Reklama

Niedziela Kielecka

Sanktuarium św. Wincentego w Bobinie

Herold Słowa Bożego

W podkrakowskiej ziemi pod Proszowicami/Ziemia urodzajna tu szumi kłosami/W Bobinie...”. Słowa tej maryjnej, ludowej pieśni mówią o Bobinie i znajdującym się w kościele obrazie Matki Bożej. Jednak kościół w Bobinie jest znany w okolicy nie ze szczególnego kultu Matki Bożej, lecz kultu św. Wincentego Ferreriusza. To bardzo mało znany święty. – A kto to jest? Skąd taki Święty? – zapytałem, dowiedziawszy się, że niedługo przypada odpust ku jego czci w parafii – wspomina Ksiądz Proboszcz czasy przybycia na parafię po raz pierwszy po nominacji.

Nie wiadomo, kto był inicjatorem zapoczątkowania kultu Świętego w tej miejscowości i sprowadzenia relikwii św. Wincentego do kościoła w Bobinie. Pewnym jest, że działające w tej miejscowości 300 lat temu Bractwo Różańcowe krzewiło kult świętego dominikanina, więc wydaje się, iż z inicjatywy któregoś z opiekunów Bractwa relikwie świętego kaznodziei zostało sprowadzone do tej małej miejscowości.

Reklama

Do dziś zachowała się Książka Bractwa Różańca Świętego w Bobinie. Czytamy w niej: „Bractwo Różańca Świętego ustanowione zostało przy kościele w Bobinie roku 1724, z zapisu Stanisława Józefa Borka, dziedzica dóbr Gabułtów (obecnie parafia Kazimierza Mała). Zapis był uczyniony przed aktami grodu Nowego Miasta (Korczyna) w piątek nazajutrz po święcie św. Andrzeja Apostoła 1719 r. na sumę dwa tys. zł”. Ofiarowana kwota została ulokowana w banku na procent. Według informacji zawartych w księdze Bractwa, w 1898 r. lokata przynosiła rocznie „11 rubli, 90 kopiejek procentu”. Kwotę tę członkowie Bractwa wypłacali z przeznaczeniem na swoją działalność. Zamawiali Msze święte za żyjących i zmarłych członków Bractwa, wyrabiali świece, które służyły do oświetlania świątyni oraz uświetniania uroczystych procesji czy Eucharystii. Każdy mógł się zapisać w szeregi Bractwa, nikomu nie zabraniano. Członkami mogli być dziedzice, osoby zamożne, jak również zwykli chłopi, którzy nawet nie potrafili pisać i czytać, dlatego: „Bractwo Różańca Świętego w kościele parafialnym w Bobinie dla większej chwały Boga w Trójcy Jedynego, czci Najświętszej Panny Maryi i Wszystkich Świętych Pańskich, jako też dla pożytku zbawiennego w tem w Bractwie będących i dla ozdoby Kościoła urządza się w sposób następujący: Kto sobie życzy choćby był z innej parafii, do tego Bractwa należeć może. Włościanie do bractwa wpisywani będą w Książkę Bracką u proboszcza, państwo zaś i inni piszący sami się w tę książkę wpiszą”. W Księdze Bractwa zapisane były obowiązki członków: wielkość składek, wybór starszyzny, jej zadania oraz zadania „brackiego” – zwierzchnika Bractwa.

Członkowie Bractwa mieli obowiązek „świecić w kościele”, czyli zapewnić świece do oświetlenia świątyni i poszczególnych ołtarzy. „Ołtarz Najświętszej Maryi Panny, św. Jana i św. Tekli oświetlać ma Bractwo. W niedzielę każdą zwyczajną w czasie Sumy wyjdzie sześciu z bractwa ze świecami zapalonemi na Sanctus i klęczeć będą przed wielkim ołtarzem aż do Baranka Bożego. W święta uroczyste, ile razy będą nabożeństwa z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, wszyscy obecni w kościele należący do Bractwa świecić będą. W odpusty św. Wincentego i św. Anny Bractwo dawać będzie na wielki ołtarz po sześć świec. Światło brackie ze skrzyni wydaje zawsze Starszy Bractwa lub jego zastępca”. Świece należące do Bractwa rozświetlały kościół, a jego członkowie ściśle przestrzegali przepisów, które określały, kto może korzystać ze świec i w jakich okolicznościach. „W pogrzeb któregokolwiek z braci Bractwo obowiązane będzie dać światło do rąk jego rodzinie i przy trumnie bezpłatnie, w żadnym innym razie światła brackiego użyć nie wolno. Proboszcz jednak do jakiego obrzędu religijnego w kościele, jeżeli tego będzie uważał potrzebę, może zażądać i użyć światła brackiego”.

Z Wenecji do Bobina

Bractwo rozwijało się. W jego szeregi zapisywali się włościanie i ludzie zamożni. Liczba członków była tak duża, że można przypuszczać, iż większość mieszkańców parafii Bobin należała do Bractwa, co świadczy o ich dużej świadomości religijnej oraz kultywowaniu tradycji. Trzynaście lat po założeniu Bractwa, z Wenecji zostały sprowadzone relikwie św. Wincentego Ferreriusza. Nie wiemy, czy w tym celu została wysłana do Wenecji specjalna delegacja, czy też jakiś dostojnik przebywający we Włoszech z jakąś misją został poproszony o sprowadzenie relikwii. Wiadomym jest natomiast, że relikwie te 2 stycznia 1739 r. zostały dopuszczone i zatwierdzone przez Kurię Krakowską, co oznacza, że potwierdzona została autentyczność relikwii. Odpust ku czci św. Wincentego został wyznaczony na drugą niedzielę po Wielkanocy. Ołtarz Świętego znajduje się w bocznej kaplicy po południowej stronie świątyni. O kulcie św. Wincentego świadczy bogato zdobiona srebrna sukienka, która obecnie przechowywana jest w gablocie znajdującej się po lewej stronie ołtarza. Wraz z nią przechowywane są nieliczne wota, które przetrwały do naszych czasów. Świadczą one o kulcie Świętego oraz o otrzymanych za jego pośrednictwem łaskach.

Reklama

Aż trudno uwierzyć, że bobiński kościół bez uszczerbku przetrwał obydwie wojny światowe. W parafialnym wykazie strat czytamy, że „szyby były pobite na plebanii i zabrana bielizna kielichowa (zapewne do opatrywania rannych)”. Wdzięczni za cudowne ocalenie(sąsiednie parafie były bardzo zniszczone) mieszkańcy wioski wybudowali stojącą w środku wsi kapliczkę dziękczynną. Wojny jednak pozostawiły po sobie ślady, na parafialnym cmentarzu pochowane są ciała 152 żołnierzy austriackich i 144 rosyjskich. Są też groby z II wojny światowej.

Święty ze skrzydłami

Oglądając obraz św. Wincentego w bocznym ołtarzu, można poczuć się nieswojo. Płótno przedstawia Świętego, który przytrzymuje pokrojone dziecko. Obok stoi kobieta – prawdopodobnie matka dziecka. Ten nieco budzący grozę obraz przedstawia jeden z licznych i niewiarygodnych cudów Świętego, który przywraca do życia rozczłonkowane ciało dziecka. Św. Wincenty Ferreriusz, mało znany przez ludzi XXI wieku, w czasach, których żył, był znany w całej Europie. Znali i podziwiali go możnowładcy, a także zwykli mieszkańcy miast i wsi zachodniej Europy. Kim był ten niesamowity kaznodzieja, którego sława i liczne cuda rozsławiły tak, że jego relikwie sprowadzone zostały do małej podkrakowskiej miejscowości?

Urodził się około 1350 r. w Walencji w południowej Hiszpanii. Jego ojciec był notariuszem. W 1367 r. Wincenty wstępuje do zakonu dominikanów, rok później składa śluby zakonne. Studiuje filozofię, teologię i logikę w Walencji, Barcelonie i Leridzie, gdzie zdobył tytuł doktora, mając zaledwie 18 lat. W wieku 25 lat otrzymał święcenia kapłańskie.

Świetnie wykształcony, wykładał filozofię i teologię, a także, w latach 1380-1390, zajmował się sprawami państwowymi i kościelnymi na polecenie kardynała legata Piotra de Luna oraz Jana I, króla Aragonii. Sprawy urzędowe nie przerwały jego „pasji” kaznodziejstwa, oddawał się jej i na dworze papieża w Awinionie, i w południowych regionach Francji, a także we Włoszech. Gwałtowny zwrot w życiu Wincentego nastąpił w 1399 r. W czasie choroby, wydawałoby się nieuleczalnej, gdy lekarze opuścili ręce, miał wizję św. Dominika i św. Franciszka, którzy uzdrawiając go, polecili mu głosić Ewangelię na całym świecie. Po uzyskaniu odpowiedniego upoważnienia od papieża Benedykta XIII, rozpoczął swoją życiową misję: głosił Ewangelię, przemierzając Europę i wzywając do pokuty. Swoją charyzmą budził zachwyt, nazywany był aniołem, dlatego często w ikonografii przedstawiany jest ze skrzydłami. Życie poświęcił na rzecz jedności podzielonego przez schizmę Kościoła. Zmarł w Wielką Środę, 5 kwietnia 1419 r. w Vannes we Francji, wracając z misji podjętej w Anglii, gdzie przebywał na zaproszenie króla. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Niezwykle szybko odbył się proces kanoniczny sługi Bożego. Komisja papieska przebadała blisko dziewięćset cudów, które wydarzyły się za sprawą Świętego. Papież Kalikst III 29 czerwca 1455 zezwolił na jego kult, a papież Pius II w trzy lata potem dokonał jego kanonizacji.

Cuda św. Wincentego

Św. Wincenty zasłynął licznymi cudami, które sprawiały, że setki osób będących ich świadkami nawracały się i umacniały w wierze. Trudno było nie zauważyć Świętego z Walencji, który podróżował z licznym orszakiem. Św. Wincentemu jadącemu na ośle towarzyszyli liczni kapłani, którzy spowiadali penitentów i odprawiali Msze święte. Podróżowali z nim także notariusze, którzy spisywali akty zgody osób pojednanych za jego przyczyną. Sława Świętego była tak wielka, że gdy tylko się pojawił w jakimś mieście, robotnicy porzucali swoją pracę, kupcy zamykali sklepy, nauczyciele przerywali wykłady, a „chorych nawet trudno było w łóżku utrzymać”. Nawrócił tysiące osób, zarówno schizmatyków, Żydów, jak i muzułmanów. W Hiszpanii po jego homilii do Żydów, ci ochrzcili się, zamieniając synagogę na kościół, który przetrwał do naszych czasów, świadcząc o potędze świętego kaznodziei. Św. Wincenty jest patronem Walencji, dobrego małżeństwa, dobrej śmierci, budowniczych, murarzy oraz producentów dachówek i kafli.

Święty na nasze czasy

Kościół w Bobinie wprawdzie jest pod wezwaniem św. Anny, jednak postać św. Wincentego nadal jest wspominana i propagowana. Obecny proboszcz ks. Czesław Parkita czyni wiele, by postać Świętego wciąż przypominać, starając się o przywrócenie kultu tego szczególnego głosiciela Ewangelii. Ku czci Świętego śpiewane są pieśni. Odmawia się też Litanię ku jego czci, w której wspomina się jego cechy: „Heroldzie słowa Bożego…, Spowiedniku Papieży…, Apostole Modlitwy Różańcowej…, Aniele Sądu Bożego…, Żarliwy Kaznodziejo Pokutny…, Wędrowny Misjonarzu Europy…, Prowadzący do jedności Wyznawców Chrystusa… Módl się za nami.

Co roku w drugą niedzielę po Wielkanocy – w odpust ku czci Świętego – śpiewem „Witaj nam, witaj, święty Wincenty, Witaj świątyni naszej patronie…” rozpoczynają się Msze święte, podczas których kazania głoszą dominikanie, przypominając postać i dzieło życia swojego współbrata. – W tym dniu do kościoła przychodzi bardzo dużo osób – mówi Ksiądz Proboszcz. Jest uroczysta Suma, po niej procesja z całą asystą i z udziałem pocztów sztandarowych Ochotniczych Straży Pożarnych z Bobina, Dalechowic, Kuchar i Koczanowa. Przyjeżdża dużo gości, kapłanów z sąsiednich parafii. To niezwykle uroczysty dzień. W ubiegłym roku Sumie odpustowej przewodniczył bp Kazimierz Gurda, a w bieżącym dziekan ks. Antoni Sokołowski, proboszcz z Proszowic. – Modlimy się do św. Wincentego, pamiętając, że żył w trudnych czasach dla Kościoła, szerzyły się herezje, odstępstwa od wiary i wiele osób było obojętnych religijnie. Dzisiaj jest podobnie. Może przykład życia tego Świętego uświadomi nam, czym naprawdę jest wiara i Boże Miłosierdzie – mówi Ksiądz Proboszcz. W małym bobińskim kościele wspaniale prezentują się odrestaurowane ołtarze, obrazy i świątynne mury. Dobrze, że oprócz remontów, nie zapomina się o prawdziwych fundamentach Kościoła – świętych, którzy podtrzymywali i podtrzymują Kościół w trudnych czasach.

* * *

Relikwie Świętego w bobińskim kościele znajdują się w zabytkowym, srebrnym relikwiarzu. Przedstawia on św. Wincentego w dominikańskim habicie ze wzniesioną do góry prawą ręką, lewą zaś trzyma księgę oraz jego atrybut – trąbę. W środku korpusu Świętego znajduje się relikwia ex ossibus (z kości) osłonięta owalną szybką otoczoną wyobrażeniem słońca. U stóp Świętego po lewej stronie przedstawiony jest jeden z jego licznych cudów: kościół, z dachu którego spada pracownik uratowany za wstawiennictwem dominikanina.

2014-05-22 10:35

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Święty Jan Chryzostom

[ TEMATY ]

święty

Jan z Antiochii, nazywany Chryzostomem, czyli „Złotoustym”, z racji swej wymowy, jest nadal żywy, również ze względu na swoje dzieła. Anonimowy kopista napisał, że jego dzieła „przemierzają cały świat jak świetliste błyskawice”. Pozwalają również nam, podobnie jak wierzącym jego czasów, których okresowo opuszczał z powodu skazania na wygnanie, żyć treścią jego ksiąg mimo jego nieobecności. On sam sugerował to z wygnania w jednym z listów (por. Do Olimpiady, List 8, 45).

Urodził się około 349 r. w Antiochii w Syrii (dzisiaj Antakya na południu Turcji), tam też podejmował posługę kapłańską przez około 11 lat, aż do 397 r., gdy został mianowany biskupem Konstantynopola. W stolicy cesarstwa pełnił posługę biskupią do czasu dwóch wygnań, które nastąpiły krótko po sobie - między 403 a 407 r. Dzisiaj ograniczymy się do spojrzenia na lata antiocheńskie Chryzostoma.
W młodym wieku stracił ojca i żył z matką Antuzą, która przekazała mu niezwykłą wrażliwość ludzką oraz głęboką wiarę chrześcijańską. Odbył niższe oraz wyższe studia, uwieńczone kursami filozofii oraz retoryki. Jako mistrza miał Libaniusza, poganina, najsłynniejszego retora tego czasu. W jego szkole Jan stał się wielkim mówcą późnej starożytności greckiej. Ochrzczony w 368 r. i przygotowany do życia kościelnego przez biskupa Melecjusza, przez niego też został ustanowiony lektorem w 371 r. Ten fakt oznaczał oficjalne przystąpienie Chryzostoma do kursu eklezjalnego. Uczęszczał w latach 367-372 do swego rodzaju seminarium w Antiochii, razem z grupą młodych. Niektórzy z nich zostali później biskupami, pod kierownictwem słynnego egzegety Diodora z Tarsu, który wprowadzał Jana w egzegezę historyczno-literacką, charakterystyczną dla tradycji antiocheńskiej.
Później udał się wraz z eremitami na pobliską górę Sylpio. Przebywał tam przez kolejne dwa lata, przeżyte samotnie w grocie pod przewodnictwem pewnego „starszego”. W tym okresie poświęcił się całkowicie medytacji „praw Chrystusa”, Ewangelii, a zwłaszcza Listów św. Pawła. Gdy zachorował, nie mógł się leczyć sam i musiał powrócić do wspólnoty chrześcijańskiej w Antiochii (por. Palladiusz, „Życie”, 5). Pan - wyjaśnia jego biograf - interweniował przez chorobę we właściwym momencie, aby pozwolić Janowi iść za swoim prawdziwym powołaniem. W rzeczywistości, napisze on sam, postawiony wobec alternatywy wyboru między trudnościami rządzenia Kościołem a spokojem życia monastycznego, tysiąckroć wolałby służbę duszpasterską (por. „O kapłaństwie”, 6, 7), gdyż do tego właśnie Chryzostom czuł się powołany. I tutaj nastąpił decydujący przełom w historii jego powołania: został pasterzem dusz w pełnym wymiarze! Zażyłość ze Słowem Bożym, pielęgnowana podczas lat życia eremickiego, spowodowała dojrzewanie w nim silnej konieczności przepowiadania Ewangelii, dawania innym tego, co sam otrzymał podczas lat medytacji. Ideał misyjny ukierunkował go, płonącą duszę, na troskę pasterską.
Między 378 a 379 r. powrócił do miasta. Został diakonem w 381 r., zaś kapłanem - w 386 r.; stał się słynnym mówcą w kościołach swego miasta. Wygłaszał homilie przeciwko arianom, następnie homilie na wspomnienie męczenników antiocheńskich oraz na najważniejsze święta liturgiczne. Mamy tutaj do czynienia z wielkim nauczaniem wiary w Chrystusa, również w świetle Jego świętych. Rok 387 był „rokiem heroicznym” dla Jana, czasem tzw. przewracania posągów. Lud obalił posągi cesarza, na znak protestu przeciwko podwyższeniu podatków. W owych dniach Wielkiego Postu, jak i wielkiej goryczy z powodu ogromnych kar ze strony cesarza, wygłosił on 22 gorące „Homilie o posągach”, ukierunkowane na pokutę i nawrócenie. Potem przyszedł okres spokojnej pracy pasterskiej (387-397).
Chryzostom należy do Ojców najbardziej twórczych: dotarło do nas jego 17 traktatów, ponad 700 autentycznych homilii, komentarze do Ewangelii Mateusza i Listów Pawłowych (Listy do Rzymian, Koryntian, Efezjan i Hebrajczyków) oraz 241 listów. Nie uprawiał teologii spekulatywnej, ale przekazywał tradycyjną i pewną naukę Kościoła w czasach sporów teologicznych, spowodowanych przede wszystkim przez arianizm, czyli zaprzeczenie boskości Chrystusa. Jest też ważnym świadkiem rozwoju dogmatycznego, osiągniętego przez Kościół w IV-V wieku. Jego teologia jest wyłącznie duszpasterska, towarzyszy jej nieustanna troska o współbrzmienie między myśleniem wyrażonym słowami a przeżyciem egzystencjalnym. Jest to przewodnia myśl wspaniałych katechez, przez które przygotowywał katechumenów na przyjęcie chrztu. Tuż przed śmiercią napisał, że wartość człowieka leży w „dokładnym poznaniu prawdziwej doktryny oraz w uczciwości życia” („List z wygnania”). Te sprawy, poznanie prawdy i uczciwość życia, muszą iść razem: poznanie musi się przekładać na życie. Każda jego mowa była zawsze ukierunkowana na rozwijanie w wierzących wysiłku umysłowego, autentycznego myślenia, celem zrozumienia i wprowadzenia w praktykę wymagań moralnych i duchowych wiary.
Jan Chryzostom troszczył się, aby służyć swoimi pismami integralnemu rozwojowi osoby, w wymiarach fizycznym, intelektualnym i religijnym. Różne fazy wzrostu są porównane do licznych mórz ogromnego oceanu: „Pierwszym z tych mórz jest dzieciństwo” (Homilia 81, 5 o Ewangelii Mateusza). Rzeczywiście, „właśnie w tym pierwszym okresie objawiają się skłonności do wad albo do cnoty”. Dlatego też prawo Boże powinno być już od początku wyciśnięte na duszy, „jak na woskowej tabliczce” (Homilia 3, 1 do Ewangelii Jana): w istocie jest to wiek najważniejszy. Musimy brać pod uwagę, jak ważne jest, aby w tym pierwszym etapie życia człowiek posiadł naprawdę te wielkie ukierunkowania, które dają właściwą perspektywę życiu. Dlatego też Chryzostom zaleca: „Już od najwcześniejszego wieku uzbrajajcie dzieci bronią duchową i uczcie je czynić ręką znak krzyża na czole” (Homilia 12, 7 do Pierwszego Listu do Koryntian). Później przychodzi okres dziecięcy oraz młodość: „Po okresie niemowlęcym przychodzi morze okresu dziecięcego, gdzie wieją gwałtowne wichury (…), rośnie w nas bowiem pożądliwość…” (Homilia 81, 5 do Ewangelii Mateusza). Potem jest narzeczeństwo i małżeństwo: „Po młodości przychodzi wiek dojrzały, związany z obowiązkami rodzinnymi: jest to czas szukania współmałżonka” (tamże). Przypomina on cele małżeństwa, ubogacając je - z odniesieniem do cnoty łagodności - bogatą gamą relacji osobowych. Dobrze przygotowani małżonkowie zagradzają w ten sposób drogę rozwodowi: wszystko dzieje się z radością i można wychowywać dzieci w cnocie. Gdy rodzi się pierwsze dziecko, jest ono „jak most; tych troje staje się jednym ciałem, gdyż dziecko łączy obie części” (Homilia 12, 5 do Listu do Kolosan); tych troje stanowi „jedną rodzinę, mały Kościół” (Homilia 20, 6 do Listu do Efezjan).
Przepowiadanie Chryzostoma dokonywało się zazwyczaj podczas liturgii, w „miejscu”, w którym wspólnota buduje się Słowem i Eucharystią. Tutaj zgromadzona wspólnota wyraża jeden Kościół (Homilia 8, 7 do Listu do Rzymian), to samo słowo jest skierowane w każdym miejscu do wszystkich (Homilia 24, 2 do Pierwszego Listu do Koryntian), zaś komunia Eucharystyczna staje się skutecznym znakiem jedności (Homilia 32, 7 do Ewangelii Mateusza). Jego plan duszpasterski był włączony w życie Kościoła, w którym wierni świeccy przez fakt chrztu podejmują zadania kapłańskie, królewskie i prorockie. Do wierzącego laika mówi: „Również ciebie chrzest czyni królem, kapłanem i prorokiem” (Homilia 3, 5 do Drugiego Listu do Koryntian). Stąd też rodzi się fundamentalny obowiązek misyjny, gdyż każdy w jakiejś mierze jest odpowiedzialny za zbawienie innych: „Jest to zasada naszego życia społecznego (…) żeby nie interesować się tylko sobą” (Homilia 9, 2 do Księgi Rodzaju). Wszystko dokonuje się między dwoma biegunami, wielkim Kościołem oraz „małym Kościołem” - rodziną - we wzajemnych relacjach.
Jak możecie zauważyć, Drodzy Bracia i Siostry, ta lekcja Chryzostoma o autentycznej obecności chrześcijańskiej wiernych świeckich w rodzinie oraz w społeczności pozostaje również dziś jak najbardziej aktualna. Módlmy się do Pana, aby uczynił nas wrażliwymi na nauczanie tego wielkiego Nauczyciela Wiary.

CZYTAJ DALEJ

W trosce o zbawienie

Niedziela Ogólnopolska 39/2018, str. 32-33

pierwbozydarlelutko/fotolia.com

Powszechne jest doświadczenie choroby i przemijalności ludzkiego bytu, a co za tym idzie – troski o zdrowie, która podpowiada nam, że nierzadko, w celu ratowania życia człowieka, trzeba usunąć chorą część ludzkiego ciała, czasami cały organ, a nawet dokonać amputacji górnej czy dolnej kończyny. W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus nawiązuje do tego ludzkiego doświadczenia w perspektywie troski o życie wieczne, a tym samym przypomina nam prawdę o rzeczach ostatecznych.

CZYTAJ DALEJ

Biada nam, obłudnikom

2021-09-26 08:32

Adobe Stock

Od dłuższego czasu towarzyszy mi myśl, że jesteśmy obłudnikami, jeżeli chodzi o wiarę, gdyż jestem przekonany, że Syn Boży do większości z nas, współczesnych chrześcijan powiedziałby te same słowa, jak 2 tysiące lat temu mówił prosto w oczy faryzeuszom: Biada wam, obłudnicy.

Dlaczego mam wrażenie, że staliśmy się obłudnikami? Wystarczy przyjrzeć się, jak większość z nas podchodzi do naszej wiary. Zapewne od niejednego bym usłyszał: Ale czego się czepiasz? Rano i wieczorem pacierz odmówię, Koronkę do Bożego Miłosierdzia też, Różaniec też, w niedzielę prawie zawsze jestem na Mszy Świętej itp. Ale co z tego? Czy my modlimy się, bo faktycznie czujemy żywą obecność Boga czy „bo tradycja nakazuje” lub „bo w domu tak się przyjęło”. Dlatego uważam, że staliśmy się niejako faryzeuszami obecnych czasów, czyli „musimy spełnić jakiś obowiązek, bo tak wiara nakazuje” i tyle. Nie robimy to z miłości do Boga, ale raczej dlatego, żeby uniknąć Jego gniewu i ewentualnej srogiej kary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję