Reklama

Niedziela Małopolska

Kraków: kino dla osób bezdomnych

Filmem „Chata” 7 lutego rozpocznie się kolejny sezon seansów filmowych dla osób bezdomnych, które są organizowane w Dziele Pomocy św. Ojca Pio w Krakowie. Wydarzenie organizują sami bezdomni z prowadzonej w Dziele grupy wsparcia „Loretanin”.

[ TEMATY ]

kino

Kraków

bezdomni

Jonathan Stutz/fotolia.com

Małe dobro, ale czynione codziennie, potrafi zmienić świat. Na lepsze.

Małe dobro, ale czynione codziennie, potrafi zmienić świat. Na lepsze.

Seanse filmowe dla osób bez domu w Krakowie odbywają się już od 2012 roku. Idea zrodziła się u samych osób bezdomnych, którzy z czasem zgromadzili się w Dyskusyjnym Klubie Filmowym „Loretanin” pod opieką pracowników socjalnych. - Film „Chata” zaproponowała jedna z uczestniczek wsparcia. Mimo innych propozycji, wspólnie wybraliśmy ten film, ponieważ pani tak pięknie o nim opowiedziała i zachęciła innych – mówi Dariusz Apostel, pracownik Dzieła Pomocy św. Ojca Pio odpowiedzialny za grupę „Loretanin”.

Reklama

Przed każdym z seansów członkowie grupy sami zrobili plakaty i roznieśli je po schroniskach, noclegowniach i ośrodkach pomocy dla osób bezdomnych i ubogich. W recepcjach dwóch centrów Dzieła Pomocy św. Ojca Pio można wciąż pobrać darmowe zaproszenia. Film wyświetlany jest na dużym ekranie, by osoby ubogie mogły poczuć się jak w prawdziwym kinie.

Po filmie odbędzie się dyskusja prowadzona przez aktorkę Katarzynę Gajdarską. Kolejny seans planowany jest na kwiecień.

Grupa wsparcia „Loretanin” jest jedną z form pomocy w Dziele Pomocy św. Ojca Pio przy Klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów w Krakowie. Oprócz organizowania seansów, jej członkowie uczestniczą w warsztatach artystycznych i wycieczkach. Dzieło Pomocy św. Ojca Pio udziela pomocy doraźnej i specjalistycznej dla ponad 2 tys. osób bezdomnych.

2018-02-06 19:17

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Mój Kraków – miasto mojego życia…

2020-10-14 10:49

Niedziela rzeszowska 42/2020, str. IV

[ TEMATY ]

turystyka

Kraków

Mirek i Magda Osip-Pokrywka

Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się”

Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się”

Na temat naszej opowieści w tygodniu, w którym świętujemy 42. rocznicę wyboru Papieża Polaka, wybraliśmy nie tak dawno otwarte Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się” przy ul. Totus Tuus 34 w Krakowie. Obecnie jest to największy na świecie ośrodek kultu św. Jana Pawła II.

Obiekt ten formalnie nie znajduje się na krakowskim szlaku papieskim, ponieważ powstał już po wyznaczeniu jego trasy. Centrum zlokalizowano na tzw. Białych Morzach – dawnym rozległym miejscu składowania odpadów poprodukcyjnych z fabryki Solvay, które dzięki pracom rekultywacyjnym i rozplantowaniu mogło zostać na nowo zagospodarowane. Prace rozpoczęte w 2008 r., znalazły swój finał w październiku 2016 r., gdy w 38. rocznicę wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, został uroczyście poświęcony kościół św. Jana Pawła II, będący równocześnie jego sanktuarium.

CZYTAJ DALEJ

Siostry Franciszkanki: robiłyśmy sobie nawzajem krzyżyk na czole i szłyśmy do chorych

2020-10-22 10:44

[ TEMATY ]

koronawirus

siostry zakonne

©Rido – stock.adobe.com

Siostra Józefa i siostra Joachima ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej przez dziesięć dni posługiwały w Domu Pomocy Społecznej w Tonowie (archidiecezja gnieźnieńska), gdzie koronawirusem zakaziło się ponad 70 podopiecznych i duża część personelu. „Ciężko było?” „Pewnie, że łezka poleciała, ale jedna drugą poklepała po ramieniu, zrobiłyśmy sobie krzyżyk na czole, trzy godziny spania i na oddział” – mówią.

Siostra Józefa (Natalia Trzcińska) pochodzi z Gniezna. Siostra Joachima (Bożena Pytel) z Nowego Miasta Lubawskiego. Obie są z jednego semestru. Jeszcze nie złożyły ślubów wieczystych, ale już blisko. „W przyszłym roku, jak Bóg da” – mówią. Gdy rozmawiałyśmy (przez telefon), odbywały kwarantannę, bo jedna z trzech posługujących wraz z nimi w Tonowie sióstr szarytek zakaziła się koronawirusem. Prosiły, by w rozmowie używać ich imion zakonnych.

Bernadeta Kruszyk: Jak się Siostry czują?

S. Józefa: Teraz dobrze, a będzie co Bóg da.

BK: Jak i kiedy trafiłyście do Tonowa?

S. Józefa: Do Tonowa przyjechałyśmy 2 października. O tym, że jest potrzeba takiej misji dowiedziałyśmy się dwa dni wcześniej. Przyszła siostra przełożona i powiedziała, że dzwoniła siostra prowincjalna, że w Domu Pomocy Społecznej w Tonowie podopieczni i personel są zakażeni koronawirusem i potrzebują pomocy. Spytała, czy byśmy nie pojechały, bo mamy kwalifikacje i doświadczenie opiekunek medycznych. Zgodziłyśmy się bez wahania. Szybkie pakowanie i na drugi dzień wyjazd. Zrobiono nam jeszcze testy i gdy wyszły ujemne weszłyśmy do DPS i od razu trafiłyśmy na oddział.

BK: Ile sióstr w sumie?

S. Józefa: My dwie i jeszcze trzy szarytki, czyli było nas pięć sióstr.

BK: Jak długo tam byłyście?

S. Józefa: Dziesięć dni.

S. Joachima: Zastąpiłyśmy poprzednią zmianę. Pani kierownik powiedziała, że gdyby nasza piątka nie przyjechała, to zabrakłoby personelu i wszyscy podopieczni zostaliby ewakuowani i rozwiezieni po różnych miejscach.

S. Józefa: Zakażonych było około 70 podopiecznych. Opiekowała się nimi jedna pielęgniarka, która miała do pomocy panią, która wcześniej zajmowała się terapią zajęciową i musiała przejść szybki kurs od podstaw. Cieszyła się, że może się czegoś nowego nauczyć i pomóc. Były też panie opiekunki, pan i pani w kuchni, pani kierownik, pan dyrektor i pani doktor, która przyjeżdżała codziennie. Wszyscy niezwykle oddani i ofiarni. Kilku z podopiecznych przewieziono do szpitala. Na strefie czystej, czyli na oddziale dla osób nie zakażonych, miałyśmy dwunastu podopiecznych.

BK: Jak było po wejściu?

S. Joachima: Weszłyśmy o 15.00. Generalnie szybka akcja. Jedna z pań opiekunek zapytała, jaki jest podział, która z nas idzie na strefę czystą, a która na strefę dla zakażonych. Zgłosiłam się od razu. Miałam tak silną potrzebę pomocy tym ludziom, że nawet chwili się nie zastanawiałam i nie żałuję ani sekundy. Szybkie przeszkolenie jak zakładać kombinezon, jak się zabezpieczyć, jak dezynfekować, bo każde wyjście do toalety, każde napicie się wody wymaga ponownej dezynfekcji. Żeby tego co chwilę nie robić do minimum ograniczyłyśmy te zwykłe potrzeby.

BK: Ile to było godzin?

S. Joachima: W kombinezonie? Średnio dwanaście.

BK: A niektórzy godziny w maseczce nie mogą wytrzymać.

S. Józefa: Najtrudniejszy był pierwszy dzień, bo organizm musiał się przyzwyczaić, wyregulować termoregulację. Te kombinezony są bardzo szczelne, człowiek na początku na przemian poci się i schnie, poci się i schnie. Trzeba też nauczyć się oddychać, bo nie ma dostępu do tlenu z zewnątrz. Człowiek oddycha wciąż tym samym powietrzem oczyszczanym przez filtr. Do tego trzeba uważać, żeby gdzieś się nie zahaczyć, nie rozedrzeć czy nie rozszczelnić tego kombinezonu. No i wszystko robi się w trzech parach rękawiczek, bo tyle musiałyśmy dla bezpieczeństwa założyć. Ale nie było czasu o tym myśleć. Skupiałyśmy się głównie na tym, żeby wszystko robić jak najdokładniej no i w miarę sprawnie, bo opiekowałyśmy się nie jedną, ale kilkudziesięcioma osobami.

S. Joachima: Ten pierwszy dzień, a właściwie dzień i noc były bardzo intensywne. Byłyśmy w Tonowie o 15.00, o 16.00 weszłyśmy na oddział. Praca do wieczora i po godzinnej przerwie zaczęłam od razu nocny dyżur. Miałam nocki przez dziesięć dni. Byłyśmy na oddziale we trzy – dwie panie opiekunki i ja.

S. Józefa: Ja na początku byłam na strefie czystej, ale później też przeszłam na oddział dla zakażonych. To było jak inny świat.

BK: Co dokładnie robiłyście?

S. Joachima: Praktycznie wszystko, od sprzątania, przez zabiegi pielęgnacyjne, higieniczne, pomoc profilaktyczno-medyczną i przede wszystkim bycie przy tych ludziach. Czułyśmy ich niepokój, lęk, potrzebę bliskości, choć nie zawsze potrafili to komunikować, ale widać było w ich oczach, że się boją, że nie wiedzą, co się dzieje. Na oddziale byli ludzie w różnym wieku, także w bardzo podeszłym i niepełnosprawni, również intelektualnie. Po jakimś czasie już nas poznawali, po głosie albo oprawkach okularów. W całym tym cierpieniu i mimo niego czułyśmy ich sympatię. „Nasze kochane panie w białych porteczkach” - tak niektórzy do nas mówili.

S. Józefa: Starałyśmy się jak najwięcej z naszymi podopiecznymi być. Codziennie odmawiałyśmy z nimi różaniec. Jak było można to też koronkę. Mszy św. nie było, bo ksiądz również był zakażony, a nikt z zewnątrz nie mógł do ośrodka wejść. Bardzo już tęskniłyśmy do Eucharystii. W Domu jest kaplica. Codziennie po dyżurze chodziłam na adorację i wszystko oddawałam Jezusowi. To mnie trzymało.

S. Joachima: Było widać w oczach tych ludzi ogromne pragnienie kontaktu. Tak bardzo się cieszyli, gdy udało im się nas rozpoznać, albo powtórzyć nasze imiona. Na korytarzu były złączone fotele, żeby chwilę odpocząć, albo się zdrzemnąć. Czasami się tam kładłam na trochę przed dyżurem. Ale zawsze ktoś przychodził. Siostro włącz komedię, włącz kabaret. I tak oglądaliśmy razem, żeby nie myśleć ciągle o tym wirusie.

BK: Po wyjściu napisałyście na Twitterze, że najbardziej dotyka samotność tych, którzy umierają z dala od rodziny.

S. Józefa: Samotność i tęsknota. Była tam Pani, która miała początki Alzheimera. Codziennie podchodziła do telefonu na korytarzu, z którego nie można było nigdzie zadzwonić, bo służył tylko do połączeń wewnętrznych. Po drugim czy trzecim razie podeszłam do niej i pytam: kochana, gdzie ty chcesz zadzwonić? A ona, że do domu, do swoich. Serce mi się ścisnęło. Co można powiedzieć, jak taki smutek pocieszyć. Dla mnie to była wielka lekcja cierpliwości, pokory i ufności, że jednak w tym cierpieniu, w tęsknocie, a nawet w tej wielkiej bezsilności jesteśmy w Bożych rękach.

S. Joachima: W trzecią noc przeżyłyśmy taką mocną sytuację. Jedna z podopiecznych, starsza pani, odchodziła. Modliliśmy się przy niej wszyscy – pani doktor, pielęgniarka, cała ekipa. Trzymałam ją za rękę. W pewnej chwili wysunęła swoją dłoń i cichym głosem zaczęła z nami odmawiać Zdrowaś Maryjo. W tej modlitwie było tyle wiary, tyle ufności. Ta pani nie umarła, przeżyła. To było dla mnie takie mocne świadectwo, że my robimy co możemy, ale w istocie to Pan Bóg wszystkim kieruje. Ta choroba jest tak podstępna, tak trudna do opanowania, ale jak mówiła nasza Matka Założycielka, Bóg się zatroszczy. Czułyśmy to tam. Naprawdę.

S. Józefa: Starałyśmy się wszystko otaczać łaską Jezusa, bo naszymi własnymi siłami na pewno byśmy nie dały rady. Pewnie, że łezka poleciała, ale siadałyśmy z tymi naszymi kochanymi paniami-opiekunkami przy kolacji, jedna drugą poklepała po ramieniu, zrobiłyśmy sobie nawzajem krzyżyk na czole, trzy godziny spania i znowu na oddział.

BK: Spałyście po trzy godziny?

S. Joachima: Tak, średnio wychodziło – trzy, cztery godziny.

BK: To teraz Siostra odsypia?

S. Joachima: Właśnie nie. Pierwsze dwie noce po wyjściu w ogóle nie mogłam spać. Organizm już się przestawił.

BK: Nie wiem, czy Siostry widziały, ale pod waszym wpisem w mediach społecznościowych było wiele komentarzy, podziękowań, że jesteście wielkie, że heroizm…

S. Joachima: Wielcy to są ci ludzie, którzy tam zostali. Różnie ocenia się dziś pracę służb medycznych, ja mogę powiedzieć, co widziałam na własne oczy, a widziałam wielkie poświęcenie i miłość. Ci ludzie naprawdę dziękowali Bogu, że mieli testy ujemne i mogli ze swoimi podopiecznymi zostać, bo jak nie oni, to kto – pytali – kto tu przyjdzie, kogo teraz w tej sytuacji znajdzie dyrektor? Nie było podziałów, nie było marudzenia, że ja jestem od tego czy tego więc nie będę sprzątać toalet. Każdy robił, co było trzeba i jeszcze dbał o innych. Mogę powiedzieć, że w Tonowie doświadczyłam wielkiego miłosierdzia. Ja, siostra zakonna, podziwiałam te wszystkie kobiety, które były w stanie zostawić rodziny, mężów, dzieci i na dziesięć dni zamknąć się z zakażonymi. Przez te dziesięć dni nie widziały bliskich, chociaż oni wspierali nas jak mogli. Przynosili i wieszali na bramie słodycze, dzieci zostawiały laurki, serduszka. Wiedziałyśmy też, że mamy ogromne wsparcie modlitewne, że nasze wspólnoty się za nas modlą. Można powiedzieć, że byłyśmy tą modlitwą niesione.

BK: I modlitwą rodziców?

S. Joachima: Moi rodzice nic nie wiedzieli. Do teraz nie wiedzą. Kiedyś im powiem, ale na razie nie chcę ich denerwować.

S. Józefa: Moi też nie wiedzą.

BK: Gdyby jeszcze raz poproszono Was o taką pomoc to…?

S. Józefa: Pakujemy się i już jesteśmy (śmiech). Zdecydowanie tak, pojechałybyśmy natychmiast.

BK: Czy ta posługa w DPS w Tonowie wpłynęła w jakiś sposób na wasze powołanie?

S. Józefa: Na mnie wpłynęła bardzo. Nie wahałam się oczywiście jeśli chodzi o złożenie ślubów wieczystych, ale właśnie w Tonowie Pan Bóg bardzo wyraźnie mi pokazał, że mogę Mu zaufać, że jest we wszystkim, w każdej trudnej sytuacji, we łzach i radości, także w naszej ludzkiej bezsilności - wtedy jest z nami najbardziej. Z Jego imieniem na ustach zaczynałyśmy i kończyłyśmy każdy dyżur. Jestem Mu wdzięczna, że mogłam tam być.

S. Joachima: Mam taki ulubiony cytat z Pisma Świętego: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Mam go zawsze przy sobie i przemycam, gdzie mogę, żeby pamiętać, że idę nie własną siłą, ale Bożą mocą, że to On mnie umacnia i prowadzi. Każda sekunda na oddziale zakaźnym w Tonowie mnie w tym utwierdzała.

BK: Co byście Siostry powiedziały tym wszystkim, którzy dziś czują lęk, bezradność, może rozpacz?

S. Joachima: Żeby oddały to wszystko Bogu, że On jest z nimi w tych wszystkich trudnych sytuacjach i ich nie zostawi. I że są też wokoło dobrzy ludzie.

S. Józefa: Bardzo pomaga modlitwa. Jest wielka rzesza ludzi, którzy się modlą za chorych, za cierpiących, za samotnych i zalęknionych, za tych, którzy są pogrążeni w żałobie i smutku. To wszystko minie, trzeba tylko wytrwać i nie tracić wiary w Boga i w ludzi.

BK: Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Bernadeta Kruszyk.

CZYTAJ DALEJ

Wenezuela: zabito księdza, który próbował powstrzymać rabunek

2020-10-22 20:40

[ TEMATY ]

ksiądz

wenezuela

zabójstwo

Adobe Stock

W Wenezueli zabito księdza, który próbował powstrzymać kradzież. 40-letni ks. José Manuel de Jesus Ferreira został zastrzelony, gdy ruszył na pomoc rabowanej kobiecie.

Do zabójstwa doszło 20 października w stolicy diecezji San Carlos de Venezuela. Jej ordynariusz bp Polito Rodríguez Méndez poinformował, że duchowny pracujący w diecezjalnym sanktuarium eucharystycznym po odprawieniu Mszy św. rozmawiał z wiernymi, którzy wyszli ze świątyni. Zobaczył wówczas, że ktoś próbuje obrabować kobietę. Gdy ruszył jej na pomoc, złodziej strzelił do niego z pistoletu. Duchowny zmarł po przewiezieniu do szpitala.

Ks. José Manuel de Jesus Ferreira był urodzonym w Caracas dzieckiem portugalskich imigrantów. Należał do zgromadzenia sercanów. Święcenia kapłańskie przyjął w 2009 r. Ostatnio był proboszczem sanktuarium, a także odpowiadał za duszpasterstwo misyjne w diecezji.

CZYTAJ DALEJ
Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję