonaukowość oraz arogancja i brak szacunku dla idei i wartości adwersarza. J. Ratzinger w znakomitej książce, wielokrotnie wznawianej i tłumaczonej na różne języki, pt.: Wprowadzenie w chrześcijaństwo ukazywał pewne podobieństwo, jakie zachodzi między wierzącym i niewierzącym, o ile odznaczają się oni intelektualną uczciwością i głębokim pragnieniem odkrycia prawdy. Zdaniem Autora wątpienie i wiara jawią się jako normalna sytuacja człowieka wobec zagadnienia Boga. Wierzący wyznaje swą wiarę „na oceanie nicości, wśród ciągłych niebezpieczeństw i powątpiewań”. W związku z tym faktem napisze J. Ratzinger, że „zasadniczą sprawa losu człowieka jest móc odnaleźć ostateczny sens swego istnienia ni inaczej, jak tylko w tej nieustannej rywalizacji miedzy zwątpieniem i wiarą, niepewnością i pewnością (...). Zarówno wierzący, jak i niewierzący, każdy na swój sposób, doświadczają zwątpienia i wiary, jeśli tylko nie ukrywają się sami przed sobą i przed prawdą swego istnienia. Nikt nie może uniknąć całkowicie wątpienia ani całkowicie wiary; dla jednych wiara będzie istniała przeciw wątpieniu, dla drugich przez wątpienie i w formie wątpienia (...). Może właśnie wątpienie jednego i drugiego człowieka chroni ich przed zasklepieniem się w sobie i mogłoby się stać miejscem spotkania. Nie pozwala im zamknąć się w sobie, każe wierzącemu dojrzeć człowieka w niewierzącym, a niewierzącemu w wierzącym. Dla pierwszego jest to uczestnictwo w losie niewierzącego, dla drugiego jest to sposób, w jaki wiara mimo wszystko pozostaje dla niego wyzwaniem”.

Ludzkie poznanie jest fragmentaryczne i aspektowe, tzn. że nigdy nie będziemy w stanie objąć całej rzeczywistości i stworzyć syntezę wiedzy o nas, kosmosie i o Bogu. Po prostu dlatego, że jesteśmy bytem przygodnym, a przez to ograniczonym, także w naszym poznaniu i racjonalności. W tym kontekście bardzo trafne wydają się być słowa Werner Heisenberg, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, który mawiał, że „pierwszy łyk z kielicha nauk przyrodniczych czyni ateistą, ale na dnie kielicha czeka Bóg”.

Uczciwość intelektualna domaga się pokory i otwarcia na prawdę. Ona też czyni ostrożnym w myśleniu i działaniu oraz w wypowiadaniu swojej opinii zarówno wierzącego, jak i prawdziwego ateistę. Bowiem jak pisał J. Ratzinger w przywołanej już publikacji: „jak wierzącemu zdarza się, że będzie się dławił słoną wodą zwątpienia, która ocean nieustannie zalewa mu usta, tak samo niewierzący wątpi w swą niewiarę, w rzeczywista całkowitość świata, który zdecydował się uznać za wszystko (...). Tak więc jak wierzący wie, że mu zawsze grozi niewiara, i te niewiarę musi zawsze odczuwać jako nieustanna pokusę – tak dla niewierzącego wiara pozostaje zawsze zagrożeniem i pokusą w jego pozornie na zawsze zamkniętym świecie. Jednym słowem nie ma ucieczki przed dylematem ludzkiego istnienia. Kto chce uniknąć niepewności w rzeczach wiary, będzie musiał doświadczyć niepewności niewiary, która nigdy nie może ostatecznie na pewni powiedzieć, czy jednak wiara nie jest prawdą. Dopiero gdy ktoś odrzuci wiarę, okazuje się, że nie można jej całkowicie odrzucić”.

Niebezpieczeństwo wojującego ateizmu

Historia XX wieku (ale nie tylko) unaoczniła barbarzyństwo systemów politycznych i państw funkcjonujących bez Boga, albo wbrew Bogu. Kiedy miejsce Boga zajmuje człowiek, partia, polityka rozumiana jako „świecka religia” lub ideologia w imię budowania raju na ziemi, to w rzeczywistości ta wzniosła, ale utopijna idea sprzeniewierza się sama sobie. Zamiast raju na ziemi jest budowane piekło (zob. obozy koncentracyjne, łagry, aborcyjny holocaust itd.).

Na niebezpieczeństwo wojującego i zaślepionego ateizmu wielokrotnie wskazywali Jan Paweł II i Benedykt XVI w swoim nauczaniu. Papież-Polak podczas Mszy św. w Lubaczowie, dnia 3 czerwca 1991 r. uczył, że „w naszym ludzkim życiu nieodzowny jest wymiar świętości. Jest on nieodzowny dla człowieka, ażeby bardziej „był” — ażeby pełniej realizował swe człowieczeństwo. I nieodzowny jest dla narodów i społeczeństw. Wiara i szukanie świętości jest sprawą prywatną tylko w tym sensie, że nikt nie zastąpi człowieka w jego osobistym spotkaniu z Bogiem, że nie da się szukać i znajdować Boga inaczej niż w prawdziwej wewnętrznej wolności. (...). Dlatego postulat neutralności światopoglądowej jest słuszny głównie w tym zakresie, że państwo powinno chronić wolność sumienia i wyznania wszystkich swoich obywateli, niezależnie od tego, jaką religię lub światopogląd oni wyznają. Ale postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze światopoglądową neutralnością. Potrzeba wiele wzajemnej życzliwości i dobrej woli, ażeby się dopracować takich form obecności tego, co święte w życiu społecznym i państwowym, które nikogo nie będą raniły i nikogo nie uczynią obcym we własnej ojczyźnie, a tego niestety doświadczaliśmy przez kilkadziesiąt ostatnich lat. Doświadczyliśmy tego wielkiego, katolickiego getta, getta na miarę narodu”.

Z kolei Benedykt XVI – jak gdyby na przedłużeniu wspomnianej myśli - pisał w encyklice Caritas in veritate, że „bez Boga człowiek nie wie, dokąd zmierza i nie potrafi nawet zrozumieć tego, kim jest. Wobec olbrzymich problemów rozwoju narodów, które niemal wpędzają nas w zniechęcenie i rezygnację, przychodzi nam na pomoc słowo Pana Jezusa Chrystusa, który uświadamia nam: «beze Mnie nic nie możecie uczynić» (J 15, 5) i dodaje odwagi: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dyspozycyjność wobec Boga otwiera na dyspozycyjność wobec braci oraz wobec życia pojmowanego jako solidarne i radosne zadanie. I przeciwnie, ideologiczne zamknięcie się na Boga oraz ateizm obojętności, zapominające o Stwórcy i narażone na zapominanie również o wartościach ludzkich, jawią się dziś pośród największych przeszkód w rozwoju. Humanizm wykluczający Boga jest humanizmem nieludzkim. Jedynie humanizm otwarty na Absolut może nam przewodzić w krzewieniu i realizacji form życia społecznego i obywatelskiego – w obrębie struktur, instytucji, kultury i etosu – ratując nas przed ryzykiem, że staniemy się zakładnikami przelotnej mody. To świadomość niezniszczalnej Miłości Bożej podtrzymuje nas w mozolnym i wzniosłym zaangażowaniu się na rzecz sprawiedliwości i rozwoju narodów, pośród sukcesów i porażek, w nieustannym wyznaczaniu właściwych kierunków dla ludzkich spraw. Miłość Boża wzywa nas, by wyjść z tego, co jest ograniczone i nie ostateczne, dodaje nam odwagi do działania i dalszego poszukiwania dobra wszystkich, nawet jeśli nie realizuje się natychmiast, nawet jeśli to, co zdołamy uczynić, my oraz władze polityczne i zaangażowani na polu ekonomii, jest zawsze mniejsze od tego, czego gorąco pragniemy. Bóg obdarza nas siłą, by walczyć i cierpieć za miłość do dobra wspólnego, ponieważ On jest naszym Wszystkim, naszą największą nadzieją” (nr 78).

Wojujący ateizm a laicyzacja państwa

Agresywny ateizm staje się w naszych czasach narzędziem złowrogiej laicyzacji państwa. V. Possenti zauważa w tym kontekście, że w teoriach sekularyzacji istnieją poważne dwuznaczności, z tego powodu, że nader rzadko rozróżnia się w nich trzy poziomy: a) sekularyzacja jako rozróżnienie sfery świeckiej i religijnej, państwowej i Kościoła; b) sekularyzacja jako ograniczenie religii do sfery ściśle prywatnej; c) sekularyzacja jako schyłek i upadek wierzeń religijnych (zob. Religia i życie publiczne. Chrześcijaństwo w dobie ponowożytnej, Warszawa, 2005).

Pierwszy poziom związany jest z autonomią działania władzy państwowej i władzy religijnej - Kościoła. Jest to tzw. sekularyzacja instytucji polegająca na niezależności tych dwóch rodzajów władz od siebie. Ten poziom sekularyzacji i związany z nim model świeckości, bliski jest koncepcji „laickości pozytywnej”, o której mówił prezydent Francji Nicolas Sarkozy, dnia 30 stycznia 2008 w Paryżu, w czasie konwencji partii Unii na Rzecz Ruchu Ludowego (UMP), poświęconej sprawom europejskim. Autonomia państwa i Kościoła w tym modelu nie jest równoznaczna z ich sztuczną separacją, a tym bardziej z opozycją. Te dwie wspólnoty mają bowiem wspólny teren zainteresowania, którym jest dobro każdej osoby ludzkiej. Kościół szanując autonomie państwa, może wspierać je w działaniu na rzecz osoby i społeczeństwa, inspirując działanie ludzi przez głoszenie prawdy objawionej i wartości chrześcijańskich, oraz dokonując oceny etycznej władzy politycznej. Kościół bowiem przechowuje – jak uczy Benedykt XVI – „skarb wiedzy i doświadczenia etycznego, które okazuje się istotne dla całej ludzkości: w tym sensie przemawia jako przedstawiciel racji etycznej". Laickość państwa rozumiana jest z jego autonomią w realizacji właściwych mu zadań, to znaczy zapewnienia obywatelom godziwych warunków życia, a także jako przestrzeganie wolności sumienia i religii. Państwo laickie nie powinno być jednak państwem zeświecczonym, czy tym bardziej ateistycznym – wrogim chrześcijaństwu.

Drugi i trzeci poziom związany jest z sekularyzacją świadomości, tzn. z programowym usuwaniem religii i jej symboliki z tkanki życia społecznego. Poziomy te tworzą radykalny, zamknięty model świeckości, niosący ze sobą areligijny i ametafizyczny sens życia. Model ten związany jest z oświeceniowym poglądem na religię (kult rozumu) i wojującym ateizmem podtrzymywanym przez liczne teorie filozoficzne takie jak: pozytywistyczny scjentyzm, marksizm, radykalny agnostycyzm, egzystencjalizm ateistyczny itd. Ta idea świeckości jest nieadekwatna, bo nie liczy się z pamięcią historyczną i żywą tradycją narodów chrześcijańskich.

Już J. Maritain w Humanizmie integralnym wskazywał, że omówiony przed chwilą model sekularyzacji jest z natury fałszywy. Jest on wysoce ryzykowny dla kultury, bo wiąże się z rozkładem tradycyjnych wartości i symboli, nie prowadząc równocześnie do pojawienia się nowych prawdziwych wartości. Kultura współczesna ma charakter wybitnie naturalistyczno-materialny ignorując coraz wyraźniej transcendentny (moralny i religijny) wymiar człowieka. Sekularyzacja kultury zamykając ją na doświadczenie sacrum, skutkuje relatywizacją etyki. Ostatecznie prowadzi to do pojawienia się antykultury w formie praktycznego materializmu, nihilizmu, cynizmu i hedonizmu. Kultura, która opiera się na redukcyjnej (niepełnej, bo tylko materialistyczno-naturalistycznej) wizji człowieka jest kulturą fałszywą – pseudokulturą. „Kultura immanencji” eliminująca wszelką transcendencję i inność, była w niedalekiej przeszłości źródłem licznych totalitaryzmów i chorych demokracji, a teraz jawi się jako główne źródłem kryzysu kultury europejskiej.

Historia nowożytna wskazuje na fakt, że tak pojęta sekularyzacja „pożera samą siebie”, ponieważ jest ona możliwa tak długo, jak długo istnieją treści i wartości chrześcijańskie, które można zsekularyzować. Gdy ich zabraknie, sekularyzacja przechodzi w nihilizm, ponieważ nie jest zdolna do podtrzymywania samej siebie! Dlatego w debatach nad świeckością państwa trzeba brać pod uwagę rożne modele laicyzmu (sekularyzmu), ich historie i konsekwencje oraz pamiętać o roli religii i tradycji chrześcijańskiej w życiu publicznym narodów Europy. Jan Paweł II w tym kontekście mówił o potrzebie ustrzeżenia i zachowania społeczeństwa na przyszłość „zarówno od totalitarnej utopii sprawiedliwości bez wolności, jak też od utopii wolność bez prawdy, której towarzyszy fałszywe pojecie tolerancji” (Tenże, Adhortacja Ecclesia in Europa, 2003, nr 98).

Zasada laickości jest słuszna, jeśli jest pojmowana jako rozróżnienie pomiędzy wspólnotą polityczną i religiami. Stworzenie właściwych relacji miedzy sferą sacrum a profanum jest ważne także z punktu widzenia społecznej nauki Kościoła, gdyż nie tylko chroni ludzi wierzących przed fanatycznym ateizmem, ale także zabezpiecza państwo przed religijnym fundamentalizmem. Rozróżnienie tych sfer nie oznacza jednak ignorowania jednej z nich! Laickość nie może być nową formą ateizowania i marginalizowania religii i jej społecznego charakteru. Laickość nie może stawać się chrystofobią i ideologicznym, wojującym sekularyzmem. Laickość nie może prowadzić (a często to robi!) do traktowania polityki jako „świeckiej religii” i w prostej konsekwencji do fałszywego kultu polityki (zob. Jan Paweł II, Encyklika Centesimus annus, nr 12).

Wiara chrześcijańska to dar, ale i zadanie

Obnażając pseudonaukowość i niebezpieczeństwo nowego ateizmu dla osoby ludzkiej, zamykanej w świecie natury, niezwykle inspirujące wydają się być słowa ks. prof. Machnacza, który we wstępie do wspomnianej książki napisał że „jeśli dla ateisty i teisty świeci to samo słońce i dane jest im życie tutaj i teraz, to winni oni skupić cała swoja uwagę i życzliwość na człowieku, mgnieniu chwili jego istnienia, które dla ateisty wszystko kończy, a dla teisty jest początkiem bez końca” (s. 13).

Wiara chrześcijańska to dar od Boga i wspólnoty Kościoła, ale także i wezwanie do codziennego nawracania się i dojrzewania w niej. Wątpienie i wojujący ateizm to okazja do umacnianie się w wierze, która wciąż na nowo szuka zrozumienia, jak pisał św. Anzelm z Cuntenbury. Dojrzała wiara domaga się ciągłego poszukiwania odpowiedzi i zadawania wciąż nowych pytań, jakie nasuwają się pod wpływem zmian społecznych (politycznych, kulturowych, ekonomicznych itd.). Człowiekowi wierzącemu – jak podkreśla J. Ratzinger - powinny stale towarzyszyć pytania: „Czy to naprawdę TY jesteś? Człowiek wierzący będzie zawsze doświadczać owej ciemności, w której pokusa niewiary otacza go niczym posępne, zamknięte wiezienie, podczas gdy obojętność świata, który toczy się dalej bez zmiany, jakby się nic nie stało, zdaje się tylko szydzić z jego nadziei. Czy to naprawdę TY? To pytanie powinniśmy stawiać nie tylko ze względu na uczciwość myślenia i odpowiedzialność rozumu, ale także na mocy wewnętrznego prawa miłości, która pragnie coraz bardziej poznawać, komu dala swe przyzwolenie, ażeby Go móc więcej kochać” (Wprowadzenie w chrześcijaństwo..., s. 79).

I jeszcze jedna kwestia, o której zapominają ateiści - wiara katolicka pozwala zrozumieć, że ostatecznym źródłem integralnego rozwoju każdego człowieka i całych narodów oraz prawdziwego postępu jest Bóg, „czyli Ten, który jest Prawdą i Miłością. Ta zasada jest bardzo ważna dla społeczeństwa i dla rozwoju, ponieważ ani jedna, ani druga nie mogą być tylko wytworami ludzkimi; samo powołanie do rozwoju osób i narodów nie opiera się na zwykłych ludzkich rozważaniach, ale jest ono wpisane w plan uprzedni w stosunku do nas i jest dla nas wszystkich obowiązkiem, który powinien być w sposób wolny przyjęty. To, co nas poprzedza i co nas stanowi —współistniejące Miłość i Prawda — wskazują nam, co będzie dobrem i na czym polega nasze szczęście. A więc wskazują nam drogę do prawdziwego rozwoju” (Benedykt XVI, Encyklika, Caritas in veritate, nr 52).

Wiara katolicka przypomina i uczula, że problem rozwoju człowieka i narodów „zależy od również od rozwiązania problemów o charakterze duchowym. Oprócz wzrostu materialnego, rozwój powinien również obejmować wzrost duchowy, ponieważ osoba ludzka stanowi «jedność cielesną i duchową», zrodzoną ze stwórczej miłości Boga i przeznaczoną do życia wiecznego. Człowiek rozwija się, gdy wzrasta duchowo, gdy jego dusza zna samą siebie oraz prawdę, której zarodek Bóg w nim umieścił, gdy prowadzi dialog z samym sobą oraz ze swym Stwórcą. Pozostając z dala od Boga, człowiek jest niespokojny i chory. Wyobcowanie społeczne i psychologiczne oraz tak liczne nerwice charakteryzujące bogate społeczeństwo, mają również przyczyny natury duchowej. Społeczeństwo dobrobytu, rozwinięte materialnie, ale przytłaczające dla duszy, nie jest samo w sobie ukierunkowane na autentyczny rozwój. Nowe formy zniewolenia przez narkotyki i rozpacz, w jaką popada tyle osób, znajdują wyjaśnienie nie tylko socjologiczne i psychologiczne, ale w sposób istotny duchowe. Pustka, w jakiej dusza czuje się opuszczona, mimo licznych terapii dla ciała i dla psychiki, przynosi cierpienie. Nie ma pełnego rozwoju i powszechnego dobra wspólnego bez dobra duchowego i moralnego osób, pojmowanych w ich pełni duszy i ciała” (Benedykt XVI, Caritas in veritate, nr 76).

ks. Mariusz Sztaba, doktor nauk humanistycznych w dziedzinie pedagogika, pedagog społeczny, członek Towarzystwa Naukowego KUL.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Badania dowodzą, że ateistów uważa się za mniej moralnych

2018-01-03 20:55

[ TEMATY ]

społeczeństwo

ateizm

blvdone/fotolia.com

Wiara jest powszechnie uważana za gwaranta chroniącego ludzi przed dokonywaniem skrajnie niemoralnych zachowań. Z badań opublikowanych w czasopiśmie naukowym "Nature Human Behaviour" wynika, że na świecie ateistów zazwyczaj postrzega się jako potencjalnie mniej skłonnych do przestrzegania zasad moralnych. Wnioski te wyciągnięto na podstawie ankiety przeprowadzonej w 13 krajach od bardzo zeświecczonych, jak Chiny czy Holandia, po bardziej religijne, jak USA, Zjednoczone Emiraty Arabskie albo Indie.

Na pytanie, czy fikcyjny zbrodniarz, który w młodości dręczył zwierzęta, a później zabił 5 bezdomnych, byłby człowiekiem wierzącym, czy nie, dwie trzecie z 3 tys. badanych osób odpowiedziało, że w takim przypadku chodziłoby raczej o ateistę. Podobne rezultaty osiągnięto niezależnie od wyznania respondentów, a więc nawet niewierzący wiązali brak religijności z potencjalnym niższym poziomem moralnym.

CZYTAJ DALEJ

Zawód podwyższonego ryzyka

2019-09-10 12:59

Niedziela Ogólnopolska 37/2019, str. 10-12

[ TEMATY ]

media

Tomasz Adamowicz/FORUM

Jakiś czas temu miałem spotkanie w zespole szkół na Podkarpaciu, gdzie uczniowie, na prośbę księdza, głośno odmówili modlitwę w mojej intencji. W Gdańsku natomiast na mój widok ktoś odkręcił szybę w aucie i wygrażał mi, krzycząc, że pracuję w szczujni… – tak o realiach swojej pracy opowiada znany dziennikarz telewizyjny Krzysztof Ziemiec

KATARZYNA WOYNAROWSKA: – Czy media to dziś realna czwarta władza, zdolna zmienić sposób myślenia ludzi, ocenę rzeczywistości?

KRZYSZTOF ZIEMIEC: – Świat tak szybko się zmienia, a szczególnie ten między Bugiem a Odrą, że dzisiaj media są rzeczywiście czwartą władzą i wielu dziennikarzy ma często nieporównywalnie większy wpływ na politykę niż sami politycy. Czasem dziwię się niektórym, że chcą iść do polityki, bo będąc obecnym w mediach np. jako ekspert, mają większy wpływ na wybory Polaków – na kształtowanie naszych umysłów – niż politycy.

– W czasie kampanii wyborczej ten wpływ na wybory polityczne Polaków widać znacznie wyraźniej...

Mariusz Książek/Niedziela

– Zawsze tak jest w kampanii. Ale mam wrażenie, że obecnie wielu dziennikarzy przekroczyło dawniej nieprzekraczalną granicę. Kiedyś nie zdarzały się sytuacje, żeby znany dziennikarz angażował się już nie tylko w popieranie jakiegoś polityka, ale w zbieranie podpisów pod jego kandydaturą! Najbardziej smutne jest dla mnie jednak to, że nie dla wszystkich to, o czym teraz mówię, jest oczywiste. Wielu dziennikarzy krytykuje takie zachowania, ale równie wielu postępuje podobnie lub nie widzi w tym nic nagannego i tłumaczy np., że dziennikarz jest też obywatelem. Dziennikarz opisujący politykę takich rzeczy nie może robić. Więc to też pokazuje, że obecnie media są jak najbardziej czwartą władzą. Mają ogromny wpływ na rzeczywistość.

– A więc są w Polsce dwa wrogo nastawione do siebie plemiona, które dysponują własnymi mediami. Naprawdę liczą się tylko politycznie zaangażowani dziennikarze?

– To jest bardzo trudne pytanie, bo zależy, jak się na to spojrzy. Zwolennicy jednej partii będą dziennikarzy, którzy próbują być obiektywni, nazywać propagandystami, bo uznają, że tylko „nasi” dziennikarze są obiektywni, zwłaszcza jeśli ujawnią afery partii, której nie lubimy. I odwrotnie. Zwolennicy tamtej drugiej partii powiedzą to samo o mediach przeciwników. Niektórzy tak mocno się okopali na tych stanowiskach, że straszliwie trudno jest się wznieść, niczym dron, ponad to i ocenić sprawę obiektywnie...
Ale powiem coś jeszcze – mam wrażenie, że nasi odbiorcy zmienili się również w szerszej perspektywie i chcą słuchać i czytać tylko „swoich”. Dla przykładu: dziś czytelnicy pani pisma nie wezmą do rąk „Newsweeka” i odwrotnie – czytelnicy „Newsweeka” uznają, że czytanie „Niedzieli” im uchybia, jest jak plama na honorze...
Dziś widzowie takiej czy innej telewizji w dużej mierze już nawet nie chcą wyważonego stylu dziennikarstwa z dzieleniem włosa na czworo. Dla nich tzw. symetryści to frajerzy, którzy nie opowiedzieli się jeszcze po jednej czy drugiej politycznej stronie. Odbiorcy, szczególnie stacji telewizyjnych czy niektórych czasopism społeczno-politycznych, które już dawno zostały nazwane tygodnikami tożsamościowymi, nie oglądają tej drugiej stacji, nie czytają tej drugiej gazety. Czasem, gdy dziennikarz usiłuje być zbyt obiektywny, traci nawet na znaczeniu – bo jest, zdaniem widza czy czytelnika jednej ze stron, zbyt miękki, wahający się...

– A zatem czego odbiorca oczekuje od dziennikarza? Że powie mu to, co chce usłyszeć?

– Coraz częściej tak. Ale przede wszystkim chce krwi, oczywiście, w cudzysłowie. Chce emocji, a nie nudnej dyskusji. Na pewno nie oczekuje programu, w którym dzieli się włos na czworo. Woli, by dziennikarz przybił do ściany tych, których nie lubi. Więc gdy dziennikarz stara się być obiektywny i wyważony, staje się dla wielu odbiorców nijaki, czyli po prostu niewiarygodny.

– To na czym polega dobre dziennikarstwo? Rozmawiałam niedawno z młodymi dziennikarzami, którzy przekonywali mnie, że dziś dziennikarz musi być przede wszystkim szybki i efektywny...

– Bo musi! Każdy dziennikarz musi opanować w pierwszej kolejności szybkość i efektywność. To nie są już czasy, że gdy coś ustalano rano na kolegium, to do wieczora to obowiązywało. Dzisiaj to, co ustali się rano, już w południe jest nieaktualne, a wieczorem ma wartość archiwalną. Dzisiaj trzymanie ręki na pulsie jest nieporównywalnie trudniejsze niż kiedyś, dlatego że wydarzenia się dzieją nieporównywalnie szybciej. Na tych 12 czy 15 platformach internetowych newsy pojawiają się co kilka sekund. Kiedyś się czekało, co napiszą w gazetach albo co powiedzą wieczorem w wiadomościach, dzisiaj ludzie mają to on-line na portalach i w mediach społecznościowych. Politycy często omijają dziennikarzy „bajpasem” i wrzucają swój komentarz na Twittera, Facebooka czy innego komunikatora, dając w ten sposób do zrozumienia, że już nie potrzebują dziennikarzy, żeby się komunikować ze światem...

– Zapytam więc ponownie o dobre dziennikarstwo...

– Dziennikarz, moim zdaniem, musi być przede wszystkim ciekawy świata, innych opinii, musi umieć słuchać – nawet, a może przede wszystkim tych, z którymi się nie zgadza. Nawet jeśli mówią rzeczy niezgodne z jego światopoglądem. To jest dzisiaj bardzo trudne, choćby ze względu na te bębny informacyjne, które nadają nieustannie, i to z wielu stron.
Podstawa to umiejętność słuchania i dyskusji bez atakowania rozmówcy. Tymczasem ktoś, kto nie atakuje, nie jest agresywny, dziś uważany jest za słabego.

– A co z dziennikarstwem refleksyjnym, pogłębionym, co z reportażem, zwłaszcza tym literackim, z wywiadem, analizą jakiegoś zjawiska?

– Gdybyśmy w tej chwili zapytali kogoś na ulicy, czym jest dziennikarstwo, odpowiedziałby zapewne, że informacją. A przecież dziennikarstwo ma wiele barw, gatunków... Z przykrością przyznaję, że te inne gatunki mają coraz mniejsze grono odbiorców. I są to raczej odbiorcy, nazwijmy ich, dojrzali i wyrobieni. Dam przykład – Telewizja Polska cały czas pokazuje Teatr Telewizji o bardzo dobrej porze, w tzw. prime time... Ale teatr i tak przegrywa z popularnym serialem, kabaretem czy koncertem muzycznym. Ludzie nie mają dziś ochoty, nie mają sił ani czasu na oglądanie programów wymagających uwagi czy jakiegoś przygotowania. Oczywiście, Teatr Telewizji nadal – dzięki Bogu – ma ogromną widownię i oglądalność może największą w tej części Europy, ale zmęczeni ludzie wolą obejrzeć koncert z gwiazdami, kabaret czy ulubiony serial, a nie Teatr Telewizji czy widowisko nawet bardzo znanego reżysera. Ludzie się zmieniają, więc trzeba iść za widzem, za czytelnikiem. Trzeba czuć jego zapotrzebowanie. Bo inaczej nasza praca nie miałaby sensu.

– Kiedyś się mówiło, że telewizja kształtuje gust odbiorcy. A kto kształtuje gust ludzi od telewizji?

– Telewizja już chyba nie kształtuje gustów... Bo dziś to wszystko odbywa się w internecie. Mam trójkę dzieci i widzę, że one wszystko mają w telefonie komórkowym albo na tablecie. I to są serwisy, blogi, wpisy ich bohaterów, o których my, ludzie w średnim wieku, nie mamy zielonego pojęcia. I to one, a nie z całym szacunkiem media tzw. tradycyjne, kształtują gust młodego pokolenia. Telewizja, prasa i radio są ważne, ale nie są jedyne w tym kształtowaniu naszych gustów czy decyzji. To się bezpowrotnie skończyło. Znów posłużę się przykładem. Dla ludzi w średnim wieku i starszych w tym sezonie wyznacznikiem zachowań, tematem rozmów i komentarzy był serial „Zniewolona”. Ale w tym samym czasie młodzi ludzie mogą nie wiedzieć nawet, o co chodzi. Coraz więcej młodych nie ma w domu telewizora, bo nie jest im do niczego potrzebny. Nie słuchają radia, bo muzyki słuchają tylko ze specjalnych platform. Gdy zobaczą urywek jakiegoś programu w internecie, podkreślam – urywek, wtedy być może będą chcieli zobaczyć więcej, ale najczęściej ten fragment im wystarczy. Nieraz spotykam się z tym w mojej pracy dziennikarskiej, że młodych interesuje tylko atrakcyjny fragment. Na szczęście TVP ma portal internetowy, który umieszcza to, o czym mówimy i dzięki temu idzie to dalej w świat. Miałem ostatnio niezwykłego gościa – Żyda polskiego pochodzenia, który ocalał z Zagłady. Był 1 września na trybunie honorowej w Warszawie obok prezydenta RP, prezydenta Niemiec i wiceprezydenta USA. W moim programie powiedział bardzo stanowczo, że Niemcy nie mają co przepraszać, tylko mają nam zapłacić odszkodowania za wojenne zbrodnie, bo przeprosiny to za mało. Gdyby nie media społecznościowe, ten mocny przekaz usłyszałoby pewnie tylko dojrzałe pokolenie. Dzięki portalowi internetowemu TVP ta wypowiedź dotarła także do młodych, zmieniając – być może – ich punkt widzenia czy światopogląd.

– Jest Pan dziennikarzem ponad dwadzieścia lat. Na ile w tym czasie zmienił się sposób uprawiania dziennikarstwa?

– Zmienili się bardzo ludzie, niestety, na niekorzyść. Bywa, że nie potrafią ze sobą rozmawiać. To smutne, bo mam wrażenie, że dzisiaj dziennikarze toczą ze sobą mocniejsze boje polityczne niż sami politycy.
Poszły też w dół standardy. Kiedyś uczono mnie, że każdą informację trzeba sprawdzić dwa razy, i to w różnych źródłach, nim się ją opublikuje. Dzisiaj nikt niczego już nie sprawdza. Nikt się w takie rzeczy nie bawi, bo każdy chce być pierwszy. Jak będzie pierwszy, to będzie cytowany i nagradzany. Zyska uznanie, co w tym zawodzie jest arcyważne.
Drugą, znacznie groźniejszą chorobą dziennikarską, są dziś tzw. fake newsy, czyli zwyczajne kłamstwa. Dawniej nie miało prawa coś takiego się zdarzyć. Obecnie fake newsów używa się powszechnie, żeby kogoś obrzucić błotem, zniszczyć, złamać mu życie. Odkręcanie tego potem jest bardzo trudne, bo nikt nie będzie czytał sprostowań, natomiast wszyscy w nieskończoność będą powtarzać raz wyprodukowane bzdury... Proszę sobie przypomnieć, że niedawno poważny portal internetowy podał kłamliwą informację, okraszając ją jeszcze bardziej kłamliwym zdjęciem, na którym Donald Trump zamiast przyjechać do Polski grał w golfa w Irlandii. Okazało się, że to było zdjęcie sprzed 6 lat. Zupełnie niedawno jeszcze takie rzeczy robili wyłącznie internauci amatorzy, a dziś poważna redakcja. To czego mamy oczekiwać od odbiorców? Dlatego coraz częściej powtarzam, że dziś każdy musi nauczyć się czytać media, bo inaczej coraz trudniej będzie nam dostrzec, gdzie jest prawda, a gdzie fałsz.

– A nie ma Pan ochoty rzucić tego wszystkiego i zacząć np. utrzymywać się z pisania książek?

– Tak... Miałem, i to niejeden raz od samego początku dziennikarskiej pracy. Ale mam rodzinę na utrzymaniu (śmiech), a z pisania książek w Polsce się nie wyżyje. Miewam takie momenty, ale potem... no właśnie. Jeżeli ktoś ma mocną duchowość, to wie, że wszystko jest po coś. Nawet najtrudniejsze wydarzenia w życiu, momenty załamania czy zawahania może są po to, żeby zdać sobie sprawę, że jestem dobry w tym, co robię, a złe głosy podpowiadają, żebym odszedł i rzucił wszystko. Wielu by pewnie tego chciało... Po mnie przyjdą inni, pozostaje pytanie: czy lepsi?
Dziennikarstwo to zawód wymagający wielkiego wysiłku intelektualnego i emocjonalnego. Każdy zawód twórczy, a dziennikarstwo jest takim zawodem, wymaga wyrzeczeń. Trzeba sprostać wyzwaniom w życiu zawodowym i prywatnym. I pewne rzeczy się gubi, czasem bezpowrotnie. Może przyjść chwila, że nie zechcą mnie już w redakcji, a w rodzinie już mnie nie rozpoznają... Wielu ten błąd popełnia, nie dbając o dom.

– Łatwiej jest dziennikarzowi wierzącemu w Boga?

– Trudniej, bo wierzący więcej od siebie wymaga, przynajmniej ja mam takie wrażenie. Na wiele spraw w pracy patrzę przez pryzmat grzechu i teraz wiele osób, które będą to czytały, powie: – Przecież ty grzeszysz codziennie... A ja sobie myślę, że grzeszę jak każdy, bo każdy z nas jest słaby. Mój zysk polega na tym, że mogę sobie zdać z tego sprawę, przyznać się do grzechu, wyspowiadać się i poprawić. Rozmawiałem kiedyś ze znanym, czyli często krytykowanym politykiem, i zapytałem, czy nie ma dość takiego życia. A on mi odpowiedział, że choć nieraz chciał rzucić politykę, zawsze przypominało mu się, że jest Ktoś ważniejszy, Kto nadaje głębszy sens jego wysiłkom, i to w znacznie dalszej perspektywie niż kilka dni czy tygodni. Mogę się pod tym podpisać. Wszystkie te trudne emocjonalne chwile traktuję jako element próby, sprawdzian, czy się zachowam przyzwoicie, czy nie, czy stanę po stronie prawdy, czy kłamstwa. Moi oponenci być może pukają się w tej chwili w głowę, ale mówię to szczerze. Tylko wiara pomogła mi wytrwać w tym zawodzie, inaczej dawno bym zwariował. Pomogła przejść przez najtrudniejsze chwile życia. Wiara i rodzina, a to się w jakimś sensie łączy, to moje fundamenty. Bez nich byłbym innym człowiekiem, innym dziennikarzem.

CZYTAJ DALEJ

Bp Greger: prawda o Auschwitz nie powinna nas dzielić

2020-01-26 20:27

[ TEMATY ]

Auschwitz

Grzegorz Jakubowski/KPRP

„Prawda o tym, co się wydarzyło za drutami niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau nie powinna nas w żaden sposób dzielić” – podkreślił bp Piotr Greger, który 26 stycznia przewodniczył Mszy św. w intencji ofiar obozu Auschwitz i żyjących byłych więźniów obozu w oświęcimskim Centrum Dialogu i Modlitwy.

W modlitwie „o Boże błogosławieństwo i zdrowie” dla byłych więźniów w przeddzień 75. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu KL Auschwitz-Birkenau, wziął udział prezydent RP Andrzej Duda z małżonką Agatą. W Eucharystii uczestniczyło około 30 byłych więźniów obozu, przedstawiciele lokalnej społeczności Oświęcimia i pracownicy Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Centrum Dialogu i Modlitwy, a także była premier Beata Szydło.

Grzegorz Jakubowski/KPRP

Biskup nawiązał w swej homilii do sytuacji podzielonego wewnętrznie Kościoła w Koryncie. Opis tego kryzysu znajduje się w czytanym dziś fragmencie Pawłowego 1 Listu do Koryntian. Kaznodzieja zwrócił uwagę, jak ważne jest, by starać się dążyć do zgody.

„Jest sprawą nie podlegającą dyskusji, że każda wspólnota sama musi podjąć wysiłek organizacyjny, zobowiązana jest do sprawiedliwego dzielenia zadań, a równocześnie musi podjąć kroki przezwyciężające wszystkie próby rozbicia jedności” – wyjaśnił i dodał, że równie ważna jest umiejętność odczytywania przeszłości – by mówić o historycznych faktach „w sposób prawdziwy, bez jakichkolwiek zafałszowań, zbędnych komentarzy czy niepotrzebnych interpretacji”.

„Refleksja historyczna zawsze obecna jest, a przynajmniej powinna być, w każdej społeczności. Czasem przybiera postać prymitywnej propagandy i manipulacji, niekiedy bywa próbą zmierzenia się ze sprawami tak trudnymi, jak przerażająca oraz pełna przestrogi historia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau i wielu innych podobnych miejsc na świecie” – stwierdził.

Grzegorz Jakubowski/KPRP

„Prawda o tym, co się wydarzyło za drutami niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau, zbudowanego na obrzeżach Oświęcimia, nie powinna nas w żaden sposób dzielić. Ofiara życia tych ludzi, poprzedzona okrutnym męczeństwem, niech się stanie siłą jednoczącą współczesne społeczeństwo, nie tylko żyjące nad Wisłą. Przekaz o tym nieludzkim świecie adresowany do współczesnego człowieka musi być jasny i jednoznaczny” – podkreślił hierarcha i wskazał, że najwięcej do powiedzenia w tej sprawie powinni mieć „ci, którzy tę gehennę przeżyli”. „Oni wiedzą o tym najlepiej, ich wiedza jest , oni tego nie wyczytali z książek, oni o tym nie usłyszeli o innych, oni tego doświadczyli ” – dodał duchowny i powtórzył, że „nigdy i nigdzie, a zwłaszcza w ich obecności, nie wolno o tych wydarzeniach kłamać”.

Zaapelował, by „w imię jedności międzyludzkiej” mówić o faktach. „Im więcej wobec faktów zamieszania, kombinowania, manipulacji czy dopowiedzeń, tym dalej jesteśmy od czystych faktów. O historii trzeba nam zawsze i wszystkim mówić jednym głosem, zgodnie z zaistniałymi faktami. Inaczej będziemy doświadczać nikomu niepotrzebnego podziału, o którym z bólem pisze św. Paweł, mając na uwadze troskę o jedność w Kościele korynckim” – zauważył.

Biskup przypomniał na koniec, że jedność i zgoda „to nie tylko nasza ludzka sprawa, to również wielkie pragnienie kochającego nas bezgranicznie, miłosiernego Boga”.

Z biskupem przy ołtarzu modlili się: kapelan prezydenta RP ks. Zbigniew Kras, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Andrianik, dziekan oświęcimski ks. kan. Fryderyk Tarabuła, proboszcz oświęcimskiej parafii św. Maksymiliana ks. Mariusz Kiszczak, ks. Jan Nowak oraz ks. Manfred Deselaers z Centrum Dialogu i Modlitwy, a także franciszkanie konwentualni – gwardian klasztoru w Harmężach o. Piotr Cuber oraz o. Jan Maria Szewek z Krakowa.

Modlitwę wiernych przeczytała była więźniarka KL Auschwitz Jadwiga Wakulska z Lublina, która urodziła się w Auschwitz-Birkenau we wrześniu 1944 roku. Zaraz po urodzeniu została zabrana matce do eksperymentów, jakich dokonywał niemiecki oficer SS i lekarz obozowy Josef Mengele. Zbrodniarz wkraplał dziecku chemiczne krople do oczu, a następnie wstrzykiwał za uchem bakterie ropnicy, od których dziecko dostało wrzodów na całym ciele. Dzięki wyzwoleniu obozu, cierpienie dziewczynki się zakończyło i w ten sposób ocalała.

Akompaniament muzyczny podczas liturgii zapewnił Chór św. Maksymiliana w Harmężach, który zaśpiewał m.in. tradycyjne polskie kolędy.

Za modlitwę i uczestnictwo we Mszy św. podziękował na koniec dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr M.A. Cywiński.

Obchody 75. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau rozpoczną się w poniedziałek na terenie Miejsca Pamięci od zapalenia zniczy i złożenia wieńców pod Ścianą Straceń w byłym obozie Auschwitz I.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję