Co daje kierownictwo duchowe? Każdy wyciąga z niego inną wartość, to, czego w danym momencie potrzebuje najbardziej, ale wspólne jest jedno: ono skraca drogę do Pana Boga i porządkuje życie – zarówno to duchowe, jak i codzienne.
Nikt nie jest sędzią w swoich sprawach. Potrzebujemy kogoś, kto z boku spojrzy na nasze życie, wskaże nam różne możliwe rozwiązania; kogoś, kto będzie pomocą w naszym życiu duchowym, kto pomoże rozeznać, czy idziemy właściwą drogą.
Kierownictwo duchowe nie jest do zbawienia koniecznie potrzebne, ale... na pewno może być pomocą. Właściwie podejmowane zarówno przez kierujących, jak i przez kierowanych pozwala na uporządkowanie życia i postawienie konkretnych wydarzeń we właściwym świetle. Osoby, które z tej formy wsparcia duchowego korzystają już od wielu lat, dzielą się z nami tym, jak je przeżywają. Jak ono wygląda w praktyce i co im daje?
Zegary, odkąd istnieją, odmierzają czas tak samo, a życie jakby coraz szybciej upływa. Pobraliśmy się i zaczęliśmy pracować. Potem przychodziły na świat nasze dzieci, zwiększały się liczba obowiązków i ilość pracy, by „związać koniec z końcem”. Pojawiały się coraz liczniejsze i poważniejsze problemy do rozwiązania, a także... potrzeba wsparcia duchowego. Rekolekcje nie poruszały serca tak jak te, które kiedyś najlepiej przeżywaliśmy, a spowiedź nie zawsze dawała poczucie ulgi i radości. Postanowiliśmy to zmienić i znaleźć przewodnika duchowego. Na początku zwróciliśmy się z naszą propozycją do znajomego kapłana. Idąc na drugie spotkanie z nim, prawie zderzyliśmy się w drodze z innym księdzem, który okazał się dobrym znajomym z czasów młodzieżowych wyjazdów oazowych. To on wskazał nam odpowiedniego człowieka i nas sobie przedstawił. To spotkanie stało się wielkim przełomem w naszym życiu.
Spotykamy się regularnie. Na początku przychodziliśmy ze wszystkimi naszymi dziećmi i po krótkiej rozmowie wychodziliśmy pojedynczo z naszym spowiednikiem do innego pomieszczenia na rozmowę, a po niej spowiedź, drugie z nas natomiast zostawało z naszą wesołą gromadką. Teraz, gdy dzieci są już dorosłe, idziemy we dwójkę na spacer do przyjaciela. Rozmawiamy o tym, co dobrego się u nas zdarzyło, a co u niego. Jak sobie radzimy ze starymi problemami i co nowego w nas uderza. Później przechodzimy z budynku plebanii do kościoła, aby w konfesjonale przeżyć sakrament pojednania.
Fakt, że pośrednikiem w „opowiadaniu” Bogu o naszych porażkach, brudach itd. jest zawsze ten sam człowiek, mobilizuje do pracy nad sobą. Z czasem, gdy się nawzajem poznawaliśmy, przyszło pełne zaufanie. Poznawszy swoje słabości, szukaliśmy sposobów radzenia sobie z nimi, a przy okazji – i ku swojemu zaskoczeniu – odkrywaliśmy własne wartościowe cechy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy bądź nie docenialiśmy. Zaufanie do naszego kierownika duchowego oddala pokusę ukrywania przed nim swojego życia, ale i niedopowiedzeń podczas spowiedzi. Fakt, że rozumiemy się z „naszym” kapłanem bez słów, ułatwia wyartykułowanie tego, co najbardziej boli.
Kierunek życia Mówi s. Anna:
Reklama
Z dużym sentymentem i wdzięcznością wracam do mojego pierwszego kierownika duchowego. Towarzyszył mi przez kilka lat, zanim jeszcze wstąpiłam do zakonu, kiedy o życiu w zgromadzeniu w ogóle nie myślałam. Przychodziłam do niego regularnie i dzieliłam się z nim moim życiem. Zdawałam relację z ostatniego okresu, ze spraw dotyczących mojej wiary i życia modlitwy, ale też mówiłam o pracy, studiach, relacjach z innymi osobami, o zakochaniu się czy trudnościach w relacji z chłopakiem. Poruszałam więc tematy dotyczące i życia duchowego, i tego, co było moją codziennością. Bycie na kierownictwie wymusiło na mnie konieczność nauczenia się otwartości i stawania w prawdzie o sobie wobec porażek czy trudności. Mój kierownik jako osoba z zewnątrz patrzył na to wszystko, na to, czego Bóg dokonuje w moim życiu, pokazywał mi rzeczy, których sama nie widziałam, nazywał je po imieniu. Dawał też konkretne rady. Choć muszę przyznać, że czasem nasze poglądy i stanowiska się ścierały.
To właśnie on rozeznawał ze mną powołanie zakonne. Kiedy Pan Bóg mnie nim zaskoczył, mój kierownik towarzyszył mi w rozterkach. To wszystko było bardzo intensywne i nagłe. Zwłaszcza że było wbrew moim planom i pragnieniom – byłam przecież nastawiona na małżeństwo i macierzyństwo, a Bóg wkroczył z zupełnie innym pomysłem! Kiedy panikowałam i chciałam uciekać, kierownik duchowy dawał mi dużo spokoju i oparcia, a przede wszystkim czas. Dzięki niemu przez ten etap mojego życia przeszłam spokojnie, razem z nim mogłam rozeznać powołanie, przyjąć je i realizować aż do teraz.
Wtedy kierownictwo – podobnie jest zresztą do dziś – dawało mi oparcie oraz wyznaczyło kierunek życia i rozwoju, ale też pozwalało na lepsze poznawanie siebie, mojej relacji z Bogiem i ludźmi. Towarzyszy temu oparcie modlitewne – wiem, że kierownik się za mnie modli. Taka właśnie obecność i prowadzenie są dla mnie podporą i pomocą, dają pokój, pozwalają odnajdować Bożą obecność w moim życiu.
Reklama
A teraz, w życiu zakonnym, nie wyobrażam sobie, żebym mogła iść sama. Na tej drodze są przeróżne trudności, momenty pokus. Jeśli nie ma z kim o tym porozmawiać, to można porzucić powołanie, coś źle odczytać. To jest konieczne – żeby się nie zniechęcać, być wiernym, poddać pod osąd to, co się dzieje w życiu duchowym. Często wiąże się to z sytuacjami, kiedy Bóg nas oczyszcza, przeprowadza przez ciemną dolinę. Towarzysz duchowy może nam pomóc przez to przejść i się nie pogubić.
Poczucie bezpieczeństwa Mówi Beata:
Te dwa słowa przychodzą mi na myśl jako pierwsze, kiedy myślę o kierownictwie duchowym. Wiem, że spotykam się z kimś, kto przyjmuje mnie całą – ze wszystkimi słabościami, ograniczeniami – bez oceniania i osądzania. Co nie znaczy, że nie ocenia moich upadków. Jestem przekonana, że to ktoś, kogo wybrał dla mnie Pan Bóg. Towarzyszy mojemu życiu już od wielu lat. Towarzyszy, bo nie decyduje za mnie. Raczej wskazuje, zastanawia się razem ze mną. Wie o moich przeróżnych rozterkach, wątpliwościach, zna moje lęki i w bardzo wyważony sposób pokazuje ich drugą stronę. Czasem wręcz jestem zaskoczona tym, jak trafnie potrafi ocenić jakąś sytuację. Kiedy wyolbrzymiam jakieś wydarzenie czy wpędzam siebie w poczucie winy, on – bez narzucania czegokolwiek – naprowadza mnie na właściwe tory. Zna mnie już dość dobrze i stojąc obok, niczym widz mojego życia, potrafi we właściwym świetle postawić moje relacje z innymi ludźmi. Zarówno te dające życie, jak i te, które mnie w jakiś sposób przygniatają. Wspiera w powołaniu – tym osobistym: do bycia żoną i mamą oraz w tym zawodowym.
Kierownik duchowy nadaje konkretny kierunek mojej modlitwie, trwaniu przed Panem Bogiem. Kiedy kuleję w modlitwie, a moje zaangażowanie w rozwijanie wiary spada do krytycznego poziomu, on wskazuje, jak być bliżej źródła. I znów – niczego nie narzuca, raczej wsłuchuje się w to, co mówię; słyszy często między wierszami to, czego ja nie dostrzegam, proponuje, jak krok po kroku usłyszeć Boga. Kiedy to jest potrzebne – uspokaja, innym razem motywuje. Czasem podaje w wątpliwość moje rozumowanie, innym razem potwierdza słuszność mojego postrzegania świata. Zawsze jest po mojej stronie. Wiernym trwaniem przy mnie – czasem w mojej nieregularności spotkań, w odchodzeniu – pokazuje, że tak samo przyjmuje mnie Pan Bóg. Jest i czeka.
Ważne dla mnie jest to, że każde spotkanie z kierownikiem kończy się modlitwą za mnie. Za te wszystkie przestrzenie, z którymi przychodzę. Ta modlitwa daje mi wsparcie. Słowa wypowiadane przez kapłana stopniowo rozładowują moje napięcia i na nowo uczą zaufania do Pana Boga, dają pewność, że jestem w Jego ręku, że On jest ze mną we wszystkich wydarzeniach.
Towarzyszy nam w przeżywaniu i rozwoju wiary. Przestrzega przed duchowymi zagrożeniami. Kim jest przewodnik duchowy?
Gdyby ktoś chciał stworzyć krótką definicję chrześcijaństwa, mógłby powiedzieć, że jest to posiadanie relacji uczeń – mistrz z Jezusem. Oczywiście, z tego wynikałby dalej cały szereg zachowań, takich jak modlitwa, życie sakramentalne, przestrzeganie zasad moralnych itd., niemniej jednak u podstaw tych wszystkich praktyk powinna stać właśnie relacja. Tak było od samego początku.
Drodzy Bracia i Siostry!
W Rzymie na Awentynie znajduje się opactwo benedyktyńskie św. Anzelma. Jako siedziba Instytutu Studiów Wyższych oraz opactwa prymasa benedyktynów skonfederowanych, stanowi ono miejsce, które łączy w sobie modlitwę, naukę i zarządzanie, czyli te trzy płaszczyzny aktywności, które cechują życie Świętego, któremu opactwo jest dedykowane: Anzelmowi z Aosty, którego 900. rocznica śmierci przypada w tym roku. Liczne inicjatywy, podjęte zwłaszcza przez diecezję Aosty z okazji tej rocznicy, ukazały zainteresowanie, które nadal budzi ten średniowieczny myśliciel. Jest on znany również jako Anzelm z Bec i Anzelm z Canterbury, ponieważ związany był w tymi miastami. Kim jest ta osobistość, z którą trzy miejsca, oddalone od siebie i znajdujące się w trzech różnych krajach - we Włoszech, we Francji i w Anglii - czują się szczególnie związane? To mnich o intensywnym życiu duchowym, znakomity wychowawca młodzieży, teolog o niezwykłych zdolnościach spekulatywnych, mądry zarządca i niezłomny obrońca „libertas Ecclesiae” - wolności Kościoła. Anzelm jest jedną z wybitnych osobowości średniowiecza, potrafił połączyć wszystkie te przymioty dzięki głębokiemu doświadczeniu mistycznemu, które zawsze kierowało jego myślą i działalnością.
Św. Anzelm urodził się w 1033 r. (lub na początku 1034 r.) w Aoście jako pierworodny syn znamienitej rodziny. Jego ojciec był człowiekiem szorstkim, oddającym się rozkoszom życia i trwoniącym swój majątek; matka zaś to kobieta szlachetnych obyczajów i głębokiej pobożności (por. Eadmero, „Vita s. Anselmi”, PL 159, col. 49). To matka zajęła się wczesną humanistyczną i religijną formacją syna, którego następnie powierzyła benedyktynom z przeoratu w Aoście. Anzelm, który jako dziecko - jak opowiada jego biograf - wyobrażał sobie, że dobry Bóg zamieszkuje wysokie, ośnieżone szczyty Alp, miał pewnej nocy sen, że wysłano go do tego wspaniałego królestwa samego Boga, który długo i serdecznie z nim rozmawiał, po czym poczęstował go „śnieżnobiałym chlebem” (tamże, col. 51). Sen ten pozostawił w nim przekonanie, że został powołany do wypełnienia szczytnej misji. Gdy miał piętnaście lat, poprosił o przyjęcie do Zakonu Benedyktynów, ojciec jednak całą swoją władzą sprzeciwił się temu i nie ustąpił nawet wtedy, gdy ciężko chory syn, czując, że koniec jest bliski, błagał o zakonny habit jako ostatnią pociechę. Anzelm powrócił do zdrowia, a potem, po przedwczesnej śmierci matki, przeżywał czas moralnego zagubienia: zaniedbał naukę i porwany ziemską namiętnością, stał się głuchy na napomnienia Boga. Porzucił dom i zaczął włóczęgę po Francji w poszukiwaniu nowych przeżyć. Trzy lata później, gdy dotarł do Normandii, udał się do opactwa Benedyktynów w Bec, przyciągnięty sławą Lanfranka z Pawii, przeora klasztoru. Było to dla niego spotkanie opatrznościowe i decydujące o dalszym jego życiu. Anzelm z zapałem podjął studia pod kierunkiem Lanfranka i w krótkim czasie stał się nie tylko ulubionym uczniem, ale również powiernikiem mistrza. Zapłonęło w nim na nowo jego powołanie zakonne i - po starannym rozważeniu - w wieku 27 lat wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. Asceza i studium otworzyły przed nim nowe horyzonty, pozwalając mu odkryć na nowo, i to w znacznie większym stopniu, tę zażyłość z Bogiem, jaką miał jeszcze jako dziecko.
Gdy w 1063 r. Lanfrank został opatem w Caen, Anzelm, po trzech zaledwie latach życia monastycznego, mianowany został przeorem klasztoru w Bec i mistrzem klauzurowej szkoły, wykazując się zdolnościami wychowawczymi. Nie lubił metod autorytarnych, porównywał młodych ludzi do małych roślin, które rosną lepiej, kiedy nie są zamknięte w pomieszczeniach, i pozostawiał im „zdrową” swobodę. Był bardzo wymagający wobec samego siebie i wobec innych, gdy chodziło o przestrzeganie wymogów życia monastycznego, lecz zamiast narzucać dyscyplinę, stosował perswazję. Po śmierci opata Erluina, założyciela opactwa w Bec, w lutym 1079 r. Anzelm wybrany został jednogłośnie na jego następcę. Tymczasem wielu mnichów wezwano do Canterbury, by zanieść braciom zza kanału La Manche odnowę, jaka dokonywała się na kontynencie. To dzieło spotkało się z dobrym przyjęciem do tego stopnia, że Lanfrank z Pawii, opat Caen, został nowym arcybiskupem Canterbury i poprosił Anzelma o pozostanie z nim na jakiś czas, aby uczyć mnichów i pomóc mu w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się jego wspólnota kościelna po najeździe Normanów. Pobyt Anzelma okazał się bardzo owocny, zaskarbił on sobie sympatię i szacunek tak, iż po śmierci Lanfranka wybrano go na jego następcę na stolicy arcybiskupiej w Canterbury. Sakrę biskupią przyjął uroczyście w grudniu 1093 r.
Anzelm przystąpił od razu energicznie do walki o wolność Kościoła, odważnie domagając się niezależności władzy duchowej od władzy doczesnej. Bronił Kościoła przed bezprawną ingerencją władz politycznych, przede wszystkim królów Wilhelma Rudego i Henryka I, zachętę i poparcie znajdując u papieża, któremu okazywał zawsze śmiałe i serdeczne oddanie. Wierność tę przypłacił w 1103 r. nawet goryczą wygnania ze swej stolicy w Canterbury. Dopiero w 1106 r., gdy król Henryk I
wyrzekł się roszczeń udzielania kościelnej inwestytury oraz ściągania podatków kościelnych i konfiskaty mienia Kościoła, Anzelm mógł powrócić do Anglii, radośnie witany przez duchowieństwo i lud. Tak szczęśliwie zakończyła się walka, jaką stoczył orężem wytrwałości, dumy i dobroci. Ten Święty Arcybiskup, który budził wokół siebie podziw, gdziekolwiek się udał, ostatnie lata swego życia poświęcił przede wszystkim moralnej formacji duchowieństwa i intelektualnym badaniom zagadnień teologicznych. Zmarł 21 kwietnia 1109 r., słuchając słów Ewangelii czytanej tego dnia podczas Mszy św.:
„Wyście wytrwali przy Mnie w moich przeciwnościach. Dlatego i Ja przekazuję wam królestwo, jak Mnie przekazał je mój Ojciec: abyście w królestwie moim jedli i pili przy moim stole” (Łk 22, 28-30). W ten sposób spełnił się sen o tej tajemniczej uczcie, który w dzieciństwie miał na samym początku swej drogi duchowej. Jezus, który zaprosił go, by siadł przy Jego stole, przyjął św. Anzelma po śmierci do wiecznego królestwa Ojca.
„Błagam Cię, Boże, obym mógł Cię poznać, obym Cię kochał, bym mógł się Tobą radować. A jeżeli nie mogę w całej pełni w tym życiu, niech przynajmniej stale postępuję naprzód, aż nadejdzie to w pełni” („Proslogion”, rozdz. 14). Modlitwa ta pozwala zrozumieć mistyczną duszę tego wielkiego Świętego okresu średniowiecza, twórcy teologii scholastycznej, któremu tradycja chrześcijańska przyznała tytuł „Doctor Magnificus”, ponieważ żywił gorące pragnienie zgłębiania tajemnic Bożych, z pełną świadomością jednak, że droga poszukiwania Boga nigdy się nie kończy, przynajmniej na tej ziemi. Jasność i logiczny rygoryzm jego myśli zawsze miały na celu „wzniesienie duszy do kontemplacji Boga” (tamże, „Proemium”). Stwierdził on wyraźnie, że ten, kto chce uprawiać teologię, nie może liczyć jedynie na swą inteligencję, ale musi pielęgnować jednocześnie głębokie przeżywanie wiary. Działalność teologa, według św. Anzelma, rozwija się więc w trzech etapach: wiara - bezinteresowny dar od Boga, który należy przyjąć z pokorą; doświadczenie - które polega na wcieleniu słowa Bożego we własnym codziennym życiu; wreszcie prawdziwe poznanie - które nigdy nie jest owocem ascetycznego rozumowania, lecz kontemplatywną intuicją. Jak najbardziej aktualne pozostają także dziś w tej materii, dla zdrowych badań teologicznych i dla każdego, kto chciałby zgłębić prawdę wiary, jego słynne słowa: „Nie próbuję, Panie, przeniknąć Twojej głębi, gdyż w żadnym razie nie przyrównuję do niej mego intelektu; pragnę jednak, przynajmniej do pewnego stopnia, zrozumieć Twoją prawdę, w którą wierzy i którą kocha moje serce. Nie staram się bowiem zrozumieć, abym uwierzył, ale wierzę, bym zrozumiał” (tamże, 1).
Drodzy Bracia i Siostry, miłość do prawdy i nieustanne pragnienie Boga, które naznaczyły całe życie św. Anzelma, niech będą dla każdego chrześcijanina bodźcem do niezmordowanego poszukiwania coraz głębszej jedności z Chrystusem - Drogą, Prawdą i Życiem. Oprócz tego gorliwość, pełen odwagi zapał, który wyróżniał jego pasterską działalność i który przysporzył mu czasem niezrozumienia, goryczy, a nawet wygnania, niech będzie zachętą dla pasterzy, osób konsekrowanych i wszystkich wiernych, by kochać Kościół Chrystusowy, modlić się, pracować i cierpieć dla niego, nie porzucając go nigdy ani nie zdradzając. Niechaj wyjedna nam tę łaskę Dziewica Matka Boża, do której św. Anzelm żywił czułe i synowskie nabożeństwo. „Maryjo, Ciebie serce moje chce miłować - pisze św. Anzelm - Ciebie język mój pragnie żarliwie sławić”.
Zaledwie kilka tygodni po śmiertelnej operacji policyjnej przeciwko baronowi narkotykowemu „El Mencho” i późniejszych zamieszkach w stanie Jalisco, z Meksyku, kraju-współgospodarza Piłkarskich Mistrzostw Świata FIFA 2026, napływają kolejne niepokojące wiadomości. Przy piramidach w Teotihuacán, popularnym miejscu turystycznym niedaleko Meksyku doszło do strzelaniny 19 kwietnia. Według gazety „El Universal” dwie osoby zginęły, a kilkanaście zostało rannych. Motywy nie są jasne. Incydent jest szczególnie drażliwy na krótko przed rozpoczęciem tegorocznych Mistrzostw Świata, ponieważ kilku rannych to zagraniczni turyści.
Uwaga mediów jest ogromna. Wiadomości pojawiają się w nieodpowiednim momencie dla meksykańskiego rządu, ponieważ kraj odwiedza obecnie Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka, Volker Türk. Interesuje się on kwestią, której prezydent Claudia Sheinbaum woli nie poruszać: losem ponad 100 000 osób uznanych w Meksyku za zaginione. Türk z zaniepokojeniem śledzi napiętą sytuację bezpieczeństwa, mając na uwadze organizację Piłkarskich Mistrzostw Świata w Meksyku .
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.