Artur Stelmasiak: – Dziś spotykamy się w Warszawie, a za kilka dni będzie Pan w Stanach Zjednoczonych. Prawie połowę roku spędza Pan w podróżach po świecie. Jak się podoba Polska?
Carver Alan Ames: – Byłem już tu kilka razy. Muszę powiedzieć, że Polacy są bardzo miłym, gościnnym i przyjaznym narodem.
– (Śmiech)... Zimno. Jak wsiadałem do samolotu w Australii były 44 stopnie.
– Podobno Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie kościoły są nadal pełne. Wielki tłum był także podczas spotkania z Panem w sanktuarium św. Andrzeja Boboli na Mokotowie. Nasza religijność, to samochwalstwo, czy prawda?
– Po pierwsze ufam, że wierni przychodzą nie po to, aby spotkać się ze mną, ale z Jezusem Chrystusem. Ja tylko staram się pokazywać ludziom drogę do Niego. Pełne kościoły pokazują, że Polacy są mocno wierzący. Wasze świadectwo robi także wrażenie na mnie osobiście.
– Na Pana stronie internetowej znalazłem wiele świadectw uzdrowień. Skąd one się biorą?
Reklama
– Nie pochodzą ode mnie. Uzdrowienia przychodzą od Pana Boga poprzez sakramenty. Spotkania modlitewne zawsze są poprzedzone Eucharystią, a także spowiedzią. Często się zdarza, że uzdrowienie przychodzi dopiero po kilku dniach, gdy ktoś porządnie się wyspowiada. Gdy modlę się nad każdą osobą indywidualnie, powierzam ją opiece Boga. Wszystkie uzdrowienia i łaski pochodzą więc od Niego.
– Które uzdrowienia są ważniejsze – duchowe, czy fizyczne?
– O wiele ważniejsze są uzdrowienia duchowe. Jednak, gdy Bóg dotyka ciało, to nie przechodzi obojętnie także wobec duszy. Mam bardzo wiele świadectw narkomanów, prostytutek, przestępców, którzy radykalnie zmienili swoje życie.
– Nie wszystkim podoba się taka działalność. Bywa Pan krytykowany także w Kościele. Dlaczego?
– Nie jestem pierwszą osobą, która ma takie problemy. Rozumiem obawy, ale jedyne co mogę zrobić, to modlić się. Moja działalność ma poparcie biskupów diecezji, w której mieszkam. Działam w jedności z Kościołem i jego pasterzami.
– W Pana książkach jest opisane głębokie, mistyczne doświadczenie Boga. Można powiedzieć, że zna Pan osobiście Chrystusa. Opisuje Pan wizje, które przenoszą czytelników w rzeczywistość, którą znamy z kart Ewangelii. Czy w pańskim przypadku można mówić jeszcze o wierze w Pana Boga, czy raczej o pewności?
– To prawda, że 21 lat temu Pan Bóg mocno wkroczył w moje życie i uczynił ze mnie innego człowieka. Ale ja nie patrzę na tamto wydarzenia, jako na moje ostateczne nawrócenie, bo każdy kolejny dzień jest dla mnie czasem nawrócenia. Zadaję sobie nawet pytanie, czy dziś jestem bardziej wierzący, niż wczoraj i przedwczoraj. Tak jak każdy chrześcijanin jestem słaby.
Reklama
– Podobnie było z Apostołami, którzy widzieli Jezusa i z Nim rozmawiali, ale gdy przyszła godzina próby, zaczęli wątpić. Czy Pana trudności można w ten sposób porównać?
– Nie można mnie porównywać do uczniów Chrystusa. Jestem tylko człowiekiem, który stara się kochać Boga. Kiedyś św. Teresa z Avila przypomniała mi ważne słowa: „We mnie moja słabość, w Tobie moja moc”. Ta modlitwa sprowadza mnie na ziemię. Dzięki temu wiem, że wszystko co mam otrzymuję od Pana Boga. Moje życie jasno pokazuje, że nawet najgorszy grzesznik, może się zmienić, gdy otworzy się na Pana Boga. On kocha nas wszystkich w taki sam sposób – zarówno grzeszników, jak i wielkich świętych. Jedyna różnica tkwi w nas samych. Problemem jest nasze nastawienie, czyli odpowiedź na pytanie: Na ile my Go kochamy?
– To pytanie zwykli ludzie rzadko sobie stawiają. Odpowiedzią na miłość Boga może być nasza modlitwa. Czy dużo się Pan modli?
– Jak każdy za mało (śmiech). Kiedy rano otwieram oczy pierwsze swoje słowa kieruje do Ducha Świętego, aby pomógł mi ofiarować każdą myśl, słowo i czyn Bogu. Oprócz tradycyjnych modlitw porannych i wieczornych, kilka razy dziennie znajduję czas na Różaniec i oczywiście Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W moim przypadku nastąpiła radykalna zmiana z człowieka, który nigdy się nie modlił, na człowieka, który potrafi spędzić kilka godzin dziennie na rozmowie z Panem Bogiem.
Reklama
– Książki, które powstają na podstawie Pańskich doświadczeń mistycznych, są międzynarodowymi bestsellerami. Dla kogo one są?
– Dla każdego... Dla katolików, dla chrześcijan innych wyznań, a także dla osób różnych religii i niewierzących. Te książki mają ewangelizować, przybliżyć ludzi do Boga, który jest przecież Panem i Ojcem wszystkich ludzi. Cieszę się, że dostałem zgodę władz kościelnych na przetłumaczenie i wydanie „Oczami Jezusa” w języku arabskim.
– To nie są zwykłe religijne powieści. Powstają na podstawie pańskich objawień prywatnych. Co ważne, ich publikacja odbywa się za zgodą władz kościelnych. Czy czuje się Pan wybrany przez Boga?
– Ja tylko spełniam swój obowiązek. Jestem przekonany, że po takich doświadczeniach jak moje, każdy robiłby dokładnie to samo. Co więcej, inni pewnie pracowaliby lepiej ode mnie. Jednak każdy ma swoją miarę i według niej powinien spełniać swój obowiązek wobec Boga i innych ludzi.
– Na modlitewne spotkania, w których Pan bierze udział przychodzą tysiące osób. Można powiedzieć, że Alan Ames jest popularny w niektórych kręgach, ale jednocześnie bardzo skromny. Dlaczego nie jest Pan gwiazdorem?
Reklama
– (Śmiech)... Nie jestem taki pewien, bo tak naprawdę to cały czas zmagam się z wewnętrzną pychą. Za każdym razem, gdy moja pycha bierze nade mną górę, to najpierw żona sprowadza mnie na ziemię. Później Pan Bóg przypomina mi moją grzeszną przeszłość, abym mógł zobaczyć kim naprawdę jestem. Gdy wszystkie uniesienia dumy osobistej i pychy zanoszę do konfesjonału, to widzę jak jestem mały. Sakrament pokuty i pojednania pokazuje mi prawdę o sobie samym. Każdy, kto chce wieść prawdziwe życie, musi się uczciwie spowiadać. Żyjąc bez tego sakramentu oszukujemy samych siebie.
– Pisanie książek, mówienie świadectwa wiary i uczestniczenie w modlitwach charyzmatycznych – to tylko wycinek pańskiej działalności ewangelizacyjnej w Kościele. Czy zastanawia się Pan dlaczego Bóg wybrał właśnie Alana Amesa?
– Zastanawiałem się na samym początku, ale odpowiedź okazała się bardzo prosta. Pan Bóg wybrał mnie, bo byłem bardzo grzeszny. W ten sposób chce pokazać, że On nie przychodzi tylko do ludzi rozmodlonych i grzecznych. Bóg na moim przykładzie pokazuje swoją moc i wielką miłość. Nawet ten, który jest na dnie może się od niego odbić i zmienić swoje życie. Dzięki wielkiej miłości Pana Boga wszystko jest możliwe. Moim zadaniem jest przekonywanie ludzi do tego, aby otwierali się na tę miłość.
– Czy trudno żyje się z takim charyzmatem?
– Trudno to żyło się, gdy wiodłem życie grzesznika, który był uzależniony prawie od wszystkiego. To był ciężar nie do zniesienia. Od kiedy Bóg odmienił moje życie, mój każdy dzień jest pełen radości i szczęścia. Oczywiście w ciągu tych 21 lat były także trudne chwile, kiedy otarłem się o śmierć. Mimo tego nie straciłem pokoju ducha i wewnętrznej radości, bo wiedziałem, że Jezus dźwiga mój krzyż razem ze mną.
* * *
Carver Alan Ames urodził się w 1953 r. w Londynie. W młodości należał do gangu motocyklowego i podążał drogą pełną przemocy i alkoholu. Po ślubie przeprowadził się z rodziną do Australii. Zwrotny moment w jego życiu miał miejsce w 1993 r., kiedy w jednej ze swoich wizji Alan zobaczył swoje grzeszne i dalekie od Boga życie.
Od 1994 r. Alan podróżuje po całym świecie, by świadczyć o tym, jak Bóg podźwignął go z rozpaczy i beznadziei. Ważnym momentem w działalności Amesa była przemowa podczas Światowych Dni Młodzieży w Toronto w 2002 r., a także przemowy w najświętszych miastach chrześcijaństwa (w 2004 r. – w bazylice Zwiastowania w Nazarecie, w kościele św. Katarzyny w Betlejem i Najświętszego Zbawiciela w Jerozolimie). Owoce posługi Alana to uzdrowienia, nawrócenie, nadzieja, wsparcie i umocnienie przekazywane wiernym przez Boga podczas spotkań modlitewnych. Jezus Chrystus pojawia się w prywatnych objawieniach tzw. wizjach Alana od lutego 1994 r. Jego książka „Oczami Jezusa” została już przetłumaczona na język arabski, niemiecki, włoski, hiszpański, polski i wiele innych. Wszystkie publikacje zostały przebadane przez specjalne komisje teologiczne. Ekspertów zadziwia szczególnie fakt, że osoba bez wykształcenia teologicznego, pisze teksty, które w zadziwiający sposób odzwierciedlają ortodoksję Kościoła katolickiego.
Z Edmundem Muszyńskim i Mirosławem Widlickim o nowym szturmie na PAST-ę i walce o ideały Armii Krajowej rozmawia Wiesława Lewandowska
WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan, Panie Prezesie, jednym z nielicznych już, niestety, przedstawicieli pokolenia Armii Krajowej...
EDMUND MUSZYŃSKI: – Jednym z ostatnich i coraz bardziej bezsilnych, nie tylko z powodu stanu zdrowia. Bardzo martwi mnie stan naszego AK-owskiego środowiska. Choć jest w nim wciąż jeszcze wielu ludzi prawdziwych, doskonale czujących przesłanie Armii Krajowej, to jestem bardzo zniesmaczony postawą tych, którzy od kilku już lat decydują o naszym Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Tak naprawdę trudno mi powiedzieć, kim są ci ludzie, bo na pewno nie rozumieją słów: „Bóg, Honor i Ojczyzna”.
– Kim zatem są dzisiejsi członkowie Światowego Związku Żołnierzy AK?
MIROSŁAW WIDLICKI: – W ostatnich latach rzeczywiście coraz trudniej to określić. I takie pytania zadają nam członkowie terenowych kół AK. Sprawa była oczywista w latach 90. ubiegłego wieku, gdy żyło jeszcze wielu dowódców AK, gdy wszyscy dobrze się znali i na ogół znali swoją przeszłość. Po 2000 r. szeregi poszerzały się o wolontariuszy – takich jak ja – niekombatantów, ale przybywało też członków kombatantów, których nie miał kto weryfikować i którzy następnie trafiali do władz różnych szczebli, również do Zarządu Głównego.
– Czy częste są dziś życiorysy AK-owskie niedostatecznie uwierzytelnione?
M. W.: – To przykre, ale krążą takie opinie, a te przypadki, nawet jeśli nie są zbyt częste, to i tak podważają wiarygodność całego związku. Poza tym w ostatnich latach, w czasach docierającej do nas liberalizacji, można zaobserwować odchodzenie związku od swoich ideałów. Gdy pan prezes Muszyński napisał piękną „Preambułę” do naszego statutu (aby przeciwstawić się tej liberalizacji), wywołało to protesty, Zarząd Główny przegłosował odrzucenie „Preambuły”.
– Dlaczego?
M. W.: – Dlatego, że była zbyt „bogoojczyźniana”, a teraz to nie na czasie. Dwadzieścia lat temu taka reakcja byłaby nie do pomyślenia. Bardzo więc stępiła się ta szczególna czujność, nawet w ludziach powołujących się na etos AK, a niedługo już nie będzie tych, którzy dziś starają się tę czujność budzić...
– Światowy Związek Żołnierzy AK stara się jednak przekazać swą wartę następnemu pokoleniu, poprzez tzw. członków nadzwyczajnych...
M.W.: – Ludzie młodsi, niekombatanci, jeśli deklarują przywiązanie do wartości i etosu Armii Krajowej i chcą czynnie i całkowicie bezinteresownie pracować w związku, by zaszczepić ten etos szczególnie w młodym pokoleniu, otrzymują status członka nadzwyczajnego – bez praw wyborczych. Po roku działalności i pozytywnej opinii prezes okręgu ma prawo nadać im status członka zwyczajnego – z prawami wyborczymi, lecz oczywiście bez uprawnień kombatanckich. Taki właśnie status ja posiadam. Mimo że jestem z młodszego pokolenia, to podobnie jak pan prezes Muszyński ubolewam nad odchodzeniem (mam nadzieję, że to wyjątki) od Boga, ale i z honorem jest różnie.
E. M.: – Niedawno byłem bardzo zdumiony tym, że kilka osób przyjęło medale zasługi od... prezydenta Niemiec. Choć tego nie nagłaśniano.
M. W.: – Prezydent Niemiec wręczył te odznaczenia powstańcom warszawskim, odpowiednio dobranym członkom naszego związku. Naszym zdaniem, przyjmowanie ich było co najmniej dwuznaczne moralnie i mogło budzić niesmak.
E. M.: – Ja z zasady odmawiałem przyjmowania odznaczeń. Przyjąłem tylko Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki.
– Kiedy, Panów zdaniem, zaczęły się te „budzące niesmak” zmiany?
E. M.: – Moim zdaniem, widać je wyraźnie od czasu, gdy w Polsce zaczęli rządzić liberałowie, czyli Platforma Obywatelska. Wcześniej nikt w naszym środowisku nie ośmielał się kwestionować wartości, z których wyrasta etos AK. Nagle okazało się, że wszystko można wyśmiać, nawet splugawić, a w najlepszym razie przemilczeć.
M. W.: – Dwa lata temu pewna szkoła przyjęła imię jednego z naszych bohaterów lotników i... na jej sztandarze zabrakło słowa „Bóg”, jest tylko „Honor i Ojczyzna”. Komuś przyszło do głowy, żeby tak ocenzurować sztandar.
– Pytaliście, dlaczego tak się stało?
E. M.: – Nie miał kto zadać tego pytania, bo na uroczystość nawet nas nie zaproszono. Może dlatego, że byśmy tam tylko przeszkadzali jako strażnicy „przestarzałych wartości”.
M. W.: – Po prostu atmosfera poprawności politycznej trafiła pod strzechy. Decyzję w tej konkretnie sprawie najprawdopodobniej podjęli sami nauczyciele tej szkoły, może rodzice, a w najmniejszym stopniu młodzież.
– Kłopoty z wypełnianiem misji ŚZŻAK nie polegają więc dziś tylko na tym, że odchodzą już ci, którzy swym życiem zaświadczali, czym jest hasło: „Bóg, Honor i Ojczyzna”...
M. W.: – Faktem jest, że jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy wśród nas była większa liczba dowódców o niekwestionowanym autorytecie, łatwiej było wypełniać tę patriotyczną misję w obronie najważniejszych polskich wartości.
E. M.: – Istotnie, od kilkunastu lat nie tylko na tym polegają nasze kłopoty. Wystarczy tu przypomnieć perturbacje z zakładaniem Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, która miała być materialną bazą dla działalności ŚZŻAK. Kiedy zaczynaliśmy powoływać fundację w roku 1998, było jeszcze całkiem uczciwie...
– Co to znaczy?
E. M.: – Założycielami fundacji mieli być pospołu Światowy Związek Żołnierzy AK i warszawski Urząd Wojewódzki. W końcu jednak jedynym fundatorem został nasz związek. Tak się złożyło, że wybrano mnie na pierwszego prezesa fundacji. To było w czasie, kiedy kończyły się rządy Jerzego Buzka, a AWS tracił poczucie bycia partią uczciwą. Przygotowałem wtedy projekt statutu, potem kolejne, których z jakiegoś powodu długo nie chciano zaakceptować w Krajowym Rejestrze Sądowym. W końcu, po pokonaniu licznych kłód pod nogami, we wrześniu 1999 r. statut został zarejestrowany. Fundacja mogła więc wreszcie przyjąć darowiznę – czyli przejąć budynek PAST-y. Ale to nie koniec kłopotów. Prawdziwa walka dopiero się zaczęła.
– Zaczęła się nowa walka o PAST-ę?
E. M.: – Tak, i to równie zacięta jak ta w 1944 r. Od początku było jasne, że ktoś za wszelką cenę chce nam uniemożliwić przejęcie PAST-y, czyli jej nieodpłatne scedowanie przez Skarb Państwa na rzecz naszej fundacji. Państwo musiało wypłacić sowite odszkodowanie firmie do tej pory administrującej tym budynkiem tylko w zamian za to, że nie będzie ona pretendowała do tytułu własności. O ile pamiętam, było to 960 tys. zł – ostatnie pieniądze, które miał do dyspozycji premier Buzek przed podaniem się do dymisji.
M. W.: – Gdyby nie to odszkodowanie, sprawa przez lata toczyłaby się w sądach, a z darowizny na rzecz naszego związku nic by nie wyszło. I tamta firma nadal by sobie pasożytowała na budynku PAST-y, podobnie jak czyniło to w innych miejscach wiele pokomunistycznych firm.
– Można powiedzieć, że to pan prezes Muszyński ponownie odbił PAST-ę?
M. W.: – Jak najbardziej, choć dzisiaj wielu się do tego przyznaje...
E. M.: – ...a nie mają nawet bladego pojęcia, jak ostro wtedy było. Po zarejestrowaniu statutu zaczęła się wojna podjazdowa – i to na wielu frontach – mająca nam uniemożliwić przejęcie PAST-y. W urzędzie wojewódzkim zadziałał ktoś wpływowy; urzędnicy zaczęli mnożyć trudności, zwłaszcza wicedyrektor wydziału gospodarki ziemią i geodezji, który aby rzecz maksymalnie utrudnić, przygotował specjalne plany geodezyjne wręcz uniemożliwiające przekazanie nam działki, na której stoi budynek PAST-y.
M. W.: – Działkę podzielono na dwie części – umyślnie w taki sposób, że część budynku PAST-y z windą wydzielono i przypisano do działki sąsiedniej! Chciano tak skomplikować sytuację prawną, by uniemożliwić, a co najmniej na bardzo długo odwlec przekazanie budynku Związkowi AK. To wszystko by się powiodło – bo ten chytry zabieg utrzymywano w ścisłej tajemnicy – gdyby nie to, że jedna z wysokich urzędniczek uczciwie ostrzegła pana prezesa Muszyńskiego, że coś takiego się kroi.
E. M.: – To prawda. Nikomu o tym nie mówiłem, ale wtedy zacząłem osobiście atakować wojewodę. Umowę przekazania darowizny, oczywiście, przedłożyłem wcześniej radcom prawnym w Ministerstwie Skarbu Państwa. Nikt tam nie miał żadnych zastrzeżeń. Pojawiły się one potem nagle – zaczęto domagać się od nas kolejnych bezsensownych dokumentów.
Do końca nie byliśmy pewni, czy podpisanie umowy w ogóle kiedykolwiek nastąpi, gdyż targi były niezwykle ostre. Strona przeciwna – na dobrą sprawę nie wiadomo kogo reprezentująca, nieżyczliwa – do końca miała chyba nadzieję, że do tego podpisania, mimo wcześniejszych uzgodnień, jednak nie dojdzie. Pomogły wspierające nas działania dyrektor Wydziału Skarbu Państwa i Przekształceń Własnościowych Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego Bożeny Grad, a szczególnie szefa Kancelarii Premiera Buzka ministra Mirosława Koźlakiewicza; przyszło polecenie od premiera, aby pan wojewoda podpisał dokument. To było 10 listopada 1999 r.
– Miał Pan wówczas wielką satysfakcję, poczucie zwycięstwa?
E. M.: – Tak, ale to poczucie trwało krótko, ponieważ już następnego dnia nie dostąpiłem zaszczytu uroczystego przejęcia budynku z rąk premiera Buzka... PAST-ę przejmował ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz, sam. Mnie zignorowano... Mimo że przecież byłem prezesem zarządu fundacji, adresatem całej korespondencji w tej sprawie, mimo że – powiem nieskromnie – przez wiele miesięcy sam walczyłem o PAST-ę.
– Cóż, taki zawsze był w Polsce los prawdziwych, najbardziej zasłużonych AK-owców, Panie Prezesie.
E. M.: – Pozostała mi tylko satysfakcja, że się udało, bo sam najlepiej wiem, że mogło się nie udać.
– Ale zasłużył Pan chyba na wdzięczność AK-owskiego środowiska?
E. M.: – No właśnie, najsmutniejsze jest, że tego nie jestem pewien...
M. W.: – Obydwaj z Prezesem jesteśmy w komisji statutowej związku i tak się składa, że wszystkie nasze najważniejsze poprawki do statutu zostały w głosowaniu odrzucone, m.in. wprowadzenie do statutu „Preambuły” i przywrócenie może nie Rady Naczelnej, ale Rady Starszych (złożonej z kilku powszechnie szanowanych kombatantów), która dbałaby o kręgosłup moralny związku i zabierałaby głos w sprawach ważnych dla Polski, którego dziś brakuje.
E. M.: – A ja mimo wszystko nie tracę nadziei, że w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej zajdzie jakaś dobra zmiana.
* * *
Połączone sejmowe komisje ds. Dzieci i Młodzieży oraz Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii opowiedziały się za odrzuceniem obywatelskiego projektu ustawy dotyczącej ochrony dzieci przed pornografią w internecie, którego autorem jest Instytut Ordo Iuris. Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie Sejm. Nad podobnymi rozwiązaniami pracuje Ministerstwo Cyfryzacji.
Reprezentujący inicjatywę mec. Rafał Dorosiński zaznaczył podczas prac komisji, że projekt był konsultowany z Komisją Europejską, a zgłoszone przez nią uwagi zostały uwzględnione w formie poprawek.
Gdy patrzymy na osoby towarzyszące Jezusowi w drodze do Jerozolimy, na pierwszym planie pojawia się Szymon Piotr. Spójrzmy na niego nie tylko jako na postać historyczną, ale jako na kogoś, w kim przejrzeć może się każdy z nas…
Artykuł zawiera fragment z książki o. Edwarda Kryściaka SP „Pasja miłości”, wyd. eSPe. Zobacz więcej: boskieksiazki.pl.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.