Reklama

Kościół nad Odrą i Bałtykiem

Przytuleni do Serca Jezusa

Podniosła celebracja uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szczecinie nie jest czymś nowym. Od wielu lat wierni licznie uczestniczą w jej centralnych liturgicznych obchodach, przypadających w piątek po drugiej niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego

Niedziela szczecińsko-kamieńska 29/2019, str. 1-2

[ TEMATY ]

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa

Adam Szewczyk

Procesja z kościoła Ojców Jezuitów do „Serca” w Szczecinie

Podobnie było także w tym roku. 28 czerwca uroczystości rozpoczęto nieszporami w kościele pw. św. Andrzeja Boboli, którym przewodniczył bp Henryk Wejman. W trakcie tej liturgii zostało ustanowionych dziesięciu nowych nadzwyczajnych szafarzy Komunii św., którym misji udzielił metropolita szczecińsko-kamieński abp Andrzej Dzięga, podkreślając wyjątkowość tej roli świeckich w życiu Kościoła. Jest ona odpowiedzią na pragnienie stałej (o ile jest taka możliwość) łączności osób chorych, starszych z Jezusem Eucharystycznym. W naszej archidiecezji chętnych do pełnienia szafarskiej posługi przybywa. Dziś nie wywołuje zdziwienia widok osoby świeckiej niosącej w bursie Pana Jezusa zarówno w Szczecinie, jak i w wielu innych miejscowościach, co wskazuje, iż dostrzegana jest potrzeba stałego karmienia się Ciałem Chrystusa wśród dotkniętych cierpieniem osób przykutych do łóżek, foteli inwalidzkich czy będących w podeszłym wieku.

Bezpośrednio po nieszporach nastąpiło wystawienie Najświętszego Sakramentu. Ruszyła procesja. Z kościoła Ojców Jezuitów ulicami Szczecina do sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa przy wtórze pieśni ku czci Serca Chrystusowego. Poprzedzani pocztami sztandarowymi, szpalerami sióstr zakonnych, nadzwyczajnych szafarzy Komunii św., kleryków, lektorów i ministrantów oraz przybyłych na uroczystość kapłanów kroczyli kolejni niosący Najświętsze Ciało Pana Jezusa: bp Henryk Wejman, rektor AWSD w Szczecinie ks. dr Krzysztof Łuszczek, rektor Wyższego Seminarium Duchownego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej w Poznaniu ks. dr Andrzej Łysy oraz metropolita szczecińsko-kamieński abp Andrzej Dzięga. Towarzyszyło temu liczne grono wiernych.

Po przybyciu do tak bliskiego szczecinianom sanktuarium usytuowanego w sercu miasta abp A. Dzięga zawierzył gród Sercu Pana Jezusa. Ów akt odnawiany co roku jest szczególnym rodzajem poddańczej prośby, by wszystkie starania zarówno władz, jak i zwykłych obywateli przenikało światło i ciepło Bożej miłości wypływającej z otwartego Serca Chrystusa. Wreszcie punkt kulminacyjny – Eucharystia. Tuż przed jej rozpoczęciem proboszcz i kustosz sanktuarium NSPJ w Szczecinie ks. Jarosław Staszewski TChr w sposób niezwykle obrazowy wzbudził wśród przybyłych refleksję dotyczącą Serca Pana Jezusa, będącego w stałej, otwartej i przepełnionej niezmierzoną miłością relacji do naszych serc. Mszę św. Ksiądz Arcybiskup celebrował wraz z bp. Henrykiem Wejmanem oraz przełożonym generalnym Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii ks. Ryszardem Głowackim w asyście licznie przybyłego grona kapłanów reprezentujących dekanaty i instytucje Kościoła szczecińsko-kamieńskiego. Zwykle w uroczystość tę przestrzeń szczecińskiej świątyni ku czci Jezusowego Serca wierni wypełniają po jej brzegi – tak było i tym razem.

Reklama

Słowo Boże w trakcie Eucharystii wygłosił abp Andrzej Dzięga. Pochylił się nad wymową otwartości Serca Syna Bożego. Otwartości zawsze i wszędzie; dla każdego, kto pozwoli uchylić choć rąbka serca swojego na miłość wypływającą z Chrysusowego boku. Miłość, która uzdrawia, wzmacnia i pobudza do czystości i przejrzystości funkcjonowania w różnych wymiarach życia zarówno rodzinnego, jak i społecznego. Zapatrzenie w Serce Pana Jezusa w dzisiejszej rzeczywistości staje się nie tylko osobistym aktem człowieka, skrytym i rozgrywającym się w jego sercu. Wykracza poza te subtelne ramy, przeobrażając się w odważną manifestację przywiązania do Boga pragnącego prawdziwego szczęścia dla człowieka – jego zbawienia. Dziś kroczenie ulicami miast i wsi za skrytym pod płaszczem monstrancji Ciałem Chrystusa nie znaczy to samo, co dziesięć, dwadzieścia lat temu. Abp Dzięga wskazywał, iż przy całej otwartości, postępowości i tempie życia świata w serca ludzi wkrada się lęk i zagubienie. Owe obawy nie wzmacniają duchowego wymiaru współżycia w rodzinie, małżeństwie, pracy. Dezintegrują z coraz większą mocą te przestrzenie życia społecznego i religijnego, których siłą była miłość, bezinteresowność, gotowość do pomocy drugiemu. To wszystko narasta wskutek braku więzi z Bogiem żywym, wskutek oddalania się od Serca Jezusa. W Nim nasze wsparcie i wszelka pomoc. To jednak wymaga odważnej, pełnej zawierzenia Bogu decyzji kroczenia z otwartym sercem w blasku miłości wypływającej z Serca Chrystusowego.

Zatem nie bójmy się bliskości Serca Jezusa, tej szczególnej drogi ku niebu, nie odtrącajmy jej, by przypodobać się światu. Więcej – idźmy przez świat przytuleni do Serca Pana Jezusa!

2019-07-16 11:54

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Z miłości do Chrystusa

Niedziela rzeszowska 27/2020, str. I

[ TEMATY ]

bp Jan Wątroba

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa

Najświętsze Serce Pana Jezusa

Natalia Janowiec

Mszy św. w jasielskiej kolegiacie przewodniczył bp Jan Wątroba

W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa w Jaśle poświęcono górujący nad miastem pomnika Chrystusa Króla Wszechświata.

Wydarzenie zainaugurowała Msza św. koncelebrowana w jasielskiej kolegiacie w intencji mieszkańców Jasła i regionu jasielskiego. Eucharystii przewodniczył biskup rzeszowski Jan Wątroba. W homilii wskazał na miłość i bogactwo Serca Bożego, łączącego Boga z człowiekiem: ,,Jezus obdarowuje nas nieustanną miłością, która płynie prosto z Jego Boskiego Serca. Bóg pragnie naszego szczęścia, a więc zbawienia, które powinniśmy odkrywać w Jego Sercu” – mówił hierarcha.

W czasie Mszy św. bp Jan wręczył papieskie odznaczenia ,,Benemerenti’’ osobom, które w ostatnich latach przysłużyły się Kościołowi. Odznaczenia otrzymali: Jerzy Kurczap (parafia pw. Chrystusa Króla w Jaśle), Dorota i Kazimierz Dąbrowscy (parafia pw. św. Bartłomieja w Dębowcu), Andrzej Gawlewicz (parafia pw. św. Antoniego w Jaśle).

Po Eucharystii zebrani na uroczystości udali się na wzniesienie przy ulicy Na Kotlinę, gdzie odbyło się uroczyste poświęcenie pomnika Chrystusa Króla Wszechświata. Poświęcenia dokonał bp Wątroba, który zawierzył społeczność jasielską Najświętszemu Sercu Jezusa.

Pomnik Chrystusa Króla powstał z inicjatywy świeckich, zwłaszcza jasielskich rzemieślników.

Pomnik Chrystusa Króla został wzniesiony z inicjatywy wiernych świeckich, zwłaszcza ze środowiska jasielskich rzemieślników. Betonowa kolumna wraz z umieszczoną na niej figurą Chrystusa Króla wznosi się na wysokość ok. 300 m n.p.m. Dzieło zrealizowano przy wsparciu ludzi dobrej woli. – Jak przemierzamy polską ziemię, od dwóch tysięcy lat spotykamy znaki obecności Chrystusa obok nas. Są to krzyże przydrożne, figury Chrystusa, Matki Najświętszej i świętych. Dzisiaj na tej jasielskiej górce, skąd widzimy całe nasze miasto, w jego historię i krajobraz wpisuje się piękna figura Chrystusa Króla. To wiara w Chrystusa Króla sprawiła, że jesteśmy tutaj. Wiara tych ludzi, którzy postanowili przed laty, aby taka uroczystość mogła mieć miejsce w naszym mieście. Bardzo dziękuję więc wszystkim inicjatorom i całej wspólnocie, która o to miejsce się zatroszczyła – podkreślił ks. Zbigniew Irzyk, dziekan dekanatu Jasło-Wschód.

CZYTAJ DALEJ

Bas nad basy

Niedziela Ogólnopolska 31/2012, str. 12-13

Dominik Różański

Bernard Ładysz z żoną Leokadią Rymkiewicz-Ładysz, śpiewaczką sopranistką

ALICJA DOŁOWSKA: - Czy ten wspaniały głos odziedziczył pan po kimś z rodziny?

BERNARD ŁADYSZ: - Tego nie wiem. Pamiętam jednak, że zarówno ojciec, jak i matka mieli nadzwyczaj piękne głosy. Matka - sopran. Ojciec śpiewał tenorem. Byliśmy bardzo biedną rodziną. Oni nie mieli czasu ani warunków, by szkolić głosy. Wspólnie z matką, ojcem, braćmi, wujem i ciotkami występowaliśmy w chórze „Hasło”, prowadzonym przez prof. Jana Żebrowskiego w wileńskim kościele Ojców Bernardynów. Brat śpiewał basem, wuj natomiast śpiewał w chórze basem partie solowe. W 1935 r. nasz chór zdobył na konkursie w Warszawie pierwsze miejsce ex aequo ze stołecznym chórem „Harfa”. Musieliśmy być naprawdę dobrzy, skoro „Hasło” postawiono na równi z „Harfą” - najlepszym chórem w Europie.
W Wilnie istniał wtedy jeszcze drugi świetny chór - „Echo”. Chór Żebrowskiego skupiał środowisko rzemieślnicze: krawców, szewców, piekarzy. „Echo” nazywaliśmy chórem pańskim, bo w nim śpiewali dyrektorowie, szeroko pojęta inteligencja. Ale to nasz był lepszy. Miał piękne brzmienie. Utwory śpiewało się szczerze, każdy starał się pokazać najpełniej swoje wokalne możliwości. Dzisiaj chóry śpiewają tak sobie. Nie przykładają wagi nawet do prawidłowej artykulacji samogłosek, co w brzmieniu pieśni jest ogromnie ważne. Drażni mnie np., że śpiewają płaskie „a”, podczas gdy wykształceni śpiewacy śpiewają „a” okrągłe. To jest kwestia pokazania śpiewającej młodzieży, że nie tylko głos, ale również artykulacja głosek czy całych wyrazów jest w śpiewie szalenie ważna. Dopiero opanowanie tej umiejętności sprawi, że dźwięk zabrzmi bardzo ładnie. Nikt ich tego nie uczy.

- Piszą o Panu - bas. Ale brzmienie Pana głosu określają również jako bas baryton. Jak Pan sam nazwie skalę swego głosu?

- Bas baryton. Podczas śpiewu mogę głos obniżać. W brzmieniu mego głosu jest trochę jednej i drugiej tonacji. Głos to dar od Boga. Albo się go ma, albo nie. Ale z głosem jest jak z nieoszlifowanym diamentem: żeby zabłysnął pełnym blaskiem, trzeba go oszlifować. Kunszt osiąga się poprzez doskonalenie warsztatu i techniki.

- Jak to jest być najwspanialszym polskim basem? Czy brak konkurencji nie sprawia, że człowiek czasami spuszcza z tonu? Czy też opinia, że ktoś jest najlepszy, każe trzymać poprzeczkę wysoko, żeby nie zawieść?

- Nie kalkulowałem. Po prostu śpiewałem zawsze szczerze, z sercem. I nigdy nie markowałem. Zdarzały się, oczywiście, kiksy, ale to normalne. Do dziś żyję rolą Borysa Godunowa. Ta opera Musorgskiego zapadła we mnie głęboko. Podążając fraza za frazą - widać, ile jest tam głębi. Kompozytor, choć na portrecie Riepina może dziś przypominać bandytę, był genialny. W prowadzeniu myśli i głosów - mistrzowski. Może tylko szkoda, że „ruski”. Bardzo żałuję, że tego dzieła nie napisał Moniuszko. Nazwano mnie rusofilem, ale rusofilem nie jestem. Lubię muzykę rosyjską, bo taka jest moja natura: szeroka i otwarta. Nie mogę śpiewać np. Mozarta, bo jest dla mnie zbyt zamknięty w surowych rygorach. W muzyce Czajkowskiego, Musorgskiego, Rachmaninowa łapię oddech. To dopiero jest śpiewanie! Rosjanie i Włosi tworzyli muzykę dla basu, a polscy kompozytorzy - nie. Śpiewając, cały czas myślałem o roli. Zastanawiałem się na scenie: Po co ja kogoś o coś w tej operze pytam. O co mi chodzi.

- Myślenia o roli ktoś jednak Pana uczył.

- Wracam do tego, o czym mówiłem. Chóry, chóry i jeszcze raz chóry. Chórem trzeba żyć. Z chórem trzeba śpiewać. Muzykę należy przeżywać, bo to są emocje. Chóry rozwijają. Szkoda, że się tego nie docenia. Ale dziś nie kształcimy wrażliwości. Składa się na nią także poezja, literatura, malarstwo. Dożyliśmy czasów, gdy nawet maszyna może zrobić muzykę. Ale prawdziwego śpiewania „na żywo” nie zastąpisz, tego smaku i brzmienia...

- Ale też u Was w rodzinie istniała tradycja śpiewania domowego. W ogóle na Kresach śpiewało się w domu chętnie i często...

- O tak! U Ładyszów śpiewało się nie tylko z okazji imienin, świąt czy uroczystości rodzinnych. Śpiewało się, ot, po prostu - w chwilach wolnych i wieczorami. Gdy człowiekowi od smutku rozdzierała się dusza i gdy było radośnie. Wszyscy w rodzinie śpiewali. A że mieli piękne głosy, to aż sąsiedzi schodzili się posłuchać.
W chórach śpiewaliśmy ze słuchu, mówiło się, że „z ucha”, bo przecież nikt nie znał nut, żeby rozeznać tony i zrozumieć, jak są rozpisane głosy. Ale gdy chórzysta miał dwie, trzy oktawy, zawsze mieścił się w wyznaczonej tonacji. A dzisiaj, co? Zastanawiam się, dlaczego w polskich kościołach w repertuarze chórów nie ma Moniuszki. Tego wielkiego polskiego kompozytora. Jest autorem pięknego utworu „Oto drzewo krzyża”. Nie ma też bardzo starej pieśni „Ludu, mój ludu”. Tego chóry na ogół dzisiaj nie wykonują, choć są to przecież skarby polskiej kultury. A jeśli śpiewają, to okazjonalnie.

- Po wygraniu konkursu śpiewaczego w Vercelli otwierała się przed Panem światowa kariera. Ale Pan, owszem, śpiewał w mediolańskiej La Scali razem z Marią Callas w „Łucji z Lammermoor”, nagrał arie operowe dla Columbii, występował nawet w Chinach, ale nie czmychnął za granicę na stałe.

- Wciąż myślałem o Warszawie. Nigdy nie zapomnę, jak Warszawa nas przyjęła, gdy przyjechaliśmy z obozu w Kałudze w 1947 r. W łagrze pracowaliśmy przy wyrębie lasu. Było ciężko. Po wojnie też, bo Wilno nie było już po polskiej stronie. Zakochałem się w Warszawie, gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni „Maxim” i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę.

- Kocha Pan też Wilno.

- Tęsknię za Wilnem. Za Matką Boską Ostrobramską. To świat mego dzieciństwa, wczesnej młodości. Nikt mi go nie zabierze. Byliśmy kilka lat temu z żoną, która też jest wilnianką, na występach w Domu Polskim w Wilnie. Przeżyliśmy wspaniałe chwile wzruszenia. Odsłoniliśmy pamiątkową tablicę, którą Polacy chcieli mnie uhonorować. Miała zawisnąć na murze domu, w którym mieszkałem na Zarzeczu. Jednak wskutek protestów Litwinów dotąd tablicy nie udało się tam zamontować. Oni najchętniej wyrugowaliby wszelkie ślady polskości. A przecież przez tyle wieków tworzyliśmy wspólną historię i kulturę.

- Nie żałuje Pan rezygnacji z międzynarodowej kariery?

- Pewnie ówczesne polskie władze by do niej nie dopuściły. Ale ja na obczyźnie bym usechł. Nie mógłbym rozmawiać po polsku. Jestem Polakiem.

- Czy z ręką na sercu może Pan powiedzieć, że realizował się Pan w pełni w krajowych warunkach?

- Nie. Dużo rzeczy nie zaśpiewałem, do wielu miejsc nie pojechałem. Zablokowano np. moje tournée po zwycięstwie w Vercelli. Wszystko przez środowiskową zawiść. Kiedy patrzę na całe swoje śpiewanie, widzę, że ktoś mi cały czas przeszkadzał. Mówiono: Pięknie śpiewasz. I - do widzenia. Dzisiaj o wielu sprawach wreszcie wiem. Układają się w ciąg przyczynowo-skutkowy. Gdy miałem przez Pagart (instytucję wysyłającą polskich artystów za granicę) wyjechać na koncerty do Izraela, dokąd trzykrotnie mnie zapraszano - i ludzie tam na mnie czekali - zawsze wprowadzano zapraszających w błąd, że albo jestem chory, albo wyjechałem na koncerty, albo przygotowuję coś w kraju i jestem zajęty. Wyglądało na to, że ja te środowiska lekceważę, podczas gdy o zaproszeniach nie miałem zielonego pojęcia. Śpiewałem w ONZ - niemal w ogóle o tym nie pisano. A przecież to był zaszczyt.

- Uważa Pan, że na miarę takiego talentu można było osiągnąć więcej?

- Z różnych przyczyn na pewno nie. To był przecież bardzo trudny okres polityczny, gdy układy, donosy i anonimy ważyły na karierach. Mój talent i głos nie były w smak niektórym osobom i środowiskom. Tym bardziej że nie należałem do pokornych.

- Ale kochała Pana polska publiczność.

- I to było dla mnie najważniejsze.

* * *

Bernard Ładysz

Największy polski bas od czasów Adama Didura 24 lipca 2012 r. kończy 90 lat! Urodzony w Wilnie w 1922 r., miał 17 lat, kiedy wybuchła wojna. Był żołnierzem AK. Zesłany do obozu w Kałudze na Syberii, wrócił do kraju w 1947 r. Chciał być malarzem, został śpiewakiem. Pierwsze sukcesy zaczął odnosić jako solista Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. W 1951 r. kończy studia muzyczne, zostaje zaangażowany do Teatru Wielkiego i na scenie Opery Narodowej śpiewa przez 29 lat. W 1956 r. w konkursie śpiewaczym w Vercelli zdobywa najwyższe wyróżnienie - III primo premio assoluto. W mediolańskiej La Scali śpiewa z Marią Callas. W 1959 r. w Londynie nagrywa z Callas operę „Łucja z Lammermoor” Donizettiego dla wytwórni Columbia. Jako pierwszy polski śpiewak nagrywa dla Columbii indywidualną płytę z ariami operowymi. Występuje na całym świecie. Śpiewa z największymi: oprócz Marii Callas, m.in. z jej słynną rywalką Renatą Tebaldi, a w Operze Wiedeńskiej z Elizabeth Schwarzkopf. W Warszawie robi furorę w kreacjach Mefista w „Fauście” Charles’a Gounoda i jako odtwórca tytułowej roli w „Borysie Godunowie” Modesta Musorgskiego. Do legendy przeszła też jego aria Skułoby w „Strasznym dworze” Stanisława Moniuszki. Brał udział w prawykonaniach utworów Krzysztofa Pendereckiego, m.in. „Pasji wg św. Łukasza”, „Jutrzni”, a także opery „Diabły z Loudun”. Był znakomitym odtwórcą partii Tewjego w musicalu „Skrzypek na dachu”. W 2008 r. otrzymuje doktorat „honoris causa” Akademii Muzycznej w Warszawie. Ostatnią płytą, jaką wydał, jest zbiór pieśni patriotycznych „A to Polska właśnie”. Ładysz uważa, że wstyd nie być patriotą. Jest obrońcą Telewizji Trwam i pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Na kolejne miesięcznice tragedii smoleńskiej chodzi już jednak w imieniu ich dwojga jego żona - sopranistka Leokadia Rymkiewicz-Ładysz. Oboje również wytrwale uczestniczą w rozprawach sądowych w procesie, który Adam Michnik wytoczył Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Bernard Ładysz ma dwóch synów - Zbigniewa i Aleksandra. Obaj śpiewają. Pierwszy - barytonem, drugi - basem. Czcigodnemu Jubilatowi życzymy długich lat życia w zdrowiu i by oczarował nas swoim głosem jeszcze nie raz.

CZYTAJ DALEJ

Watykan: nie wolno zmieniać formuły Chrztu św.

2020-08-06 12:42

[ TEMATY ]

chrzest

mylu/fotolia.com

Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła, że chrzest udzielany z użyciem formuły „My ciebie chrzcimy, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” nie jest ważny i musi być powtórzony.

W dokumencie podpisanym przez prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Luisa Ladarię, SJ oraz sekretarza tej dykasterii, abp. Giacomo Morandi, a zaaprobowanym przez Ojca Świętego, podkreślono, że wszelkie zmiany formuły Chrztu św. są sprzeczne z nauczaniem Kościoła, który stwierdza, że „gdy ktoś chrzci, sam Chrystus chrzci” (Sob. Watykański II, konst. Sacrosanctum Concilium, n. 7.) i to sam Pan działa w udzielanym sakramencie.

Przypomniano jasne nauczanie Soboru: „nikomu innemu, choćby nawet był kapłanem, nie wolno na własną rękę niczego dodawać, ujmować ani zmieniać w liturgii” (tamże, 22 § 3), zaś kapłan musi mieć przynajmniej wolę czynienia tego, co czyni Kościół. Nie może działać w imieniu innych osób, jak tylko w imię Chrystusa, jako znak Jego obecności w udzielanym sakramencie. Inna formuła oznacza brak zrozumienia samej natury posługi kościelnej, która jest zawsze służbą Bogu i Jego ludowi, a nie sprawowaniem władzy, która dopuszcza się wręcz manipulowania tym, co zostało powierzone Kościołowi przez akt należący do Tradycji – przypomniała Kongregacja Nauki Wiary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję