Reklama

Kościół

Miłość przez duże M

Pamiętam, jak poszłam do studenckiej przychodni lekarskiej, żeby poprosić lekarza o informację na temat płodności i kontroli poczęć – pisze autorka świadectwa zamieszczonego na stronie: www.npr.pl . – On po prostu zapisał receptę na doustne środki antykoncepcyjne. To był ten sam lekarz, który leczył mnie na mononukleozę, którą jeszcze wtedy miałam. Uboczne skutki dały znać o sobie natychmiast – odczułam ból, dostałam zawrotów głowy i poczułam niewiarygodne zmęczenie. Wkrótce byłam tak osłabiona, że musiałam zrezygnować z zajęć na uczelni.

Nie była to jedyna konsekwencja stosowania tabletek. Przyszło mi na myśl, żeby zaprzestać ich przyjmowania, lecz kiedy zwróciłam się z tym do lekarza, namawiał mnie do zastępowania jednej pigułki drugą. Ilekroć próbowałam omówić to z mężem, wpadał w panikę: «Chcesz zajść w ciążę?». Zaczęłam się gniewać na męża. Żądano, żebym poświęciła zdrowie dla pożycia seksualnego. Żeby być do jego dyspozycji, byłam nieustannie poddawana działaniom leków. Nasze życie seksualne było pozbawione radości. Czułam się, jakbym była przedmiotem, a nie równoprawnym partnerem w naszym małżeństwie”.

Reklama

Autorka tych słów nie zetknęła się wcześniej z encykliką, dziś błogosławionego, papieża Pawła VI „Humanae vitae”. Gdyby ją dogłębnie przeanalizowała, odkryłaby, że jej doświadczenia nie są niczym dziwnym w świetle prawdy o człowieku, która tam jest przedstawiona.

Odrzucenie

Pierwsza pigułka antykoncepcyjna – o nazwie Enovid – pojawiła się w 1957 r. Początkowo sprzedawana była jako lekarstwo na zaburzenia ginekologiczne. Trzy lata później została oficjalnie wprowadzona na rynek jako środek do regulacji poczęć.

Wkrótce świat zachodni zachwycił się nowymi możliwościami w zakresie sterowania ludzką płodnością, a Kościół stanął przed jednym z największych wyzwań duszpasterskich.

Reklama

Papież Jan XXIII, dziś święty, powołał na wiosnę 1963 r. specjalną komisję, która miała się zająć wypracowaniem opinii w zakresie regulacji poczęć. Jego następca – Paweł VI poszerzył skład komisji i zapowiedział, że sam zajmie się szczegółowo tą sprawą, wyłączając ją w ten sposób z obrad trwającego w tym czasie Soboru Watykańskiego II (1962-65).

W łonie komisji ujawniły się silne podziały, część jej członków była zdania, że sztuczna kontrola poczęć jest do pogodzenia z nauką Kościoła. Ostatecznie doszło do powstania dwóch raportów: większości, która opowiadała się za dopuszczeniem antykoncepcji, oraz mniejszości, która takiej możliwości nie widziała. Zarówno przecieki prasowe z prac komisji, jak i wypowiedzi teologów w krajach zachodnich sprawiały wrażenie, że w tej materii jest więcej wątpliwości niż pewników, choć Paweł VI kilkakrotnie przestrzegał, że prace jakiejkolwiek komisji nie stawiają Kościoła w sytuacji wątpienia.

Dodatkowe tło stanowił powojenny „baby boom”, który jest znanym w demografii zjawiskiem odnawiania strat w ludności przez zwiększony przyrost naturalny po wyniszczeniu populacji w wojnie. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na tej podstawie, jak też wobec wysokiego przyrostu naturalnego w byłych krajach kolonialnych, rozpowszechniano pogląd o zagrożeniu przeludnieniem i rzekomo dramatycznych konsekwencjach wzrostu liczby ludności. Mnożono argumenty o potrzebie zapobiegania ubóstwu przez ograniczanie liczby przychodzących na świat dzieci, o możliwości podwyższenia jakości życia rodzin na tej samej drodze, o uwolnieniu kobiety od przymusu macierzyństwa i umożliwieniu jej rozwoju oraz awansu zawodowego, aby została zapewniona jej równość z mężczyzną. W świetle tej argumentacji płodność jawiła się jako zagrażający żywioł. Nic zatem dziwnego, że pigułka antykoncepcyjna została okrzyknięta dobroczynnym wynalazkiem geniuszu ludzkiego, który odmieni ciężką dolę człowieka.

W takiej atmosferze 25 lipca 1968 r. Paweł VI opublikował encyklikę „Humanae vitae” – o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego.

Choć encyklika obejmowała i wyjaśniała całość zagadnienia, to uwaga opinii publicznej skupiła się na fragmencie punktu 14: „W oparciu o te podstawowe zasady ludzkiej i chrześcijańskiej nauki o małżeństwie czujemy się w obowiązku raz jeszcze oświadczyć, że należy bezwarunkowo odrzucić – jako moralnie niedopuszczalny sposób ograniczania liczby potomstwa – bezpośrednie naruszanie rozpoczętego już procesu życia, a zwłaszcza bezpośrednie przerywanie ciąży, choćby dokonywane ze względów leczniczych.

Podobnie – jak to już Nauczycielski Urząd Kościoła wielokrotnie oświadczył – odrzucić należy bezpośrednie ubezpłodnienie, czy to stałe, czy czasowe, zarówno mężczyzny, jak i kobiety. Odrzucić również należy wszelkie działanie, które – bądź to w przewidywaniu zbliżenia małżeńskiego, bądź podczas jego spełniania czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego”.

Taka konstatacja z punktu widzenia dotychczasowego nauczania Kościoła nie była niczym dziwnym, jednak spotkała się z odrzuceniem. Paweł VI, który jeszcze trzy lata wcześniej był wynoszony pod niebiosa za przeprowadzenie do końca Soboru Watykańskiego II, teraz przedstawiany był jako nierozumiejący ludzi i czasów wsteczny despota. Na okładce niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” przedstawiono go z wykrzywioną złością twarzą, pigułką i napisem: „Nein” – Nie.

Szczególnie bolesne były reakcje wewnątrz samego Kościoła. W Stanach Zjednoczonych profesor teologii ks. Charles Curran zebrał podpisy 600 teologów pod tzw. deklaracją niezgody. Prymas Holandii kard. Alfred Alfrink powiedział, że encykliki nigdy nie są nieomylne. Prymas Belgii – bliski współpracownik Pawła VI – kard. Léon-Joseph Suenens oskarżył papieża o autorytaryzm i pogwałcenie soborowej zasady kolegialności. Niemieccy biskupi w miesiąc po publikacji encykliki wydali tzw. Deklarację z Königstein, która postawiła pod znakiem zapytania obowiązywalność papieskiej nauki na rzecz subiektywnej oceny dopuszczalności antykoncepcji w sumieniu wiernych.

Abp Henryk Hoser SAC uważa, że od publikacji „Humanae vitae” rozpoczęło się ciche męczeństwo Pawła VI, który od tej pory aż do swojej śmierci, dziesięć lat później, nie wydał już żadnej encykliki.

Skutki odrzucenia prawdy o człowieku, której bronił ten dokument, nie dały na siebie długo czekać. W 1968 r. ostrzegano, że więcej dzieci oznacza niebezpieczeństwo większego bezrobocia – dziś Europa przeżywa zimę demograficzną i z powodu braku rąk do pracy trzeba stymulować imigrację. Rozpowszechniła się mentalność antykoncepcyjna – przekonanie, że możliwość poczęcia i rodzenia dzieci stanowi swoiste zagrożenie. W następnej dekadzie (lata 70.) w krajach cywilizacji atlantyckiej wprowadzono prawną dopuszczalność przerywania ciąży, gwałtownie zaczęła wzrastać liczba rozwodów, tzw. wolnych związków, coraz późniejszy stał się też wiek, w którym kobiety zachodziły w pierwszą ciążę (której nie nazywano już stanem błogosławionym czy też „byciem przy nadziei”).

O czym naprawdę jest encyklika?

„Chociaż kochałam swego męża, żałowałam, że zdecydowałam się na małżeństwo – pisze autorka cytowanego na wstępie świadectwa. – Czułam, że jestem w pułapce takiego położenia, w którym mogłam być tylko przedmiotem seksualnego związku do czasu, gdy zdecydujemy się, że będę zapłodniona. Pragnęłam, żebyśmy wreszcie spróbowali mieć dziecko. Nie zaszkodziłoby to naszemu małżeństwu bardziej niż stosowanie antykoncepcji. Wierzyłam, że jeśli nasze małżeństwo ma się nie rozpaść, muszę zdobyć jakieś informacje o metodzie naturalnego planowania poczęć”.

Wnioski te wynikały z intuicji, czym jest natura pożycia małżeńskiego. Intuicja ta zgadza się idealnie z tym, co pisze Paweł VI, analizując nauczanie Kościoła: „Nauka ta, wielokrotnie przez Nauczycielski Urząd Kościoła podana wiernym, ma swoją podstawę w ustanowionym przez Boga nierozerwalnym związku – którego człowiekowi nie wolno samowolnie zrywać – między dwojakim znaczeniem tkwiącym w stosunku małżeńskim: między oznaczaniem jedności i oznaczaniem rodzicielstwa”.

Paweł VI odrzucał antykoncepcję, ponieważ wprowadzała ona zakłamanie w akt małżeński, który ma dwa nierozerwalnie ze sobą złączone znaczenia – jedność między małżonkami i płodność.

Małżonkowie, jednocząc się cieleśnie, przekazują sobie w każdym akcie dwie prawdy: „kocham cię” i „miłość jest życiodajna”. Oczywiście, nie każdy akt musi przynosić nowe życie, ale każdy musi zakładać otwartość na nie. Wtedy mowa ich serc, umysłów i ciał jest prawdziwa. Wykluczenie znaczenia płodności oznacza przekazanie sprzecznego komunikatu: kocham cię, ale pod pewnymi warunkami (czy jest to nadal miłość?), kocham cię, ale odrzucam tę integralną część ciebie, którą jest płodność. A zatem tak naprawdę nie kocham ciebie, tylko satysfakcję seksualną, której mi dostarczasz. Nic więc dziwnego, że autorka cytowanego świadectwa czuła się tak, jak się czuła. Zmieniło się to radykalnie, gdy zdecydowała się poznać fenomen swojej płodności: „Odczuwałam różne stadia mojej cielesności. Byłam szczęśliwa, gdy uczyłam się obserwować zmiany cyklu, niezależnie od samej kontroli płodności. Poznawanie i rozumienie tej części samej siebie sprawiło, że zaczęłam sama siebie szanować, zdobyłam pewność siebie także w innych dziedzinach. Aż trudno uwierzyć, że z dnia na dzień rozwiązane zostały wszystkie nasze problemy seksualne. Dużo czasu zabrało mi przełamanie starych nawyków myślowych, żeby podczas seksualnego zbliżenia nie myśleć, czy wzięłam dzisiaj pigułkę lub kiedy pójść i włożyć krążek. Natychmiast odpadły kłopoty z antykoncepcją. Mogłam być obecna w doznaniach od początku do końca seksualnego zbliżenia. To było cudowne! Oddając się sobie wzajemnie, wzmacniać doznanie rozkoszy i czuć się zespoloną w miłości”.

Ta zmiana przyniosła radość, ale również trud. Okresowa wstrzemięźliwość na początku była wyzwaniem dla obojga. Jednak po okresie około pół roku zmiana postawy przyniosła niespodziewane rezultaty.

„Wiem, że jestem dla niego atrakcyjna. On sam stał się dla mnie dużo bardziej atrakcyjny, odkąd zarzuciłam antykoncepcję. Wiem również, że mąż szanuje mnie w prawach osoby. Traktuje moją płodność jako część mnie. Obecnie, na przekór swoim trudnościom związanym z zachowaniem czasowej abstynencji, stał się entuzjastycznym propagatorem NPR i zaleca tę metodę swoim przyjaciołom. Stąd wiem, że nie jest to dla niego poważny problem. Czas abstynencji może być okresem romantycznych przeżyć, może sprawić, że potem seksualna strona miłości stanie się bardziej ekscytująca. Ciągle uczymy się oboje szczerze wyrażać swoje uczucia”. Zwróćmy uwagę na słowo „szczerość”. Pełna akceptacja podwójnego znaczenia aktu małżeńskiego rozwija szczerość między małżonkami, otwartość, poznanie siebie i wzajemną akceptację. On i ona stają się dla siebie przezroczyści, rozumieją się coraz lepiej i uczą się siebie. Ich miłość staje się pełniejsza, nie sprowadza się tylko do współżycia cielesnego, ale to raczej współżycie wynika ze wzrostu miłości. Niegdyś w przysiędze sakramentalnej ślubowali sobie uczciwość małżeńską. Teraz, żyjąc nią na co dzień, rozwijają tę miłość, którą otrzymali jako dar od Boga. Nic zatem dziwnego, że zmienia się zupełnie perspektywa patrzenia i na drugie znaczenie aktu małżeńskiego.

„Przez rok pomyślnie stosowaliśmy metodę NPR, żeby uniknąć ciąży, po roku użyliśmy jej dla zajścia w ciążę! Po wybraniu najlepszego dla zapłodnienia czasu po raz pierwszy spróbowaliśmy mieć dziecko”.

„Albowiem stosunek małżeński z najgłębszej swojej istoty, łącząc najściślejszą więzią męża i żonę, jednocześnie czyni ich zdolnymi do zrodzenia nowego życia, zgodnie z prawami zawartymi w samej naturze mężczyzny i kobiety – pisze Paweł VI. – Jeżeli zatem zostaną zachowane te dwa istotne elementy stosunku małżeńskiego, a więc oznaczanie jedności i rodzicielstwa, to wtedy zatrzymuje on w pełni swoje znaczenie wzajemnej i prawdziwej miłości oraz swoje odniesienie do bardzo wzniosłego zadania, do którego człowiek zostaje powołany – a mianowicie do rodzicielstwa” (HV 12).

Pomogliśmy papieżowi

W atmosferze zamętu i kontestacji, której doznawał Paweł VI, był ktoś, na kim mógł się on mocno oprzeć. Papież Montini zetknął się z Karolem Wojtyłą jeszcze przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową, kiedy jako arcybiskup Mediolanu ofiarował dzwony dla krakowskiej parafii św. Floriana. W czasie kolejnych sesji soboru poznawali się coraz lepiej. Paweł VI wyniósł Wojtyłę na stolicę arcybiskupią w Krakowie, a później uczynił go kardynałem. Krakowski arcybiskup powołał komisję, która opracowała tzw. Memoriał krakowski – obszerne teologiczne uzasadnienie zasad etyki małżeńskiej. Memoriał ten Paweł VI otrzymał w lutym 1968 r., na 5 miesięcy przed ukazaniem się „Humanae vitae”. Ks. Andrzej Bardecki, wieloletni asystent kościelny „Tygodnika Powszechnego”, twierdził, że 60 proc. tekstu „Humanae vitae” pochodzi bądź z opracowania krakowskiej komisji, bądź z prac samego Wojtyły, który po przeczytaniu encykliki miał powiedzieć: „Pomogliśmy papieżowi”.

Nasuwa się pytanie: Dlaczego tylu teologów zachodnich, a nawet biskupi i kardynałowie kontestowali Pawła VI, a Wojtyła i polscy teologowie mu pomogli? Czy dlatego, że „Polonia semper fidelis”? A może z powodu tradycyjnego konserwatyzmu Kościoła w Polsce pod przewodnictwem prymasa Wyszyńskiego? Nic bardziej błędnego!

Wojtyła już na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku dysponował bogatymi źródłami, z których mógł czerpać, pracując nad etyką małżeństwa.

Z jednej strony było to żywe doświadczenie spotkania z małżeństwami i rodzinami. Ścisła współpraca z dr Wandą Półtawską, bliski kontakt z młodzieżą z duszpasterstwa akademickiego, a potem z rodzącymi się w jej gronie związkami dawał mu znakomity ogląd sytuacji. Jednym z jego bliskich przyjaciół był – dziś kandydat na ołtarze – Jerzy Ciesielski, którego związek małżeński z Danutą Plebańczyk Karol Wojtyła pobłogosławił w 1957 r.

Z drugiej strony krakowski arcybiskup miał głęboką refleksję filozoficzną i teologiczną: patrzył na człowieka od strony jego „genealogia divina” – Bożego pochodzenia.

Przed ślubem Jerzego i Danuty przeprowadził dla nich swoiste rekolekcje na wycieczce z Ptaszkowej do Krynicy. Tematy, które poruszył, dają wiele do myślenia. W czasie pierwszej konferencji mówił im o Trójcy Świętej i o tajemnicy życia wewnętrznego Pana Boga. Potem – o bogactwie i niebezpieczeństwach miłości małżeńskiej i rodzicielskiej i o świętości w małżeństwie. Dlaczego do przyszłych małżonków mówił o tajemnicy życia wewnętrznego Boga? Ponieważ człowiek został stworzony „na obraz Boży mężczyzną i niewiastą”, to znaczy Bóg od samego początku pomyślał człowieka jako przeznaczonego do miłości, do relacji... do rodziny. Na obraz Trójcy Świętej, która jest Miłością.

Zachowały się notatki Jerzego Ciesielskiego z okresu jego małżeństwa, które dowodzą, że traktował wspólną drogę z Danusią jako drogę do świętości, która obejmuje całość życia obojga – także jego wymiar cielesny.

W swoich zapiskach umieścił taką m.in. refleksję: „Dążenie do naturalnej doskonałości aktu płciowego, mające na celu dać maksimum zadowolenia, jest również celowe z punktu widzenia katolickiego ideału małżeństwa. Dążenie to musi być – jak zresztą cała przyjemność płciowa – owiane duchem dawania, a nie brania, i oczywiście nigdy nie może zagrażać potomstwu”.

To potwierdzało wnioski, które Wojtyła wywodził, analizując naturę małżeństwa. Mąż i żona, wkraczając na wspólną drogę, nie zawiązują po prostu jakiejś wspólnoty. Relacja między nimi ma charakter oblubieńczy (nazywał to komunią osób), to znaczy jedno dla drugiego ma stawać się darem, a dar – aby był autentyczny – musi być całkowity. Czym jest owa całkowitość? To właśnie podwójne znaczenie daru: jestem darem dla ciebie, a ty dla mnie, i jestem otwarty na dar macierzyństwa/ojcostwa. Wykluczanie jednego lub drugiego znaczenia zawsze będzie uprzedmiotawiać małżonków, nawet jeśli oboje by się na to zgadzali. Wybór jest radykalny – między pełnym oddaniem się sobie i wzrostem miłości a egoistycznym nakierowaniem na siebie i śmiercią miłości.

Różnica między spojrzeniem Wojtyły a spojrzeniem zachodnich teologów i biskupów polegała na tym, że ten pierwszy patrzył na małżeństwo jako na drogę wzrostu miłości i realizowania projektu, który Bóg dał człowiekowi w momencie stworzenia go i zbawienia. Ci drudzy patrzyli zaś bardziej przez pryzmat świata, który zachwycony technicznymi możliwościami przedstawiał pigułkę jako drogę wyzwolenia człowieka. Wojtyła rozmawiał z małżonkami, którzy chcieli iść ku świętości, zachodni teologowie odbierali głównie sygnały od tych, dla których katolicka etyka była ciężarem i ograniczeniem.

Po 50 latach od publikacji encykliki widać wyraźnie jej profetyczny charakter. Mentalność antykoncepcyjna zakorzeniła się w cywilizacji atlantyckiej, promując wyższość osobistej przyjemności nad darem z siebie, stawiając pod znakiem zapytania sens trwałości związku kobiety i mężczyzny, odrywając seks od miłości i czyniąc z niego autonomiczny rodzaj rozrywki niezwiązanej z żadną odpowiedzialnością. Kryzys rodziny pociąga za sobą kryzys wiary, gdyż odchodzenie od Bożego projektu oznacza odchodzenie od samego Boga.

Z drugiej strony jednak zaczęły się pojawiać małżeństwa niesłychanie świadomie podchodzące do swojego powołania. Są to ludzie korzystający z różnych form formacji chrześcijańskiej, na Zachodzie i na Wschodzie, rodziny wielodzietne, kochające się, choć przechodzące też przez trudne doświadczenia. Są oni w zdecydowanej mniejszości, tak jak chrześcijanie w pierwszych wiekach, ale to oni są żywym świadectwem prawdziwości „Humanae vitae” i jej rozwinięcia w postaci „teologii ciała” św. Jana Pawła II. Są już wśród nich kandydaci na ołtarze, tacy jak francuski profesor Jérôme Lejeune – nie tylko wybitny genetyk i obrońca życia, ale wierny mąż i ojciec pięciorga dzieci, jest wspomniany Jerzy Ciesielski, jest hiszpańskie małżeństwo Tomasa i Paquity Alvira – jedni z pierwszych małżonków w Opus Dei.

Są też inni – może znani nam osobiście – mężowie i żony, których miłość, także po latach, pozostaje wciąż świeża, których dzieci również zawierają związki małżeńskie radosne i otwarte na życie lub wybierają drogę wyłącznego poświęcenia się Panu Bogu w kapłaństwie, zakonie lub celibacie apostolskim.

Są też ludzie, którzy pragną miłości, lecz szukają jej po omacku, wchodząc czasem na bezdroża wiodące donikąd. Czekają oni na jeszcze liczniejszych świadków Miłości – przez duże M.

Paweł Zuchniewicz, dziennikarz, pisarz, wicedyrektor ds. wychowawczych szkoły „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”, autor biografii Hanny Chrzanowskiej pt. „Siostra naszego Boga”

2018-05-16 11:23

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bp Jeż: wzajemna miłość małżonków to najpiękniejsze świadectwo obecności Boga

[ TEMATY ]

miłość

małżeństwo

świadectwo

Ewa Biedroń

Biskup tarnowski Andrzej Jeż pobłogosławił uczestników wielkiego rodzinnego święta

Biskup tarnowski Andrzej Jeż pobłogosławił uczestników
wielkiego rodzinnego święta

„Wzajemna miłość małżonków jest najpiękniejszym świadectwem obecności Boga pośród nas” - powiedział biskup tarnowski Andrzej Jeż w Pasierbcu, gdzie trwa tygodniowy odpust. Dziś modlono się w intencji rodzin.

Jak mówił biskup w homilii, wzajemny szacunek, troska o wszystkich członków rodziny owocuje zawsze Bożym błogosławieństwem. „Rodzina jest tylko wtedy szczęśliwa kiedy wszyscy mają w niej czas dla siebie nawzajem. Taka szczęśliwa rodzina ma obowiązek dzielić się swoją radością i dawać świadectwo, że wychowanie do wartości, wzięcie odpowiedzialności za siebie nawzajem jest możliwe i daje szczęście” - mówił.

Bp Jeż dodał, że bywa jednak i tak, że pomimo włożonego wysiłku rodziców, ich dziecko – gdy dorasta lub staje się samodzielne – gubi się w życiu, buntuje, zrywa relacje z rodzicami, porzuca praktyki religijne, zapiera się wiary.

„Trzeba przyjąć i to, że nie można mieć kontroli nad wszystkimi sytuacjami, które mogą się zdarzyć dziecku, zwłaszcza, kiedy przechodzi ku dorosłości. Z pewnością jednak nawet wtedy pozostanie w nim to wszystko, co rodzice starali się mu przekazać poprzez dobre wychowanie, własny przykład, wspólne rozmowy, pracę nad kształtowaniem charakteru. Pozostanie również i to, co dokonało się w sferze życia religijnego i nieraz po wielu latach potrafi na nowo zbliżyć do Boga” - dodał.

Bp Jeż zaznaczył, że każda rodzina potrzebuje siły duchowej, a płynie ona m.in. poprzez codzienną modlitwę rodzinną. „Pielęgnujmy zatem w naszych domach i w naszych rodzinach wspólną modlitwę; powracajmy do wspólnie odmawianego pacierza. Taka modlitwa łączy i scala wszystkich członków rodziny, wygasza napięcia i nieporozumienia, rozpala na nowo wzajemną miłość” - podkreślił.

Tarnowski biskup mówił też w homilii, że nasze poznanie Boga, nasza relacja do Niego potrzebuje przede wszystkim żywego doświadczenia, musimy przekonać się osobiście, musimy sami wejść w spotkanie z Jezusem. „Mamy świadomość, że proces wychowania – także wychowania religijnego – nie odbywa się samoistnie. Potrzebna jest obecność, bliskość i przykład dojrzałych w wierze rodziców, którzy poprowadzą swoje dzieci drogą wiary i włączą je w życie wspólnoty Kościoła” - dodał bp Jeż.

Centralne uroczystości odpustowe w Pasierbcu odbędą się 30 sierpnia o 11.00 pod przewodnictwem abpa Mieczysława Mokrzyckiego Metropolity Lwowskiego, byłego sekretarza Jana Pawła II.

Pasierbiec to wioska leżąca blisko Limanowej. Znajduje się tam sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia z cudownym obrazem koronowanym w 1993 r.

Wierni odwiedzający Pasierbiec modlą się na dróżkach maryjnych rozsianych po pasierbieckim wzgórzu. Zatrzymują się przy Grocie Ocalenia, która upamiętnia ocalenie przed śmiercią żołnierza Jana Matrasa.

W Pasierbcu znajduje się także wyjątkowa Droga Krzyżowa. Przy poszczególnych stacjach są dwumetrowe rzeźby przedstawiające św. Jana Pawła II, bł. ks. Jerzego Popiełuszkę, ks. Franciszka Blachnickiego, Prymasa Stefana Wyszyńskiego, misjonarzy męczenników ks. Jan Czubę i o. Zbigniewa Strzałkowskiego.

CZYTAJ DALEJ

Flecista z Hameln

2020-09-23 09:43

Niedziela Ogólnopolska 39/2020, str. 65

[ TEMATY ]

polityka

Katarzyna Cegielska

Polityka, a tym bardziej konsekwentne myślenie o sprawach publicznych oparte na mocnych ideach, nie znoszą dekonstruktywistycznych eksperymentów.

Germańska legenda – rozpowszechniona przez braci Grimm, powstała w Dolnej Saksonii prawdopodobnie w XIII wieku – przypomniała mi się w momencie, gdy zastanawiałem się nad postacią Jarosława Kaczyńskiego i najnowszym zapisem jego publicznych działań.

Przypomnę, że legenda opowiada o fleciście, który dostał zlecenie przeprowadzenia akcji oczyszczenia miasta Hameln z wyjątkowo groźnej plagi szczurów. Szczurołap tak magicznie grał na flecie, że doprowadził do masowego wyjścia gryzoniów poza mury miasta. Wydobywał z instrumentu tak wabiąco brzmiące dźwięki, że szczury szły za nim jak zahipnotyzowane i... potopiły się w Wezerze. Chytrzy mieszczanie z Hameln, gdy szczurza zaraza została zażegnana, odmówili wypłacenia fleciście należnej mu zapłaty. Wtedy tajemniczy muzyk wyprowadził poza miasto wszystkie dzieci, które nagle zaginęły...

Co jednak ta legenda ma wspólnego z Jarosławem Kaczyńskim czy jakimkolwiek dzisiejszym przywódcą politycznym? Otóż sprawowanie funkcji publicznej nakłada na osobę znajdującą się na tej pozycji szczególne obowiązki. Dzierżenie „rządu dusz” – formacji politycznej posiadającej władzę – to już zobowiązanie wymagające ogromnej odpowiedzialności i wyrzeczenia się własnych korzyści. Każdy przywódca, który wybija się na taką pozycję, staje w sytuacji flecisty z Hameln. Wiedzie za sobą całe pokolenia i musi unieść odpowiedzialność za ich los. To nie tylko doraźne wybory i umiejętność skutecznego dobierania ludzi i działań po to, aby władzę utrzymać. To przede wszystkim obowiązek posiadania klarownej wizji przyszłości i realizowania programu, który konsekwentnie ku niej prowadzi.

Jarosław Kaczyński działa tak długo i skutecznie, ponieważ właśnie wokół niego skupili się ludzie, którym w życiu publicznym chodzi o chrześcijańskie zasady, patriotyczne ideały i niepodległościowe aspiracje. Jego ugrupowanie stało się szerokim ruchem o wielu obliczach, ruchem wypływającym z wielu źródeł, które połączyły się w „niepodległościową rzekę”.

Nie wspominam tu o ludziach biegających jedynie za własnymi karierą i pożytkiem, bo oni znajdą się w każdym obozie władzy. Siła ideowa takiego środowiska sprawia jednak, że karierowicze nie nadają mu ostatecznego oblicza i nie stanowią o istocie jego działań. Kaczyński stał się zatem człowiekiem zaufania publicznego dla wszystkich tych, którzy chcieli uczestniczyć w skutecznym ruchu politycznym, mającym szanse realnego reformowania Polski. Wystarczyło mu charakteru i inteligencji, aby wysforować się na tak skonstruowane – w dużej mierze przez samego siebie – stronnictwo. Teraz zachodzi pytanie, czy Kaczyński potrafi skutecznie poprowadzić wiedzionych przez siebie działaczy i wyborców ku korzystnej dla publicznego interesu przyszłości.

Piszę to wszystko w nader aktualnym kontekście nowych projektów ustaw, których inicjatorem ogłosił się właśnie Jarosław Kaczyński. Chodzi, oczywiście, o tzw. Piątkę dla zwierząt. Nowa propozycja wzbudziła sporą konfuzję wśród skupionych wokół PiS konserwatystów i tych, którzy dobrze pojmują katolicką naukę społeczną oraz chrześcijański personalizm. Dla nich nie ulega wątpliwości, że osoba ludzka jest bytem jedynym w sobie, wyjątkowym. Nagle – widocznie pod wpływem badań sondażowych – Kaczyński sięgnął po postulaty dotychczas kojarzone ze skrajną lewicą. Nie chodzi tu – w pierwszym rzędzie –  o interes hodowców zwierząt futerkowych, a o podstawowe zasady i etyczne właściwe konserwatyzmowi i chrześcijaństwu. Wiemy, że zwierząt nie należy ani dręczyć, ani niepotrzebnie sprawiać im cierpienia. Kiedy jednak zwierzęta stają się nieomal samodzielnymi podmiotami prawa – od tego już tylko krok do przyznania im statusu odrębnych bytów moralnych – rzecz staje się niebezpieczna i rodzi nieobliczalne konsekwencje.

Nie da się tak działać, aby z różnych światopoglądów i filozoficznych punktów widzenia tworzyć program polityczny. To szalenie niebezpieczna działalność. Mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński nie idzie w tym kierunku i zdaje sobie sprawę z ciążącej na jego barkach odpowiedzialności. Polityka, a tym bardziej konsekwentne myślenie o sprawach publicznych oparte na mocnych ideach nie znoszą dekonstruktywistycznych eksperymentów.

Sądzę zatem, że lider PiS zdaje sobie z tego sprawę.

W przeciwnym wypadku bylibyśmy bowiem jak dzieci z Hameln. Podążamy za głosem lidera najpoważniejszego obozu politycznego po naszej stronie i idziemy...

No właśnie – dokąd?

CZYTAJ DALEJ

Koronka na ulicach biskupiego miasta

2020-09-28 21:57

[ TEMATY ]

Koronka Bożego Miłosierdzia

Iskra Bożego miłosierdzia

Świdnica ‑ Katedra

Ks. Grzegorz Umiński

Iskra Bożego Miłosierdzia w parafii katedralnej

Iskra Bożego Miłosierdzia w parafii katedralnej

Na placu przed świdnicką katedrą, przy pomniku św. Jana Pawła II 28 września o godz. 15. wierni parafii katedralnej oraz pozostali mieszkańcy miasta biskupiego zgromadzili się z bp Ignacym Decem i ks. Mirosławem Benedykiem, aby z koronką w ręku wołać o Boże Miłosierdzie dla siebie i całego świata.

Parafia katedralna po raz kolejny wzięła udział w modlitewnej akcji „Iskra Bożego Miłosierdzia”. Łaskawości Boga polecaliśmy kapłanów i wiernych naszej diecezji, modliliśmy się o oddalenie pandemii koronawirusa, o pokój na świecie, o powrót uchodźców do ich ojczystych krajów i pomoc w odbudowie ich domów, za Prezydenta Polski, oraz wszystkich rządzących, za nasze kraje, miasta, nasze rodziny i nas samych.

ks. Mirosław Benedyk

Wierni przy pomniku św. Jana Pawła II w dniu akcji "Iskra Bożego Miłosierdzia"

Wierni przy pomniku św. Jana Pawła II w dniu akcji

Spotkaliśmy się w Godzinie Miłosierdzia, w której Bóg daje tak wiele łask, to tak jakby była wielka promocja, iż wystarczy przyjść, otworzyć ręce i wziąć od Niego. Gdy ogłaszają promocję w supermarkecie to wszyscy tam biegną? Czemu tak niewielu biegnie do Boga, który chce dawać ponad miarę? On chce dawać. Bóg ma radość dawania. Dawania miłości, pokoju, szczęścia. Przypomnijmy, że od wielu lat w katedrze świdnickiej koronką modlą się kapłani z wiernymi każdego dnia.

ks. Mirosław Benedyk

Wierni przy pomniku św. Jana Pawła II w dniu akcji "Iskra Bożego Miłosierdzia"

Wierni przy pomniku św. Jana Pawła II w dniu akcji

Od trzynastu lat, wierni co rok spotykają się na modlitwie 28 września na ulicach miast, w rocznicę beatyfikacji bł. Michała Sopoćko, spowiednika św. Faustyny Kowalskiej. Do akcji w całej Polsce włączyło się ponad 300 miast. Tego dnia w Świdnicy koronką modlono się także przy przed szpitalem "Latawiec" na terenie par. św. Andrzeja Boboli.

ks. Mirosław Benedyk

bp Ignacy Dec na koniec pobłogosławił zebranych

bp Ignacy Dec na koniec pobłogosławił zebranych
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję