Reklama

W cieniu krzyża

Niedziela podlaska 11/2004

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie:
Żywot najczystszy - a więc godzien krzyża,
I krzyż - lecz taki, co do gwiazd Twych zbliża.
Zygmunt Krasiński - „Psalm dobrej woli”

O dobry rzut kamieniem od niskich zabudowań gospodarczych we wsi Pawły (4 km od szosy między Bielskiem Podlaskim a Białymstokiem) stoi dwupiętrowy blok mieszkalny - pozostałość po byłym pegeerze. Jeszcze niedawno budynek ten przedstawiał żałosną ruinę, do której nawet pies z kulawą nogę nie chciał zajrzeć, dziś góruje nad całą okolicą, imponując bielą odnowionej elewacji. Kiedy się podejdzie bliżej, oczy przybysza przyciąga widok ogromnego krzyża, stojącego przed blokiem - nieomylny znak, że mieszkają tu chrześcijanie, ludzie wierzący i dobrzy, którzy nie zatrzasną nieprzyjaźnie drzwi, lecz zaproszą do środka. Na krzyżu widnieje metalowa tabliczka z wygrawerowanym napisem: „Bogu w darze wdzięczności za powrót na «Ojczyzny łono» - repatrianci z Kazachstanu. Krzyż poświęcił ks. Biskup Antoni Dydycz, 19 kwietnia 2003 r.”.
Na drewnianej ławce, przy wejściu na klatkę schodową, rajcuje kaleczoną polszczyzną kilku mężczyzn, rocznik już powojenny - dzieci albo wnukowie tych, którzy byli wywiezieni do Kazachstanu. Kiedy się zorientowali, co mnie do nich sprowadza, czym prędzej zawołali Adę Święcicką, która - jak się okaże - pełni tu rolę blokowego cicerone. Już od pierwszego kontaktu wydała mi się kobietą o ciepłej i dobrotliwej twarzy, dobrze mówiącą po polsku. Lekko pochylona - jakby dźwigała niewidoczny ciężar minionych lat. Przyszła na świat w 1936 r. w niewielkiej wiosce Olszanka, nieopodal Żytomierza na Ukrainie, a więc w okresie, kiedy wyścig stalinowskich represji graniczył wręcz z upiornym szaleństwem, a wywózki na Sybir do Kazachstanu były na porządku dziennym. Pani Ada była wtedy jeszcze zbyt mała, aby zapamiętać ów moment, kiedy wywozili jej rodzinę, ale dzięki swojej matce zachowała go w żywych wspomnieniach.
„Najpierw wywieźli dziadków, ciotki i pozostałych krewnych - opowiada. - Kilkanaście osób w jednym transporcie. Wydawało się, że rodziców moich zostawią w spokoju. Niestety, którejś nocy załomotali do drzwi, wyciągnęli ojca z łóżka, wykręcili ręce i wyprowadzili na dwór. Na odchodnym zdążył jeszcze krzyknąć: «Nie martwcie się, ja wrócę!». Ale już nigdy nie wrócił. Przepadł jak kamień w wodę. Podobno został od razu zamordowany i do dziś nie wiadomo, gdzie jest jego mogiła. Był kierownikiem wiejskiej szkoły i tym się chyba najbardziej naraził bolszewikom. Mama, która była w ciąży z młodszą siostrą, została tylko ze mną, dwuletnią dziewczynką. Nie miała wyjścia - wyjechała do swoich w Kazachstanie najbliższym transportem.
Pierwsze lata życia w Kazachstanie to prawdziwa gehenna i tego nie da się opowiedzieć. Ale i tak mieliśmy szczęście, bo osiedlono nas w wiosce o nazwie Mikołajewka, 50 km od Ałma-Aty w południowej części republiki, gdzie klimat jest nieco łagodniejszy. Ci, którzy trafili na północ, umierali od razu z zimna i głodu. Na początku mieszkaliśmy w ziemiankach, które podczas deszczu tonęły w wodzie. Pamiętam, że kołyskę z siostrą mama musiała zawieszać wysoko na belce, inaczej by pływała.
Podziwiałam moją mamę, która mimo nieludzkich warunków i mrocznych czasów, potrafiła stworzyć dla swoich córek bezpieczny i w miarę szczęśliwy dom. Wychowała nas w poszanowaniu prawdy i dobra. Wykształciła - ja zostałam geologiem. Było jej nieraz bardzo ciężko, ale w chwilach osamotnienia i tęsknoty siłę znajdowała w modlitwie i w niezłomnej wierze w Pana Boga. Każde święta, a zwłaszcza Boże Narodzenie i Wielkanoc, spędzaliśmy zgodnie z polską tradycją, a na Wigilię... koniecznie musiało być 12 potraw.
Z rodzinnego domu w Olszance udało nam się zabrać kilka książek, m.in. Kraszewskiego i Sienkiewicza, no i Pismo Święte. W zimowe wieczory - przy lampie naftowej - mama czytała nam na głos nie zawsze zrozumiałe teksty, ale przecież nie to było istotne. Ważne było wspólne przebywanie w świetle lampy i słuchanie ciepłego głosu mamy. Ona wciąż czekała na tatę i na powrót do Polski. Marzyła, żeby choć na chwilę wpaść do Żytomierza. Ileż tam polskości! Wystarczy tylko wymienić groby na tamtejszym cmentarzu - syna Moniuszki, żony Kraszewskiego, siostry Paderewskiego, rodziny Conrada czy też okazały grobowiec gen. Dąbrowskiego, zamieniony przez bolszewików na dom publiczny.
Mama nie doczekała powrotu. Pochowano ją obok mojej siostry, która zmarła dużo wcześniej, mając niespełna 50 lat. W Kazachstanie umiera się na ogół w młodym wieku. Doświadczenia z bronią jądrową odbijają się złowrogim piętnem na zdrowiu ludzi i skracają życie. Moja kuzynka Ludmiła Guzowska, która przyjechała razem ze mną, miała chorobę nowotworową w zaawansowanym już stadium i w Kazachstanie nie dawano jej najmniejszych szans. Dzięki wysiłkom lekarzy z białostockiej kliniki onkologicznej, udało się ją uratować. Narodziła się po raz drugi.
Na otarcie łez pozostał mi kawałek szarego papieru - dokument podpisany przez prokuratora Ałmatyńskiego Obwodu, rehabilitujący mnie za «bezprawne wysiedlenie z powodu narodowości». W ten oto sposób były Związek Sowiecki wynagrodził mi krzywdy, wyrządzone przez wiele lat” - powiedziała z żalem pani Ada.
„Jasnym płomykiem w naszym życiu w Kazachstanie były z pewnością nawiedziny figury Matki Bożej Fatimskiej oraz pielgrzymka Ojca Świętego. Znakiem osobistego oddania się Matce Bożej było ucałowanie figury. Nie było chyba nikogo, kto by całował Jej stopy bez łez. To cud, że doczekaliśmy się takiego dnia. A potem jakże wspaniałej otuchy dodał nam Papież, który powiedział wprost - abyśmy się niczego nie lękali i wytrwali do końca, zachowując swoją tożsamość” - kończy swoje wspomnienia Ada Święcicka.
Józef Witkowski urodził się wtedy, gdy jego wielki imiennik-marszałek Piłsudski gromił bolszewików pod Warszawą. „Stary sołdat” - tak go nazywają dziś w Pawłach. Przeszedł cały szlak wojenny - aż do Berlina. A honor był mu pierwszym. Wcielony do wojska sowieckiego, musiał pokonać uraz do bolszewików i walczyć ze wspólnym wrogiem o przetrwanie. Niechętnie jednak mówi - zarówno o wojnie, jak i o wywózce. Pokazując kikut lewej dłoni, powiada: „Wyzwalając Gdańsk, byłem tylko lekko draśnięty szrapnelem, a w Kazachstanie, w stolarni, straciłem prawie wszystkie palce. Za Gdańsk, dali mi medal, a za ucięte palce - figę z makiem”.
Czemu po wojnie wrócił do Kazachstanu, a nie pozostał w Polsce, tak, jak jego brat, Wacław? „Żal mi było matki - powiada ze łzą w oku. - Pamiętam, gdy wróciłem z wojny, wszedłem do domu, a właściwie do takiej małej, kurzej chałupinki i uchyliłem drzwi - zobaczyłem moją matkę, jak pochylona nad balią, prała bieliznę. Od razu mnie rozpoznała, choć byłem straszliwie zmęczony i brudny. Objęła mnie swoimi wątłymi ramionami i mocno, mocno tuliła do siebie. Nie mogłem się oprzeć wzruszeniu. Całowałem jej ręce - i jej łzy. A potem przez długie lata tęskniliśmy razem o powrocie do Polski. Ona jednak została tam na zawsze, ja wróciłem”.
To, że dziesięć już rodzin - polskich repatriantów z Kazachstanu, powróciło do Ojczyzny i zamieszkało w miarę godziwych warunkach we wsi Pawły, zawdzięczać należy głównie Janinie Dłużewskiej, nauczycielce, która ofiarowała się bezgranicznie swoim rodakom skrzywdzonym przez bolszewików. Wyjechała do Kazachstanu i tam w miejscowości Otygien Batyr uczy dzieci języka polskiego. „Dzielna kobieta, wspaniały pedagog i o gołębim sercu człowieka” - tak ją nazywają. Za swoje oszczędności wykupiła pegeerowski blok w Pawłach, wyremontowała go i zadbała o to, aby mieszkania trafiły do właściwych lokatorów. Okoliczni mieszkańcy przyglądali się w zdumieniu i z niemym podziwem szlachetnemu przedsięwzięciu p. Dłużewskiej. Idąc jej śladem, pośpieszyli z pomocą repatriantom. Ofiarowywali wszystko, co jest potrzebne w gospodarstwie domowym - nawet kosz ziemniaków przyniosła pewna starowinka. Długa jest lista ludzi, również z Białegostoku, którzy pomagali z wrażliwego serca. Pani Ada nie chce wymieniać żadnego nazwiska, bo boi się, że może kogoś pominąć i urazić. Są wśród nich ludzie zwykli, którym na co dzień się nie przelewa. I na stanowiskach, których jeden telefon - wiele pomógł, np. w znalezieniu pracy. „Nie ma słów, aby wyrazić tę ludzką solidarność z nami” - powiada Ada Święcicka. Kiedy rozmawiałem z gospodarzami z Pawłów, powiedzieli, że i dalej będą pomagać, bo tak trzeba. I niech nikt nie pyta: za ile?
Wspaniałym momentem w życiu repatriantów z Kazachstanu na ojczystej ziemi były odwiedziny biskupa drohiczyńskiego Antoniego Dydycza, tuż przed Wielkanocą ubiegłego roku. U wielu były łzy w oczach. A więc były to niesłychane ważne odwiedziny, które dostarczyły im mocnego impulsu duchowego. Ksiądz Biskup poświęcił wspomniany już krzyż oraz kaplicę, urządzoną w piwnicy budynku, w której kapłani z bielskiego Karmelu odprawiają niedzielną Mszę św. Ofiarował również obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy i życzył, „aby była Ona stale dla nich Przewodniczką i Pocieszycielką. I aby nigdy nie stracili z oczu Chrystusowego Krzyża, który postawili przed swoim blokiem”.
Dla najmłodszego repatrianta, Witka Mazurenko, urodzonego już w Polsce, w pierwszym dniu świąt wielkanocnych, w nowej już kaplicy, ks. Krzysztof Janowic udzielił chrztu. I był to pierwszy chrzest w repatrianckiej wspólnocie po powrocie do Ojczyzny i zarazem dobry znak, zapowiadający lepszą przyszłość.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2004-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Młody ksiądz pyta Papieża: Jak przyciągnąć młodych do wiary?

2026-02-21 09:07

[ TEMATY ]

Watykan

Vatican Media

W jaki sposób młodzi kapłani mogą w dzisiejszym świecie docierać z Ewangelią do młodych, bez zamieniania ewangelizacji w animację, a rozeznania w rozrywkę – o to pytał Leona XIV jeden z młodych księży Diecezji Rzymskiej podczas spotkania z Papieżem w miniony czwartek. Papież wskazał na potrzebę wspólnoty, gdyż młodzi żyją często w samotności, ze smartfonem w dłoni oraz na świadectwo kapłana.

Jeden z młodszych księży podczas spotkania z Papieżem w Auli Pawła VI zadał pytanie o posługę duszpasterską wśród środowisk młodzieżowych. Jak mówił, wśród młodych wyczuwa się wielkie pragnienie zażyłości z Bogiem, jednak ich liczne rany relacyjne i uczuciowe sprawiają, że często kapłani skupiają się bardziej na poziomie emocjonalnym „znieczulając” ich ból poprzez spektakularne wydarzenia, zamiast pomagać młodym wejść w dialog z Bogiem.
CZYTAJ DALEJ

Wierzący ma czuwać, bo i zło nie śpi

2026-02-19 08:01

[ TEMATY ]

rozważania

O. prof. Zdzisław Kijas

Vatican Media

W pierwszą niedzielę Wielkiego Postu zawsze jest czytana Ewangelia, która mówi o czterdziestu dniach przebywania Chrystusa na pustyni i o kuszeniu, które nastąpiło zaraz potem. Pytamy więc, dlaczego słyszymy o tym od razu na początku?

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy pościł już czterdzieści dni i czterdzieści nocy, poczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem». Lecz On mu odparł: «Napisane jest: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”». Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisane jest bowiem: „Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień”». Odrzekł mu Jezus: «Ale napisane jest także: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”». Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon». Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”». Wtedy opuścił Go diabeł, a oto przystąpili aniołowie i usługiwali Mu.
CZYTAJ DALEJ

Słowacja/ Trzęsienie ziemi o magnitudzie 4,3, nie ma zgłoszeń o poszkodowanych i zniszczeniach

2026-02-21 22:44

Adobe Stock

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne

Południowo-zachodnią Słowację nawiedziło w sobotę po południu trzęsienie ziemi o magnitudzie 4,3, choć wstępne doniesienia mówiły o sile 4,6. Obawy o stan zapory na Dunaju w Gabczikovie okazały się nieuzasadnione. Z rejonu nie ma doniesień o poszkodowanych.

Według danych Europejsko-Śródziemnomorskiego Centrum Sejsmologicznego (Euro-Mediterranean Seismological Centre) wstrząsy zanotowano około godziny 13:44, a doszło do nich na głębokości 13 kilometrów. Epicentrum znajdowało się na granicy słowacko-węgierskiej w pobliżu Szamorina.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję