Reklama

Wiadomości

Niepokonana

Renata Ślosarczyk, nauczycielka muzyki i kompozytorka piosenek religijnych. Przez 9 lat grała na instrumentach klawiszowych i śpiewała w zespole „Betania”. Występowała na Jasnej Górze i w Filharmonii Krakowskiej, jeszcze przed pożarem. Z „Betanią” zjechała niemal całą Polskę. Swoją miłość do muzyki chciała ponieść dalej.

Uczyła. Przez jej dom przewinęło się ok. 40 uczniów. Przynajmniej 10 z nich, dziś już dorosłych, gra w orkiestrach dętych. Przez ostatnie 2 i pół roku przygotowywała cotygodniową audycję do katolickiego Radia „Anioł Beskidów”. Prowadziła dwie grupy Dzieci Bożych. W 2008 r. wydała autorską płytę „Zawsze z nadzieją”.

Reklama

W tej aktywności, którą można by obdzielić przynajmniej dwie osoby, nie przeszkodził jej ani wózek inwalidzki, ani postępująca nieuleczalna choroba. Podczas gdy po ludzku rzecz biorąc, powinna załamać się i odwrócić od świata, Renata Ślosarczyk, mieszkanka niewielkiej Bestwinki w gminie Bestwina, województwo śląskie, udowadnia całą sobą, że godnie i pięknie można żyć w każdym czasie i w każdej sytuacji.

Oto jej historia.

To życie ma sens

Zanik mięśni to w jej rodzinie choroba genetyczna. Na to samo zmarła w wieku 18 lat jej starsza siostra - Grażynka.

Reklama

- Jeszcze do I Komunii św. Renia szła prosta jak świeczka - wspomina p. Genowefa, mama Reni. - Jednak w wieku 14 lat potrzebny był już wózek inwalidzki.

I na tym wózku przez wiele kolejnych lat Renata żyła pełnią życia - komponowała, koncertowała, udzielała się w Kościele, poznawała nowych ludzi, miała wielu przyjaciół.

Kryzys przyszedł 10 lat temu. W ciężkim stanie trafiła do szpitala, prosto pod respirator. Przez 3 miesiące leżała na OIOM-ie, z rurką w gardle, ze świadomością, że nigdy nie zostanie usunięta. Zaniku mięśni się nie leczy. Z biegiem lat człowiek nawet nie oddycha samodzielnie. Jakby tego było mało, pojawiła się alergia pokarmowa i oddechowa - w zasadzie na wszystko - zapach skórki cytryny, perfumy albo mocne mydło na czyjejś skórze. To spowodowało, że świat, który i tak był już daleki, stał się jeszcze bardziej oddalony.

Mikro i makroświat

Od 6 lat Renia leży w łóżku na wznak, podłączona do specjalistycznej aparatury, która za nią oddycha i monitoruje parametry życia. Nie odwróci nawet głowy, by zerknąć przez okno na ogród, bo od niedawna utraciła już możliwość półleżenia.

Tragedia? Z pewnego punktu widzenia zapewne tak, ale dla osoby pokroju Renaty i dla jej bohaterskiej rodziny - to życie sprowadzone do mikroświata niewielkiego pokoju i makroświata wyobraźni, miłości, oddania i ogromnej wiary - udowadnia nam wszystkim, że cierpienie ma sens, tylko nie każdy potrafi pojąć jaki. Do zrozumienia potrzebna jest wiara.

Renata mówi: - Niewierzący człowiek w mojej sytuacji pewnie popadłby w obłęd. W życiu można też zawierzyć drugiemu człowiekowi, można na kimś zawiesić swoje istnienie. Ale ulgi to nie przyniesie. Ulgę i zrozumienie, że jest się tu po coś, daje tylko wiara w Boga.

Modlitwa to nieodzowna część codzienności. Od 10 lat codziennie o godz. 15 schodzi się do jej pokoju rodzina, żeby odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Regularnie odprawiane są też w pokoiku Msze św.

- Gdzie szukać pomocy, jak nie u Boga, wsparcia - jak nie u Ducha Świętego - szepcze Renata. - Jak cudownym lekarstwem jest modlitwa, mogą zaświadczyć ci, którzy doświadczają rozmaitych cierpień. Potem przychodzi ulga...

Zawsze z nadzieją

Kocha muzykę. Kochała ją grać, czuć pod palcami. Uczyć, zapalać pasją, widzieć w oczach zachwyt i radość. Teraz tylko słucha. Mówi, że to nie to samo, co układanie, ale musi wystarczyć.

Wtedy w szpitalu, w czasie gdy wracała do świata po utracie przytomności, podczas długich godzin leżenia na OIOM-ie, w ciszy rozpraszanej jedynie cykaniem maszyn medycznych, Renata słyszała muzykę.

- Wracała świadomość, a z nią dźwięki. Myślałam, że gdzieś gra radio… Tylko dlaczego ciągle nadają tę samą piosenkę kościelną: „Wy jesteście na ziemi światłem mym…”. Zapytałam pielęgniarkę, a ona zdziwiona odpowiedziała: - Tutaj nie ma żadnego radia… Pomyślałam: Bóg daje mi znak.

Tak powstała autorska płyta „Zawsze z nadzieją”. Refleksje o życiu, cierpieniu, samotności, ale i nadziei, potędze wiary, szukaniu drugiego człowieka. Każda nutka mozolnie nanoszona myszką na komputerowy ekran przez słabe palce. Był rok 2004. Szpital. OIOM. Stan ciężki. Renata unieruchomiona przez chorobę od stóp do głów. Z wyjątkiem rąk, no i tej głowy, która działała w najlepszym porządku. A w tej głowie muzyka. Całe frazy.

Wtedy jeszcze nie męczyło ją mówienie. Dziś każdą przegadaną chwilę musi potem odcierpieć. Płyta pozwoliła jej dotrzeć do świata z przekazem, że zmaganie się z codziennością, walka z własną słabością, że cierpienie nie jest bezsensem…

Słucham jej głosu, niemal szeptu i podziwiam człowieka, który niszczony nieuleczalną chorobą ma w sobie niespotykaną u zdrowych pasję życia. Człowieka, który samym swoim istnieniem udowadnia, że można godnie żyć - w każdej sytuacji i w każdym czasie.

Klan Pana Boga

Mama - p. Genowefa, kobieta wielkiej wiary i równie wielkiego męstwa, i tata - p. Leon, choć sam obciążony wiekiem, wciąż służący pomocą - twierdzą zgodnie, że wokół całej ich rodziny działa „klan Pana Boga”. Taki Boży „desant” sprowadzany przez Najwyższego, by się lżej żyło, leczyło, pokonywało przeszkody. W tym klanie jest ksiądz proboszcz, miejscowa aptekarka i lekarka anestezjolog Helena Dziedzic. A jednym z najważniejszych od prawie 20 lat jest Adam Waśko - fizykoterapeuta z dyplomem wyższej uczelni, znany w całym kraju z leczenia rozmaitych schorzeń kręgosłupa. Rodzina jest przekonana, że dzięki temu człowiekowi Renata żyje. Gdy tylko jest taka potrzeba, przyjeżdża do Bestwinki, by „ustawić kręgosłup”. Przybywa na każde wezwanie. A wzywany bywa, gdy rodzina i lekarze nie wiedzą, co robić.

Adam Waśko nie widzi w swoim postępowaniu niczego nadzwyczajnego. Uważa, że Renata jest osobą dotkniętą przez Pana Boga. Jej postawa, sposób znoszenia cierpienia, ogromna wiara, modlitwa imponują i skłaniają do przemyśleń.

- Pan Adam traktuje nas tak... po Bożemu - przyznaje p. Genowefa. I tu pojawia się opowieść o jednej z wielu interwencji p. Adama. Jej świadkiem była lekarka Helena Dziedzic.

Mama Genowefa opowiada: - Respirator wydaje z siebie taki odgłos, który w domu już wszyscy znają, jeśli „pracuje” inaczej niż zwykle, to znak, że dzieje się coś złego. Wtedy coś się stało z rurką, dzięki której oddycha. Nie udawało się wejść do płuc, by je oczyścić, pojawiała się krew. Wezwaliśmy panią doktor, która uznała, że Renię trzeba zabrać do szpitala. I to natychmiast, inaczej się udusi. Nie kryła też, że oznacza to, iż w szpitalu Renia zostanie zaintubowana. Na stałe. Utraci wtedy bezpowrotnie ostatnią zdolność komunikowania się ze światem. Byliśmy przerażeni taką wizją. Lekarka nachyliła się nad chorą: - Jeśli ma pani coś ważnego do powiedzenia najbliższym, proszę zrobić to teraz. Potem nie będzie już takiej możliwości…

Człowiek w desperacji chwyta się każdej możliwości. Mamie Genowefie przyszedł na myśl Adam Waśko. Lekarka na to: - W tej sytuacji wezwijcie, kogo chcecie…

Adam Waśko jak zwykle, jak przez lata, także tym razem nie odmówił pomocy. Przed jego przyjazdem Renata i Robert długo się modlili. Gdy pan Adam przyjechał, mama i Robert ułożyli Renię w dogodnej pozycji, a pan Adam przez chwilę dotykał kręgów szyjnych Renaty, jakby czegoś tam szukał i zaraz już było słychać, że respirator zaczął chodzić normalnie… A Renata złapała głęboki oddech.

Lekarka powtarzała zdumiona: - To cud!

Złote palce

Adam Waśko mówi: - Mam od Boga taki dar - i pokazuje ręce. Świetnie wykształcony, absolwent Uniwersytetu Śląskiego, sporo jeździł po Europie, doskonaląc swoje umiejętności. Nie kryje, że wiara w jego życiu i pracy zajmuje istotne miejsce.

- U kogoś, kto latami leży w jednej pozycji, kręgosłup się łamie, gnie, przybiera jakieś niewiarygodne kształty. Żeby ulżyć Reni, trzeba znaleźć pozycję, która przynosi ulgę. Znać kręgosłup na pamięć.

Ostatnio było np. załamanie splotu słonecznego.

- I jak tu nie wierzyć w istnienie klanu Pana Boga? Jak jesteśmy pod ścianą, zawsze zdarza się coś, co pozwala nam przetrwać - tłumaczy p. Genowefa.

Cztery lata temu do tej elitarnej grupy dołączył Robert.

Kim jest Robert?

Co wydaje się nieosiągalne dla kobiety z respiratorem, unieruchomionej w łóżku od lat, z minimalnym kontaktem ze światem?

Miłość. Na dodatek ta najlepsza, bo wzajemna.

Miłość

Oto historia, która nie powinna się zdarzyć. A zdarzyła się i „jest cudem w naszych oczach”. Mama Genowefa mówi, że jest piękniejsza niż te z filmów. Bo prawdziwa, tętniąca emocją, radosna i ciepła.

Renata po powrocie ze szpitala czuła się bardzo samotna.

- Wielu się odsunęło - mówi z goryczą matka.

- Nie, to nie tak - wtrąca Renata. - Moja choroba, zwłaszcza alergia, spowodowała, że trzeba było ograniczyć kontakty towarzyskie.

- Przez nasz dom wcześniej przewijały się tłumy, a tu nagle cisza - wtrąca p. Genowefa.

- Z Robertem poznaliśmy się przez telegazetę. Najpierw były SMS-y. Pisaliśmy przez długi czas. Potem spotkania, odwiedziny, długie rozmowy. Zakochałam się… Znaliśmy się 5 lat, nim Robert się oświadczył. Broniłam się, przekonywałam, że nigdy nie ugotuję mu obiadu, koszuli nie wyprasuję... A on zamknął mi usta jednym zdaniem…

- To nie jest w miłości najważniejsze - odzywa się Robert… - Życie nie na tym polega.

- Dokładnie tych słów wtedy użył - dodaje Renata i przez chwilę patrzą na siebie tak, że nikogo w pokoju nie trzeba przekonywać, że tych dwoje się kocha.

Rodzice nie chcieli uwierzyć, sprzeciwiali się. - Który mężczyzna zdecydowałby się ożenić z kobietą pod respiratorem? - pyta pani Genowefa. - Byliśmy przeciwni, oczywiście, że tak! Co to w ogóle za pomysł. A potem przyszła myśl, że skoro w naszym domu wszystkie sprawy układa Pan Bóg, to my się już nie wtrącamy... - rozkłada szeroko ręce.

Przekonała ich cierpliwość Roberta. Młodzi są pewni, że taką miłość planuje się gdzieś tam, wysoko, w niebie.

- Robertowi też zmarła siostra Basia. Żartujemy, że razem z moją Grażynką wyswatały nas w niebie. No bo jak wytłumaczyć, że wśród setek numerów telefonów wybrałam właśnie ten jeden i trafiłam na takiego Człowieka, na Roberta? - mówi Renata.

Pobrali się 4 lata temu w niedzielę Miłosierdzia Bożego.

- Dla mnie całym światem jest Robert i ten pokój. To nasz świat. Gdy Robert wraca z pracy, jesteśmy nierozłączni.

Taka miłość to się nawet w filmie nie zdarza.

Codzienność jest modlitwą o istnienie

Codzienność to sprawdzian nie tylko dla miłości, ale cierpliwości, dokładności, umiejętności. Chory na dystrofię mięśni wymaga nieustannej obecności osoby drugiej. Dzielą się więc obowiązkami. Pani Genowefa ma - jak sama mówi - pierwszą zmianę. Gdy Robert wraca z pracy, zastępuje teściową.

- I to jest ich prywatność. Opiekuje się nią pięknie, z takim oddaniem i czułością, że ja się ciągle wzruszam. Patrzenie na nich sprawia mi przyjemność.

Renata jest bystrą kobietą, na ile może, stara się uczestniczyć w życiu najbliższych. Od kilku miesięcy nie udaje się jej już podnosić do pozycji półleżącej. Straciła możliwość swobodnego korzystania z komputera. Został jej tylko telewizor zawieszony na wysięgniku nad łóżkiem i telefon z Internetem. Leżąc płasko, wystukuje z wysiłkiem SMS-y, szuka stron internetowych.

Żyje dzięki specjalistycznym maszynom wypożyczonym z firmy BetaMed, której założycielką i dyrektorem jest p. Beata Drzazga. Bez nich byłaby skazana na szpital.

Domownicy przyznają, że Renata to podpora rodziny, wokół jej łóżka skupia się ich życie, tu celebrują święta kościelne i te rodzinne. Tu, jak sami mówią, bije serce tego domu.

- Nie zastanawiamy się nad przyszłością, dla nas każdy dzień jest darem z nieba. Potrafiliśmy znaleźć sens istnienia w monotonnej powtarzalności, wynikającej z troski o przetrwanie. Chcielibyśmy mieć okazję do przeżycia jeszcze kilku szczęśliwych chwil - mówią.

2013-07-01 13:49

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Recepta na szczęście

2020-09-16 11:29

Niedziela zamojsko-lubaczowska 38/2020, str. IV

[ TEMATY ]

cierpienie

ból

Ewa Monastyrska

Zygmunt Romanowski podczas występu

Zygmunt Romanowski podczas występu

Czy można wybaczyć komuś, kto bardzo nas skrzywdził? Czy można być szczęśliwym, gdy cały świat się od nas odsunął? Czy naprawdę cierpienie może być błogosławieństwem?

Gdyby chcieć szczerze odpowiedzieć na te pytania, to wydaje się to nienaturalne, by mówić o cierpieniu, bólu i samotności jako o łasce. Do Krasnobrodu zawitał jednak człowiek, który wie, że wszystko, co otrzymujemy jest darem, a nawet cudem. Wchodząc do pokoju, w którym znajdował się nasz gość, zastałam człowieka uśmiechniętego, tryskającego radością, inteligentnym dowcipem i głębokimi przemyśleniami. W jego dłoniach gitara wygrywała niesamowite melodie, które zapierały dech w piersiach. Z iskrą w oku i kulą przy nodze wydawał się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Jednak to, co przeżył, kazało nie tylko mnie przeanalizować na nowo swoje życie.

Przez wstawiennictwo Matki

Zygmunt Romanowski, bo o nim mowa, to człowiek, który w swoim życiu musiał przejść wiele, choć sam o swoim życiu mówi, że to zbyt wiele niewiadomych.

– Około 2. roku życia, z powodu zapalenia rdzenia kręgowego, doszło u mnie do paraliżu całego ciała. Osłabienie organizmu było tak silne, że nie mogłem oddychać samodzielnie ani jeść. Aparatura podtrzymywała moje życie. Nie mogłem też mówić. Moi rodzice załamali się i chyba stracili nadzieję. Postanowili zniknąć z mojego życia. Przez wiele lat poszukiwaliśmy ich, ale nigdy nie udało się tego zrobić. Po latach z urzędu kazano mi wybrać datę urodzenia, imię i nazwisko. Rodzice przestali w ogóle mnie odwiedzać i nie zapisano żadnych moich danych. Po prostu mnie zostawili. Ponieważ nie miał się kto za mnie modlić, to ten trud podjęły siostry zakonne, które niedaleko prowadziły ochronkę dla dzieci porzuconych, niechcianych. Po ludzku nie można było już mi pomóc. One modliły się przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny i to jest najlepszy „patent”. Jeśli modlimy się przez Jej wstawiennictwo, to Jej Syn nie odmówi – dał świadectwo swoich doświadczeń Zygmunt Romanowski.

Modlitwy sióstr rzeczywiście zostały zaniesione przed Boży tron. Po 3 latach stan chłopca nagle zaczął się poprawiać, co w zdumienie wprowadziło samych lekarzy. Przygarnięty przez siostry nauczył się jednego: wszystkie trudności zanosić Bogu w modlitwie przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi.

Kolejne bariery

Jak wspomina Zygmunt Romanowski, ta modlitwa była mu wciąż bardzo potrzebna. Naukę mowy zaczynał w wieku 7 lat i nie były to słowa „mamo”, „tato”, ale słowa modlitwy. Utrudnienia i opóźnienia rozwojowe dały o sobie znać w szkole, kiedy inne dzieci naśmiewały się z chłopca, że nie potrafi jeszcze czytać ani pisać. Zapamiętał jednak słowa: „módl się przez wstawiennictwo Matki Bożej”. Choć lekarze nie dawali mu szans na rozwój, on nie tylko nauczył się pisać i czytać, ale z dziecka, które nie potrafiło powtórzyć usłyszanego dźwięku, stał się muzykiem tworzącym pieśni i piosenki, „klaszczącym” palcami, a nawet językiem. Modlitwa działała w życiu chłopca cuda.

– Gdy z ochronki zostałem przyjęty do domu dziecka, dobrze wiedziałem, że panuje trend tak zwanego „kocenia”. Wiedziałem, że będzie mnie to boleć i że nie dam rady się przed tym obronić. Jeśli włożyliby mi te papierki między palce u stopy, którą nie mogłem ruszać, a następnie podpalili, to wiedziałem, że będzie to potwornie bolało. Modliłem się długo, by niczego mi nie zrobili. Okazało się, że na tej modlitwie zeszła mi cała noc i moi koledzy zasnęli z tego wszystkiego i nie zrobili mi nic – śmieje się Zygmunt.

Zrozumieć cierpienie

Cierpienie, które nas spotyka, rozpatrujemy w kontekście bólu i porażki. Jedno, co wciąż podczas rozmowy podkreślał brat Zygmunt, to były słowa: „nie dajcie się zwieść cierpieniom”. Wielką pokusą, jak sam zaznaczał, jest odwrócenie się od Pana Boga, bo przecież nie pomógł nam w cierpieniu. To najprostsze rozwiązanie. Według niego jest to największy z możliwych błędów, ponieważ tylko On może być naszym wsparciem, a czasami „gdy Bóg nie pomaga, to może właśnie nam pomaga” – może wie, że dane rozwiązanie przysporzyłoby nam jeszcze więcej bólu. Zaskakujące jest to, że mówi o tym człowiek, który mógłby być pierwszym toczącym spór z Panem Bogiem. On widzi to jednak inaczej.

Jak człowiek byłby potężny i silny to wydawałoby się mu, że nie potrzebuje żadnej pomocy. A dzięki niemocy mógł objawić się Bóg.

– Miałem doświadczenie tej słabości, niemocy, dzięki której mogła zadziałać wszechmoc Boga. Jak człowiek byłby potężny i silny to wydawałoby się mu, że nie potrzebuje żadnej pomocy. A dzięki niemocy mógł objawić się Bóg – stwierdził Zygmunt Romanowski.

Sztuka przebaczenia

Prawdziwym wyzwaniem, ale i drogą do odnalezienia szczęścia było przebaczenie. Choć wydaje się nam, że samo przebaczenie jest czymś oczywistym, to w rzeczywistości jest to niezwykle trudna sztuka. W jaki sposób przebaczyć rodzicom, którzy w najtrudniejszej chwili naszego życia porzucają nas na zawsze? Czy to w ogóle możliwe?

– Otrzymałem modlitwę, która miała być modlitwą o przebaczenie rodzicom. Karmelici powiedzieli mi, że samo przebaczenie nie może polegać na tym, że przebaczam, a w środku nadal czuję ból. Miałem zaprosić do przebaczenia Chrystusa. To On ma tę łaskę dać pocieszenie. Jeśli przebacza się w imię Chrystusa i robi się to dla Niego, to jest to coś niesamowitego – wyjaśnił Zygmunt Romanowski.

Choć przebaczenie było bardzo trudne, to w zawierzeniu Chrystusowi i składając jednocześnie je u stóp Maryi, był w stanie osiągnąć radość.

Ewangelizacja przez muzykę

Brat Zygmunt bez wahania przyznaje, że człowiek jest za słaby, by mógł sam poradzić sobie ze swoimi problemami i słabościami. Niezrozumiałe wydaje mu się niszczenie własnego zdrowia poprzez alkohol, narkotyki czy też papierosy. Jak nikt rozumie, czym jest łaska i dar życia. Teraz muzyka stała się nie tylko jego pasją, ale sposobem na ewangelizację i zmienianie życia wielu ludzi. Dziś nagrywa płyty, pisze poruszające książki i wie, że jego cierpienie może służyć przybliżeniu do nieba zarówno jego, jak i innych ludzi. Najbardziej zdumiewające w tym wszystkim jest to, że historia Zygmunta przypomina biografie świętych. A spotkanie z nim, jego radością pomimo bólu i wiarą pomimo bezsilności sprawia, że człowiek wtula się natychmiast w ramiona Pana.

CZYTAJ DALEJ

Różaniec – Mój „Number one”

Niedziela Ogólnopolska 40/2019, str. 14-15

[ TEMATY ]

różaniec

Materiały prasowe

Różaniec nosi w formie bransoletki na ręce. Wydawać by się mogło, że to nic takiego, jednak ta ręka należy do Rafała Patyry, dziennikarza TVP, prowadzącego popularny „Teleexpress” – a to już znacząca deklaracja. Damian Krawczykowski zapytał go, ile jest prawdy w tym, że modlitwa, szczególnie Różaniec, może zmienić jakość codziennego życia

DAMIAN KRAWCZYKOWSKI: – Czy w dzisiejszych czasach warto się modlić?

RAFAŁ PATYRA: – Zawsze warto. Ale może w dzisiejszych czasach szczególnie mocno. Bardzo zboczyliśmy z wąskiej drogi wiodącej ku zbawieniu. Zrzucam to na karb obecnego dobrobytu. Konsumpcjonizm bardzo odciąga od Boga. Zżerają nas lenistwo i zgnuśnienie. Wydaje nam się, że wszystko możemy zrobić sami i wszystko zależy od nas. Rosną nam brzuchy i gniją umysły. Coraz trudniej zginać kolana i korzyć się przed Tym, którego nie widać. A Jego widać, tylko trzeba umieć patrzeć. Bardzo pomaga, gdy ktoś „da nam z liścia” na otrzeźwienie. Ja kiedyś tak od życia dostałem. Przejrzałem od razu. Błogosławię ten moment do dziś.

– A może problemem jest to, że wielu z tych, którzy „zginają kolana”, podchodzi do modlitwy niewłaściwie – jak do recytowania wyuczonych w dzieciństwie fraz? Jaki jest sposób, Pańskim zdaniem, na to, żeby nie znudzić się modlitwą?

– Stosować ją w zróżnicowanej formie. Nie jestem święty i sam miewam chwile zmęczenia czy umysłowego otępienia, kiedy ciężko złożyć słowa w logiczny ciąg zdań. Wtedy albo staram się odczytywać wybraną modlitwę, albo ćwiczyć coś na kształt medytacji. W piątki mam możliwość adorowania Najświętszego Sakramentu w swoim kościele parafialnym. Zazwyczaj robię to około północy, bo często wtedy akurat wracam z pracy. To pora dobra i zła zarazem. Jest wprawdzie cicho i można się skoncentrować, ale czasem daje o sobie znać zmęczenie całym dniem. Jeśli czuję, że mu ulegam, skupiam się na powtarzaniu prostych słów: „Jezu, ufam Tobie”. Nic skomplikowanego, kilkadziesiąt czy kilkaset powtórzeń. Ale wychodzę potem z lżejszym sercem. Staram się zresztą modlić w różnych intencjach i okolicznościach, choćby jadąc samochodem. Szczególny jest Różaniec odmawiany całą rodziną wieczorem.

– Czyli nawet w najbardziej zabieganym dniu da się znaleźć czas na modlitwę!

– O modlitwie w drodze do pracy już wspomniałem. Gdy wyjeżdżam z domu, to zanim włączę w samochodzie radio, najpierw odmawiam dziesiątkę Różańca. Zajmuje to chwilę, a ja się dzięki temu czuję pewniej. Prosty akt strzelisty przed ważnym momentem w pracy też nie zabierze dużo czasu. Zdarza mi się go wypowiadać podczas wiązania krawata przed lustrem. W naszej modlitwie nie chodzi chyba o czas, który trzeba jej poświęcić. Chodzi o stan umysłu czy serca, w którym na ten moment zastygniemy. Tak to widzę, choć pewnie to widzenie jest mocno niedoskonałe.

– Znany dziennikarz nosi różaniec na ręce i w katolickim tygodniku mówi o wspólnej modlitwie całą rodziną... Czy nie obawia się Pan reakcji koleżanek i kolegów po fachu?

– Nie mam z tym problemu. Kiedyś było mi trudniej, ale chyba jakoś dojrzewam w wierze i dziś noszenie różańca czy przeżegnanie się przed posiłkiem w restauracji są rzeczami tak naturalnymi, że przestaję mieć świadomość, iż ktokolwiek może na mnie patrzeć i się dziwić. To mój oręż i moja walka. Nikt jej za mnie nie stoczy. Redakcyjni koledzy na ogół wiedzą, jakim wartościom staram się hołdować, i zdziwienia nie okazują. A jeśli komuś coś w tym nie pasuje – jestem gotów do konfrontacji. Zawsze możemy porozmawiać. Mam sporo różnych doświadczeń życiowych, chętnie się nimi podzielę. Ale oczywiście – nic na siłę.

– Która modlitwa jest Pańskim „faworytem”?

– Zdecydowanie Różaniec, choć jak wspomniałem, staram się korzystać z wielu form modlitwy. Ale różaniec jest „number one”. Szatan wyje, gdy go słyszy. Trudno o lepszy miecz na tego wroga. Do boju!

CZYTAJ DALEJ

Brazylia: w ub.r. podwoiła się liczba aktów przemocy wobec wspólnot i ziem tubylczych

2020-10-01 20:56

[ TEMATY ]

wspólnota

przemoc

Brazylia

Digo_Souza / Foter / CC BY-ND

Ze 109 w 2018 do 256 w ub.r. zwiększyła się w Brazylii liczba przypadków przemocy wobec miejscowej ludności tubylczej. Są to czyny określane jako "zajęcia ziem, bezprawne wykorzystywanie zasobów i działania ze szkodą dla prawa własności". W 2019 nastąpił wzrost aktów bezprawia w 16 spośród 19 kategorii przemocy, wymienionych w raporcie Misyjnej Rady Tubylczej (CIMI), ogłoszonym 30 września. Kreśli on bardzo niepokojący obraz sytuacji autochtonicznych mieszkańców kraju po pierwszym roku prezydentury Jaira Bolsonaro.

Z dokumentu wynika m.in., iż szybko rośnie i umacnia się wywłaszczanie ziem indiańskich, dokonywane za pomocą aktów najazdu i przemocy i w sposób bardzo agresywny na całym obszarze państwa, prowadząc do trudnych do wyliczenia zniszczeń. Raport wspomina konkretnie o uznaniu pierwotnego prawa własności, ale podkreśla też, że ziemie te są miejscem ochrony lasów i ich bogatych ekosystemów. Historycznie obecność tubylców na tych obszarach pozwalała im funkcjonować jako prawdziwe zapory dla postępującego niszczenia lasów i innych procesów rabunkowych. Tymczasem dane za rok ubiegły wskazują, że ludy tubylcze i ich tradycyjne ziemie są wyraźnie zawłaszczane.

Na tę szeroką panoramę niszczenia nałożył się "wybuch" zbrodniczych pożarów, które niszczyły Amazonię w 2019 r., wywołując wielki oddźwięk międzynarodowy.

Według raportu CIMI przemoc wobec ludności tubylczej opiera się na projekcie rządowym, wymierzonym w jej ziemie i znajdujące się na nich wspólne dobra, aby przekazać je przedsiębiorcom z przemysłu głównie rolno-spożywczego, górniczego i leśnego. Dokument wskazuje bowiem, że w 2019 nastąpił wzrost liczby aktów przemocy w 16 spośród 19 kategorii, jakie wymienia to opracowanie. Szczególną uwagę zwrócono na nasilanie się przypadków w kategorii "zajęcia ziem, bezprawne wykorzystywanie zasobów i działania ze szkodą dla prawa własności" – ich liczba wzrosła ze 109 w 2018 do 256 ub. roku.

Spośród istniejących w Brazylii 1298 ziem indiańskich 829 (czyli 63 proc.) winny jeszcze uzupełnić proces rozgraniczania i rejestracji jako tradycyjne terytorium tubylcze w Sekretariacie Dziedzictwa Związku. Z tej liczby 829 ziem 536 (64 proc.) to takie, których nie objęła jeszcze biurokracja państwowa.

Obszerne, 216-stronicowe opracowanie CIMI poświęciło oddzielny rozdział "przemocy przeciw osobie", która w wypadku ludności tubylczej łączy się ściśle z problemami ziemi. Raport odnotowuje 13 przypadków nadużywania władzy, 33 grożenia śmiercią, 34 inne pogróżki, 113 zabójstw, 20 zabójstw z powodu niedbalstwa, 13 przypadków celowego zadania ran, 16 aktów rasizmu i dyskryminacji kulturowej, 24 zamachy na życie i 10 przypadków przemocy seksualnej. Łącznie daje to rekordową liczbę 276 aktów przemocy wobec ludności tubylczej w 2019, a więc ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej, gdy było ich 110.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję