Reklama

Jan Paweł II

Znaki świętości Jana Pawła II

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Pamiętam słowa śp. kard. Stanisława Nagyego: „O wielu rzeczach myślałem, gdy spotykałem się z papieżem Janem Pawłem II, ale o tym, że może być świętym, nie myślałem”. Wspominam też moją wizytę w Watykanie: szliśmy odprawiać nabożeństwo czerwcowe i Ksiądz Kardynał jako sekretarz Papieża, wskazując na różne zakamarki w Pałacu Apostolskim, mówił: Ileż on się tu modli! Mocno zapadły mi te słowa w pamięci. Dziś Polska oczekuje na kanonizację bł. Jana Pawła II. Ksiądz Kardynał osobiście przygotowuje ten dzień w Krakowie i w Kościele powszechnym. Modlitwa z pewnością była wyjątkowym wyróżnikiem Jana Pawła II...

KARD. STANISŁAW DZIWISZ: – Nawiążę do słów śp. kard. Nagyego. Rozmawialiśmy nieraz o Janie Pawle II. Zawsze mówiłem: Patrz, jak on się modli, jak traktuje drugiego człowieka, jakie umartwione życie prowadzi. To wszystko składało się na jego niezwykłą łączność z Bogiem. A byliśmy bardzo blisko niego – ja sam w Krakowie 12 lat, a potem 27 lat w Watykanie; całe moje kapłańskie życie związane jest z osobą Jana Pawła II. Teraz jednak jeszcze bardziej widzę, jak ta świętość była tam obecna, w czym się przejawiała. Nigdy np. Ojciec Święty nie sprawował Mszy św. rano bez wcześniejszego przygotowania. Czynił rozmyślanie, zawsze przed Mszą św. przygotowywał się najmniej 15 minut. I nigdy nie odszedł po Mszy św., żeby nie uczynić dziękczynienia. Poza tym – nie rozmawiał z ludźmi przed Mszą św. Kiedy jechaliśmy na wizytacje czy celebry, przed Mszą św. musiała być cisza, „silentium”, skupienie, on przygotowywał się na spotkanie z Panem w czasie Mszy św. Po Mszy św. było podobnie. Chociażby te fakty świadczą już o jego odniesieniu do Chrystusa. Ludzie, którzy przychodzili na Mszę św. w jego prywatnej kaplicy, także w Krakowie, mówili potem, że on jakby się przemienia, że modląc się czy sprawując Eucharystię, wprowadza ludzi w klimat zjednoczenia z Panem Bogiem. Już takie odniesienie do Chrystusa Eucharystycznego świadczyło o jego świętości. Rzeczywiście, jak mówiłem, Ojciec Święty szukał ustronnych miejsc do kontaktu z Panem. Co jakiś czas staraliśmy się dać mu okazję wyjazdu w plener. Na początku nie rozmawiał z towarzyszami, ale zatapiał się w Panu Bogu, podziwiając Stwórcę poprzez stworzenia. Był artystą, człowiekiem wrażliwym na piękno. Piękno przyrody pomagało mu w spotkaniu z Panem Bogiem. Wszyscy, którzy patrzyli z daleka, by mu nie przeszkadzać, byli pod urokiem jego modlitwy i zjednoczenia z Panem Bogiem. Kiedy był młodszy – bo potem przyszedł wiek, choroby – dużo się modlił leżąc krzyżem czy to na posadzce w kaplicy na Franciszkańskiej w Krakowie, czy w Rzymie. Pozostawialiśmy go dyskretnie, ale słyszeliśmy, jak mówił do Pana Boga w cichości – to był dialog z Chrystusem Eucharystycznym. Słyszeliśmy, jak omadlał problemy, kraje, do których się wybierał, ich mieszkańców. Zresztą powtarzał, że dla papieża najważniejszym działaniem jest modlitwa, ręce uniesione do góry. Papież modlący się to pośrednik między Bogiem a człowiekiem, między niebem a ziemią. Kard. Nagy może nie pamiętał, jak Papież jeszcze jako arcybiskup krakowski zjeżdżał z Kasprowego do Kuźnic, że miał swoje miejsce, gdzie się zatrzymywał, żeby się modlić, odmówić brewiarz, i w każdy czwartek była Godzina święta. Jako kapłan, biskup nigdy nie opuścił Godziny świętej (adoracja). Nam, klerykom, mówił nieraz: w Ogrójcu Apostołowie spali i trzeba to uzupełnić. On uzupełniał. Przez całe życie w czwartek, także podczas wszystkich podróży, kiedy program był bardzo napięty, Godzina święta była zawsze. Wiele świadczy o jego świętości. Najważniejszy znak tej świętości to modlitwa – zjednoczenie z Panem Bogiem. I nigdy nie robił tego na pokaz.

– Takie traktowanie Mszy św. i zjednoczenie z Bogiem w Godzinie świętej jest niezwykle ważne zwłaszcza dla kapłanów...

– Jan Paweł II szukał możliwości rozmowy z Bogiem w gwarze, w czasie podróży, dlatego znajdował miejsca wyciszenia się i modlitwy. Tak przygotowany szedł na Mszę św. A jeśli chodzi o kapłanów – osobistą inicjatywą Jana Pawła II było pisanie listów do kapłanów. Napisał ich sporo. Wyłania się z nich jego dusza. Sprawa kapłaństwa zawsze leżała mu na sercu.

– Jakie inne jeszcze znaki świętości, poza modlitwą, dostrzegł Ksiądz Kardynał u Jana Pawła II? Co zostało w pamięci?

– Wielka dyscyplina. Nigdy nie tracił czasu. To był człowiek wielkiej pracy, nawet w czasie wakacji. Kiedy nie pisał, to wiele czytał. Papież pisał osobiście: przemówienia, dokumenty, encykliki... Miał podzielność uwagi. To człowiek szalenie utalentowany... Poza tym lubił się pośmiać, lubił żarty – ale nigdy z kogoś. Bardzo pilnował, aby komuś nie sprawić przykrości. Tyle lat byłem z nim i nigdy nie widziałem, żeby komuś wyrządził przykrość. Nawet kiedy trzeba było zwrócił uwagę, czynił to w taki sposób, żeby nikt nie czuł się urażony, dotknięty.

– A jako przełożony, biskup w Krakowie...

– Księża mieli do niego ogromne zaufanie. Był dyskretny i starał się zrozumieć słabości. Księża szli do niego ze wszystkimi problemami i wiedzieli, że nie podzieli się nimi z innymi, że bierze je na siebie.

– Ojciec Święty był profesorem akademickim. Zapewne dziś z powodzeniem może być patronem środowiska akademickiego...

– Przez rok był i moim profesorem, najpierw jako ksiądz, potem jako biskup. Zawsze był świetnie przygotowany do wykładów, które były logiczne, precyzyjne i wygłaszane – nigdy nie czytał z tekstu, dawał skróty. Na egzaminach był bardzo wymagający. Zadawał konkretne pytanie i kiedy student skończył, mówił: Tak ksiądz myśli... To dziękuję. Każdy wychodził, nie wiedząc, jaką notę otrzymuje. Mieliśmy zawsze ogromny szacunek do osoby biskupa profesora, którego bacznie obserwowaliśmy. A on, kiedy rozpoczynała się przerwa, szedł do kaplicy i widzieliśmy, jak się modlił. Klęczał, zatopiony w modlitwie. Był wzorem i dla profesora, i dla młodego człowieka, studenta.

– Ojciec Święty, będąc jeszcze w Krakowie, uprawiał sport – turystykę górską, kajaki, narty. Z pewnością współczesny młody człowiek chciałby mieć patrona, który rozumie jego pasje...

– Myślę, że Jan Paweł II może być patronem wszystkich kategorii, bo jego życie osobiste i kapłańskie było bardzo bogate. Mówi się dziś, że jest on również patronem Polski – w czasach trudnych pokazującym drogę, wiodącym moralnie.

– Imponuje wielki patriotyzm Jana Pawła II, umiłowanie przez niego wszystkiego, co Polskę stanowi. Eminencja był niezwykłym świadkiem tego, jak Ojciec Święty uczył nas, Polaków, kochać ojczyznę.

– Wciąż podkreślam jego niezwykły patriotyzm. Nieraz mówił: ja jestem tu, w Rzymie, ale jestem jako Polak. Kultura polska, historia Polski, naród i Kościół polski przygotowały mnie do tego, żeby tu być. I służę Kościołowi i ludzkości jako Polak. Często mówił, że miłość ojczyzny, patriotyzm ma w sobie coś religijnego, to jest jak z miłością do rodziców. On cieszył się, że był Polakiem i starał się również, żeby w świecie znano Polskę, polską kulturę, ponieważ ma ona wielką wartość, zwłaszcza dla Europy. Zawsze też podkreślał, że Europa stanowi całość: Wschód i Zachód to dwa jej płuca. Mówił: nacjonalizm to ograniczenie w patriotyzmie, i to jest złe, natomiast patriotyzm jest czymś bardzo pozytywnym, to świadomość swoich korzeni, czegoś, co jest w tej kulturze najważniejsze, co ją tworzy i czym człowiek powinien żyć.

– Ksiądz Kardynał był także świadkiem różnych zachowań ludzi kultury w Krakowie. Jak na to reagował Jan Paweł II?

– On miał wielkie wyczucie wartości. Sam bardzo pogłębiony, w spotkaniu z twórczością czy z ludźmi kultury od razu wyczuwał, co reprezentują. Nie dawał się nigdy zasugerować opiniom – miał własną ocenę, która była zawsze, zwłaszcza dziś to widzimy, słuszna. Szanował ludzi, co nie znaczy, że utożsamiał się z ich poglądami.

– Pontyfikat Jana Pawła II bardzo korzystnie wpływał na dzieje Polski w tamtych czasach...

– Niewątpliwie wynikało to także z szerokiej współpracy z kard. Wyszyńskim. Oni się rozumieli. Na pewno kard. Wyszyński jako duszpasterz był wielkim strategiem, a Wojtyła miał argumenty nie do odparcia, i w tym bardzo się uzupełniali. Przemiany, które się dokonały w Polsce, miały swój zasadniczy początek w pierwszej podróży Jana Pawła II do ojczyzny.

– „Solidarność”, która stała się znakiem nadziei dla Polski, mogła się narodzić dlatego, że ludzie w Polsce poczuli się silniejsi, uświadomili sobie: mamy Papieża Polaka...

– On uwalniał z lęków poszczególne osoby, ale i narody. To było zwycięstwo. Oczywiście, pierwsza podróż Jana Pawła II do Polski wyzwoliła z lęków nasz naród i narodziła się „Solidarność”. Ale impuls był tam. Dodam również, że był to człowiek związany z tajemnicami fatimskimi, o czym mało się mówi. Myślę, że Opatrzność posłużyła się nim do wykonania żądań Matki Bożej Fatimskiej. Tak się złożyło, że poprzedni papieże, choć znali sekrety, nie dysponowali warunkami, by żądania Matki Bożej w Fatimie zostały spełnione. Spełnił je Jan Paweł II.

– Ks. Mirosław Drozdek, tworząc sanktuarium na zakopiańskich Krzeptówkach, wpisał się w te wydarzenia.

– Niewątpliwie. Wiemy od biskupów wschodnich, że po oddaniu Niepokalanemu Sercu Maryi krajów uciśnionych przez komunizm zaczęło się coś zmieniać. I tak doszło do upadku Związku Radzieckiego, komunizmu i marksizmu na świecie. Dokonała się największa rewolucja. Oczywiście, przy współudziale Opatrzności Bożej, która – wierzymy – posłużyła się tym Papieżem.

– Kiedy po wizycie w Berlinie, gdy wraz z Helmutem Kohlem znalazł się pod murem berlińskim, Ojciec Święty przypomniał ten moment przy stole, przy którym i ja się znalazłem, padła wówczas propozycja, żeby przemówienia Papieża i Kohla wydrukować w „Niedzieli”.

– Wielka szkoda, że polskie środki przekazu nie podjęły tego wątku z życia Papieża – przejścia przez Bramę Brandenburską (1996 – przyp. red.). To było zakończenie ostatniej wojny. Śledziłem wtedy polskie media – jakoś nie zrozumiały ważności tej sytuacji.

– Ojciec Święty bardzo to przeżył.

– Bo zdawał sobie sprawę, co to znaczy. Był bardzo wrażliwy na znaki czas. Na stadionie, który otwierał Hitler na olimpiadę w Berlinie, Papież celebrował Mszę św... To są te znaki, o których nie powinniśmy zapominać.

– Ksiądz Kardynał należał do osób najbliższych Ojcu Świętemu. Miał on wielu przyjaciół. W jaki sposób jako człowiek święty był wierny tej przyjaźni? A że był, widzieliśmy m.in. w Wadowicach, kiedy niezwykle serdecznie mówił do swoich.

– Ojciec Święty zawsze był wierny w przyjaźni. Nawet kiedy czasem nam się wydawało, że ktoś nadużywa jego przyjaźni, zachowuje się niegodnie i nie zasługuje na nią, on był jej wierny do końca. Wszyscy, którzy mienili się jego przyjaciółmi, zawsze mogli liczyć na jego przyjaźń.

– Nie mogę nie zapytać Eminencji, który jest najlepszym tego świadkiem, jak Ojciec Święty był nastawiony do „Niedzieli” i innych pism katolickich.

– Ojciec Święty przeglądał całą polską prasę katolicką. Podziwiał, że tak się odrodziła właściwie z niczego, bo kiedyś zamknięto jej usta.

– Odczuwaliśmy wtedy ogromną życzliwość także wobec Księdza Kardynała, który bardzo nam pomagał przy każdej bytności w Rzymie spotkać się z Ojcem Świętym...

– Ojciec Święty zawsze przyjmował Księdza Infułata z wdzięcznością, zdając sobie sprawę, jak ważną rolę spełnia w Polsce on oraz „Niedziela” – i mamy nadzieję, że tę rolę będzie spełniać nadal.

– Jestem wdzięczny za papieski telefon komórkowy, który do tego czasu mi służy...

– Częstochowa w osobie Księdza Infułata może być dumna, że dostąpiła tego, czego nie udało się dokonać innym. Ojciec Święty bardzo szanował Waszego arcybiskupa seniora Stanisława Nowaka. Wiąże się z nim pewna legenda. Mianowicie kiedy został mianowany wikariuszem w Ludźmierzu, był tam oryginalny proboszcz. Ks. Nowak przyszedł do niego i mówi, że został tu posłany na wikarego. A proboszcz na to: „Ki dziod pcho się do Ludźmierza!”. Ten „dziad” szybko został proboszczem w sąsiedztwie, potem ojcem duchownym w seminarium, rektorem, profesorem na PAT, biskupem i arcybiskupem... Znamienne jest też to, że został od razu biskupem i arcybiskupem w Częstochowie. Był przewidywany gdzie indziej, ale zmarł bp Stefan Bareła. To wielka duchowość. Ojciec Święty nie miał żadnych wątpliwości, że na stolicę do Częstochowy trzeba posłać człowieka uduchowionego, wrażliwego na kult Matki Bożej. Takim był i jest abp Stanisław Nowak.

– Dziękuję za cenną wypowiedź pierwszego świadka świętości Ojca Świętego, niebawem przez Kościół kanonizowanego.

– Jan Paweł II to wielka osobowość. Na tej jego ludzkiej osobowości budowała się świętość człowieka, kapłana, biskupa i papieża...

2013-12-30 14:28

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bohaterstwo diakona Piórko

Niedziela Ogólnopolska 34/2020, str. 20-21

[ TEMATY ]

błogosławiony

Adobe. Stock.pl

Diakon Augustyn Piórko zapowiadał się na wspaniałego kapłana. Zapamiętano go jako osobę o wielu talentach, także artystycznych

Diakon Augustyn Piórko zapowiadał się na wspaniałego kapłana. Zapamiętano go jako osobę o wielu talentach, także artystycznych

Czy dziś męczennicy mogą być dla nas inspiracją? Wśród tych mało znanych jest diakon Augustyn Piórko, który zginął męczeńską śmiercią w czasie II wojny światowej w Wilnie. Ten skromny człowiek był prawdziwym gigantem dobra.

Młody diakon, który dożył zaledwie 28 lat, zaliczony przez Jana Pawła II w 2000 r., w poczet chrześcijan męczenników XX wieku to postać nietuzinkowa, a zarazem bardzo „zwyczajna” – w jego życiorysie można bowiem ujrzeć portret pokolenia Polaków tragicznego czasu.

Wiele takich nazwisk, nierozpoznawalnych w przestrzeni publicznej, odsłoniły dyskusje podczas I Kongresu 108 Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej w Gdańsku w grudniu ub.r., który zorganizowano w Muzeum II Wojny Światowej. Choć diakon Piórko z Wileńszczyzny nie należy do 108 Męczenników ogłoszonych 13 czerwca 1999 r. błogosławionymi, to przez swoją ofiarę życia w to grono się wpisuje.

Służba Bogu i ludziom

– Dlaczego musiał umrzeć w tak młodym wieku po okrutnych torturach gestapo? Dlaczego tylko on jeden spośród wszystkich aresztowanych 3 marca 1942 r. księży, profesorów, diakonów i alumnów Wileńskiego Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego poniósł najwyższą ofiarę? Tych pytań „dlaczego”, związanych z okolicznościami śmierci wujka, można zadać dużo, ale odpowiedzią są tylko domysły i przypuszczenia – mówi Gabriel Kamiński z Gdańska, siostrzeniec diakona Piórko.

Pochodzący z Turniszek Augustyn studiował (do wybuchu wojny) w Warszawskim Wyższym Seminarium Duchownym. Swoje losy postanowił jednak złączyć z Wileńszczyzną. Na Wydział Teologiczny Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie został przyjęty jesienią 1939 r., w momencie, kiedy pod skrzydłami Józefa Stalina litewscy nacjonaliści przystąpili do litwinizacji Wileńszczyzny i rozprawy z Polakami, faktycznie przyłączając się do rozbioru Rzeczypospolitej. Jako gorący patriota Piórko bardzo przeżywał niszczenie polskich godeł i flag. Po zamknięciu uniwersytetu jedyną ostoją polskości w Wilnie zostało Seminarium Duchowne. Metropolita wileński abp Romuald Jałbrzykowski ostro występował przeciwko atakom litewskich bojówek na wiernych oraz księży. Augustyn i jego koledzy także nie pozostali obojętni wobec prześladowań. Organizowali spotkania patriotyczne, by podnieść na duchu seminarzystów.

W czerwcu 1940 r. Stalin zdecydował o włączeniu Litwy do Kraju Rad. Wraz z nowym porządkiem rozpoczęły się masowe aresztowania i wywózki przeciwników zmian na Wschód. W czerwcu 1941 r., po ataku Adolfa Hitlera, ziemie litewskie znalazły się pod niemiecką okupacją. W tym czasie Augustyn zaprosił najbliższych kolegów z seminarium do rodzinnego domu w Turniszkach, gdzie – jak wspominała najmłodsza siostra męczennika Elżbieta – tworzyli oni ulotki i wierszyki piętnujące okrucieństwa okupantów i kolaborantów Litwinów. Klerycy w tamtym okresie spotykali się z ks. Henrykiem Hlebowiczem. Piórko uważał go za wzór kapłana, który zło nazywa po imieniu. Jego kazania przyrównywał do tych ks. Piotra Skargi.

30 marca 1941 r. Augustyn otrzymał święcenia diakonatu. Zaczął głosić odważne patriotyczne kazania w katedrze wileńskiej oraz w licznych kościołach Wilna i okolic. Zostały one zauważone nie tylko przez podziwiających go wiernych, lecz także przez okupantów.

Wartość ofiary

Doniesienia o działalności polskiego diakona i kierowanych przez niego do wiernych słowach nadziei na odzyskanie wolności przez Polskę musiały wzbudzić u Niemców wielką nienawiść. 3 marca 1942 r., z samego rana, teren wokół seminarium został otoczony przez litewskie Saugumo i hitlerowskie Gestapo. Augustyn został aresztowany i osadzony w więzieniu na Łukiszkach.

– Moja matka, nieżyjąca już Elżbieta Kamińska z Piórków, najmłodsza siostra Augustyna, opowiadała mi o życiu, tragicznych dniach w więzieniu, śmierci i pogrzebie wujka. Była z nim bardzo związana uczuciowo – urodzona kilka miesięcy po zamordowaniu ojca i wychowywana tylko przez matkę. Przez całe swoje życie nie mogła się pogodzić z tym, że spośród aresztowanych profesorów, księży, alumnów i kleryków Wileńskiego Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego on jeden zginął, niespełna miesiąc przed święceniami kapłańskimi. Z jej wspomnień i opowiadań, ze wspomnień matki Augustyna oraz ze wspomnień sióstr, licznych krewnych, znajomych oraz księży wynikało, że Gucio, jak na niego mówiła, był wspaniałym synem i bratem, o wszechstronnych zdolnościach, również artystycznych. Obdarzony był wspaniałym głosem, jako samouk pięknie grał na mandolinie. Uchodził za osobę radosną, pogodną, nastawioną przyjaźnie do wszystkich. Dzięki swojej otwartości był bardzo lubiany, szczególnie przez dzieci i młodzież. Rozmowa z nim oraz przebywanie w jego otoczeniu dawały poczucie wyjątkowego spokoju, wyciszenia i radości. Był bardzo aktywny, udzielał się w życiu wspólnoty seminaryjnej, brał żywy udział w rozmowach, dyskusjach, dzielił się wrażeniami i informacjami na różne, nieraz trudne, a także kontrowersyjne tematy, wyciszał kłótnie, wygaszał spory oraz antagonizmy narodowe – opowiada Gabriel Kamiński.

Diakon Piórko trafił do celi wraz z dwoma bliskimi kolegami – Mieczysławem Łapińskim i Józefem Rutkowskim. Pobyt w więzieniu traktował jako rekolekcje zamknięte „z woli Bożej”. Udało mu się powiadomić matkę i siostry o swoim aresztowaniu. W trakcie doprowadzania go na przesłuchania do siedziby Gestapo wyrzucał ukryte w pudełkach od zapałek listy do matki i sióstr. Zostały one znalezione oraz dostarczone rodzinie przez przygodnych przechodniów. „Kochana Mamusiu! Piszę te słowa z nowego miejsca pobytu, gdzie się wcale niespodziewanie znalazło całe Seminarium z władzą na czele. Wiele marzeń prysło jak bańka mydlana – to prawda, ale nad wszystko proszę się zbytnio o mnie nie martwić i troską o mnie nie nadwyrężać zdrowia, gdyż to byłoby obustronną wielką stratą. Nad nami bowiem czuwa Bóg, który z największego zła potrafi dobro wyprowadzić” – napisał do matki.

Podczas ostatniego, jak się okazało, przesłuchania był katowany. W celi leżał nieprzytomny. Nikt nie reagował na wołania kolegów współwięźniów o pomoc dla niego. Po kilku dniach został przewieziony do szpitala na Zwierzyńcu, gdzie pilnowano go dzień i noc. Matki ani sióstr nie wpuszczono do umierającego. Odszedł w samotności, nieodzyskawszy przytomności. Ciało zmarłego wydano dopiero po wielkich staraniach rodziny. Jego widok był przejmujący po doznanych torturach. Pogrzeb diakona w dniach 14-15 kwietnia 1942 r. stał się wielką manifestacją mieszkańców Wilna.

Augustyn wierzył, że Bóg kieruje jego życiem. Naśladował Chrystusa, poddawał się Jego woli. Zapłacił najwyższą cenę za głoszenie wiary, nadziei i miłości.

CZYTAJ DALEJ

W Rzymie pożegnano legendarnego opiekuna polskich pielgrzymów

2020-09-29 14:33

[ TEMATY ]

Rzym

Włodzimierz Rędzioch

Dziś rano, o godz. 9:30 w Kaplicy św. Franciszka Borgiasza w Kurii Generalnej jezuitów w Rzymie odbył się pogrzeb zmarłego na zawał serca jezuity o. Kazimierza Przydatka.

Ten powszechnie znany opiekun polskich pielgrzymów we Włoszech i współpracownik Radia Watykańskiego ostatnie lata swojego życia spędził w infirmerii Towarzystwa Jezusowego przy rezydencji św. Piotra Kanizego w Rzymie, gdzie zmarł 26 września.

Mszy św. przewodniczył współbrat zmarłego, o. Władysław Gryzło, dawny redaktor naczelny polskiego wydania L’Osservatore Romano, wicerektor Kolegium Russicum, koncelebrowało kilkunastu księży a homilię wygłosił o. Leszek Rynkiewicz, wieloletni pracownik Radia Watykańskiego. Zmarłego pożegnali również Polacy mieszkający w Rzymie oraz siostrzenica, która przyjechała na pogrzeb z Polski.

O. Przydatek urodził się w Tarnowskich Górach w 1933 r. Jako młody chłopak wraz z rodziną został wywieziony na Syberię. Tam w 1944 r. zmarła jego matka, natomiast jego ojciec, kapitan Adam Przydatek, został rozstrzelany przez Sowietów w Katyniu. Wrócił do kraju dopiero w 1947 r. a trzy lata później, w 1950 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Został wyświęcony na kapłana przez bpa Zygmunta Choromańskiego w kościele św. Andrzeja Boboli w Warszawie w 1960 r. Po zakończeniu studiów na Wydziale Teologicznym „Bobolanum” w Warszawie w 1961 r., był wychowawcą młodzieży zakonnej, a następnie wyjechał na dalsze studia, ale i leczenie, do Rzymu - w 1970 r. uzyskał doktorat z teologii duchowości na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W czasie studiów rozpoczął współpracę z Radiem Watykańskim, która trwała aż do 1981 r. Był też pracownikiem Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych.

Włodzimierz Rędzioch

Włodzimierz Rędzioch

Jednak szczególnym polem jego kapłańskiej misji było duszpasterstwo pielgrzymów. Najpierw został sekretarzem polskiego Komitetu Obchodów Roku Świętego 1974-75, a następnie członkiem Papieskiej Konsulty Duszpasterskiej dla Pielgrzymów przy działającym w Watykanie ośrodku „Peregrinatio ad Petri Sedem”, instytucji zajmującej się opieką nad pielgrzymami przybywającymi do grobów apostolskich. Były to czasy, kiedy Polaków nie stać było na wynajęcie hotelu i na korzystanie z restauracji w czasie pobytu w Rzymie. W tej sytuacji o. Przydatek wykazał się wielkim zmysłem organizatorskim – zorganizował na kempingu Tiber, który znajduje się na północnych peryferiach miasta, przy starożytnej drodze via Tiburtina, obok zakola Tybru, pole namiotowe. Dzięki znajomościom (będąc kapelanem w słynnej rzymskiej klinice Paideia poznał wiele wpływowych osób) otrzymał duże namioty wojskowe, które postawiono na kempingu - utworzyły coś w rodzaju placu, na którym postawiono maszt z polską flagę i długie, drewniane stoły. Pielgrzymi przyjeżdzali wówczas autokarami i przywozili ze sobą prowiant na cały czas podróży. Posiłki spożywano przy stołach a spano na rozkładanych łóżkach lub w śpiworach. To właśnie w tamtych latach poznałem o. Kazimierza, gdy jako pielgrzym po raz pierwszy przybyłem do Rzymu.

Byłem zafascynowany Wiecznym Miastem, ale nie mogłem przewidzieć, że kiedyś Rzym stanie się moim drugim miastem rodzinnym. Po powrocie do kraju pozostałem w kontakcie z o. Przydatkiem i to od niego dowiedziałem się – już po wyborze Jana Pawła II, że Papież powierzył mu zorganizowanie ośrodka dla pielgrzymów polskich. I tak przy ulicy via Pffeifer, w jednym ze skrzydeł wielkiego kompleksu Kurii Generalnej salwatorianów, tuż obok placu św. Piotra powstał dom „Corda Cordi”, przez wiele lat punkt odniesienia dla Polaków pielgrzymujących do Watykanu. Dowiedziałem się wtedy, że do pomocy o. Kazimierzowi przyjechał do Rzymu ks. Ksawery Sokołowski, znany mi z duszpasterstwa akademickiego w Częstochowie. Ci dwaj organizatorzy polskiego ośrodka zaproponowali mi pracę w „Corda Cordi”. Ja byłem po studiach inżynierskich na Politechnice Częstochowskiej więc praca w centrum dla pielgrzymów nie miała nic wspólnego z moim zawodem ale perspektywa służenia Janowi Pawłowi II, który podbił serca Polaków, w tym i moje, sprawiła, że zrezygnowałem z kariery zawodowej i przyjechałem do Rzymu 1 marca 1980 r. Moim pierwszym zadaniem, które zlecił mi o. Kazimierz była pomoc w przetłumaczeniu i wydaniu małego przewodnika po Rzymie i Watykanie. W pierwszych latach pontyfikatu Jana Pawła II wydawało się, że cała Polska przyjeżdzała do Rzymu, a punktem odniesienia dla pielgrzymów był dom „Corda Cordi” i o. Przydatek. Zapewniał on Polakom nie tylko dach nad głową, ale także opiekę duszpasterską i odpowiednich przewodników, by owocnie przeżyć pielgrzymowanie do miejsc świętych. Ale jego najważniejszym zadaniem było wprowadzanie grup na audiencje i Msze św. do Papieża, a wówczas tych spotkań było dużo, bo Ojciec Święty bardzo chciał mieć ciągły kontkat z rodakami. O. Przydatek gościł w domu przy via Pfeiffer tysiące Polaków, w tym krakowskich przyjaciół Jana Pawła II z tzw. „Środowiska” – warunki były spartańskie, ale każdy się cieszył, że może mieszkać dwa kroki od Watykanu, blisko Papieża. Wspólna kuchnia znajdująca się w piwnicach domu była również miejscem spotkań towarzyskich i rozmów. (Jako ciekawostkę powiem, że piwnicę odwiedził również pan Lech Wałęsa z małżonką, gdy w styczniu 1981 r. delegacja „Solidarności” przyjechała do Rzymu. Ten epizod utkwił mi w pamięci, bo ktoś wtedy zrobił nam zdjęcie, które przechowuję w archiwum).

Nasze drogi rozeszły się, gdy w 1981 r. zacząłem pracę w L’Osservatore Romano. Ale byłem z nim na placu św. Piotra w dniu 13 maja 1981 r., gdy po zamachu ustawił na pustym, papieskim fotelu kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i wezwał ludzi do odmawiania różańca. Tamtej nocy spędziłem wiele godzin w pokoju o. Przydatka oglądając telewizję, która podawała wiadomości z polikliniki Gemelli.

Gdy po kilku latach, odgórną decyzją o. Przydatek przestał być dyrektorem domu Corda Cordi, w 1986 r. mianowano go rektorem kościoła św. Andrzeja na Kwirynale – to miejsce bardzo bliskie Polakom, bo tu spoczywa ciało św. Stanisława Kostki. Następnie przeniósł się do jezuickiej wspólnoty przy kościele Il Gesù w Rzymie, gdzie był cenionym spowiednikiem. Po czym przełożeni wysłali go do Neapolu – był duszpasterzem i spowiednikiem w jezuickim kościele Il Gesù nuovo. Schorowany wrócił do Rzymu i ostatnie lata swojego życia spędził w infirmerii Towarzystwa Jezusowego przy rezydencji św. Piotra Kanizego w Rzymie, gdzie zmarł.

Doczesne szczątki o. Kazimierza Przydatka, legendarnego duszpasterza polskich pielgrzymów w Rzymie, spoczną w grobowcu jezuitów na cmentarzu w Castel Gandolfo.

CZYTAJ DALEJ

Wyjątkowa wystawa o gen. Maczku

2020-10-01 21:10

Fot. Grzegorz Kryszczuk

Irena Biernacka, siostra st. strz. Tadeusza Chwiłki, który służył w plutonie rozpoznawczym 10 Pułku Strzelców Konnych.

Irena Biernacka, siostra st. strz. Tadeusza Chwiłki, który służył w plutonie rozpoznawczym 10 Pułku Strzelców Konnych.

Na placu przy Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu stanęła wyjątkowa wystawa plenerowa o gen. Stanisławie Maczku oraz jego żołnierzach. Będzie dostępna dla zwiedzających do 28 października. Ekspozycja prezentowana jest w trzech językach − po polsku, angielsku i niderlandzku.

To bardzo dobra okazja, żeby zapoznać się ze wspomnieniami żołnierzy 1. Dywizji Pancernej, a nawet posłuchać nagrania głosu samego gen. Maczka. Z relacji można się dowiedzieć nie tylko tego, jak przebiegały poszczególne bitwy w 1939 i 1944 r., lecz także jak wyglądało życie codzienne na froncie i w koszarach: co żołnierze jedli, jak spędzali wolny czas w oczekiwaniu na komendę „Do boju!”, jak sobie radzili z wszechobecną śmiercią i tęsknotą za pozostawioną w kraju rodziną.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z OTWARCIA WYSTAWY

- Dla mnie jest rzeczą skandaliczną, że o tym człowieku nie ma co najmniej kilku polskich filmów. Generał Maczek ma w Bredzie swoje muzeum, ale w Polsce pamięć o nim jest niewielka. Dlatego chcieliśmy tą wystawę pokazać we Wrocławiu, ponieważ kolejny z naszych narodowych bohaterów nie jest doceniany. Myślę, że gdyby był amerykańskim generałem to chodzilibyśmy często na filmy o nim - mówi Juliusz Woźny, rzecznik prasowy Centrum Historii Zajezdnia.

Podczas oficjalnego otwarcia wystawy obecne były rodziny żołnierzy 1. Dywizji Pancernej. Siostra starszego strzelca Tadeusza Chwiłki, który służył w plutonie rozpoznawczym 10 Pułku Strzelców Konnych wspomina, że ostatni raz brata widziała we wrześniu 1939 r.

- Poszedł do wojska na ochotnika, a później słuch o nim zaginął. Do momentu, aż dowiedzieliśmy się o jego śmierci. Na przełomie 1944 i 45 roku moich innych dwóch braci też zaciągnęło się do armii. Jeden miał 19 lat, drugi był młodszy i stacjonowali w Paryżu już po wyzwoleniu. Kiedy mój ojciec dowiedział się, że 16-letni brat też jest w mundurze to po niego przyjechał i go z zabrał z koszar - wspomina Irena Biernacka. I dodaje, że jej brat Tadeusz miał żonę Brytyjkę i syna, z którym niestety kontakt obecnie się urwał.

Narracja wystawy przy ul. Grabiszyńskiej prowadzi zwiedzających od początku kariery wojskowej Stanisława Maczka, czyli od czasów przed I wojną światową i awansu na polu bitwy w 1919 roku, przez kampanię wrześniową w 1939 roku, w której 10. Brygada Kawalerii pod dowództwem Stanisława Maczka osłaniała przed Niemcami Armię „Kraków”, ewakuację przez Węgry i Francję na Wyspy Brytyjskie, aż po lądowanie aliantów w Normandii i serię zwycięskich bitew z 1944 roku, podczas których 1. Dywizja Pancerna gen. Maczka uwolniła od okupacji niemieckiej kolejne miejscowości Francji, Belgii i Holandii.

Na końcu poznajemy powojenne losy żołnierzy, z których część założyła rodziny na Zachodzie, część zaś, mimo niebezpieczeństw wynikających z podporządkowania Polski Związkowi Sowieckiemu, zdecydowała się wrócić do ojczyzny.

Wyprodukowany został również film dokumentalny „Niepokonany. Opowieść o generalne Stanisławie Maczku” poświęcony losom Stanisława Maczka i 1. Dywizji Pancernej, którego reżyserem jest uznany twórca filmów o tematyce historycznej Rafał Geremek. Film został w tym roku wyróżniony nagrodą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Janusza Kurtyki.

Powstał także film animowany „Marian na wojnie”, inspirowany rysunkami korespondenta wojennego przy 1. Dywizji Pancernej Mariana Walentynowicza, szerzej znanego jako twórca Koziołka Matołka. Animacja opowiada o jego wojennych losach. Animacja otrzymała I nagrodę na tegorocznym festiwalu filmowym w Zamościu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję