Reklama

Wojna z duchami

Niedziela bielsko-żywiecka 50/2007

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

- Pojechał Pan do Afganistanu, dlatego, że chciał, czy musiał?

- Na wyjazd nikt nie naciskał. W tym względzie była pełna dobrowolność. Komu się ta perspektywa nie podobała, mógł zostać w batalionie w Bielsku.

- Przygotowania, jakie miały miejsce w Tatrach, pomogły Wam w aklimatyzacji w tamtym wysokogórskim terenie?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Trudno powiedzieć na ile ta zaprawa się przydała. W Tatrach byliśmy w okolicach lutego, w czasie, gdy pogoda była ni to wiosenna, ni zimowa. W Afganistanie aura przypominała suche upalne lato, ok. godziny 8 rano temperatura osiągała 30 stopni Celsjusza. Codziennie przebywaliśmy na wysokości około trzech tysięcy metrów, a więc dużo wyższej niż w Tatrach. To sprawiało, że w dość szybkim czasie, wielu z naszych żołnierzy myślało o rzuceniu palenia. Sama baza, Wazi Khwa - co po persku znaczy Koniec Świata - znajdowała się na poziomie 2300 m. n.p.m.

- Wielu Polaków zadaje sobie pytanie, po co w ogóle tam jesteśmy. Czy zna Pan odpowiedź?

- Zacytuję w tym miejscu słowa głównodowodzącego, „by nieść tym ludziom kaganek oświaty i demokracji”. Prawdę jednak mówiąc, chyba jedynie po to, by bronić interesów Amerykanów. Wcale nie dziwię się tym ludziom, że traktują siły ISAF jak najeźdźców. Na ich miejscu też starałbym się wykurzyć takich nieproszonych gości.

Reklama

- W Iraku, z racji kontaktów gospodarczych z lat 80., polscy żołnierze nie byli anonimowi i mieli nieco łatwiej niż wojskowi przedstawiciele innych nacji. Czy w Afganistanie też mieliście punkty za „pochodzenie”?

- Tutaj nie mieliśmy żadnych dodatnich punktów na starcie. Wręcz przeciwnie. Miejscowym przypominaliśmy, i z wyglądu i z mowy, znienawidzonych Rosjan. Na szczęście nasze zachowanie zupełnie odbiegało od tego, które na co dzień wyróżniało Rosjan. Wychodziliśmy z założenia, że karabin i rozmowa są znacznie skuteczniejszy niż sam karabin. A o tym właśnie zapomnieli Rosjanie, a teraz coraz częściej zapominają Amerykanie. Ci ostatni też najpierw strzelają, a potem pytają, jeżeli jeszcze mają kogo pytać.

- Jak zatem staraliście się pozyskać zaufanie miejscowych?

- Przyjeżdżało się do wioski i wpierw prowadziło rozmowę z kimś na kształt naszego sołtysa bądź z imamem, czyli tamtejszym kapłanem (najczęściej była to ta sama osoba). Robiliśmy też przeróżne prezentacje multimedialne na temat naszego kraju, a także konkursy z nagrodami dla najmłodszych. Rozdawaliśmy również przybory szkolne oraz środki czystości i żywność. Szczerze mówiąc Afgańczycy szybciej sobie przyswoili wiedzę o Polsce niż Amerykanie. W jednej z ich gazet wojskowych przeczytałem, że Polska leży nad Morzem Czarnym. Żenada.

- Jaki był efekt tych wszystkich akcji?

Reklama

- W strefie, którą kontrolowaliśmy, miejscowa ludność raczej popierała nas, a nie naszych przeciwników. Dzięki temu wokół bazy można było jeździć w miarę bezpiecznie, na tyle nawet, że w grę wchodziła jazda drogą, a nie na przełaj. Również ryzyko wysadzenia hammera w powietrze nie było duże. Na szczęście mieliśmy nad sobą dowódcę, który wiedział, czego chce i jak to chce zrobić. Na jego rozkaz cały czas patrolowaliśmy podległy nam obszar, działając w myśl zasady: jeśli my jesteśmy w terenie, to przeciwnik tego terenu nie kontroluje.

- Dużo kłopotów sprawiali Wam talibowie?

- Miejscowi imamowie mówili o całych tabunach talibów. Osobiście jednak nie widziałem grupy większej niż dziesięcioosobowa. Zresztą trudno stwierdzić, czy to w istocie byli oni. Bo po czym takiego rozróżnić? Po turbanie, brodzie i długiej szacie? Tam wszyscy się tak ubierają. Zresztą większość z nas po kilku tygodniach również nosiła brody i miała ciemną od słońca skórę, a po ubraniu na siebie miejscowego stroju, też z powodzeniem mogła odgrywać rolę taliba. Fakt jest jednak taki, że nasi przeciwnicy wyśmienicie znali teren i nieraz pojawiali się w najmniej oczekiwanych miejscach.

- To z kim w rzeczywistości tam walczyliście?

Reklama

- Trudno powiedzieć. W prawie każdym domu była broń (najpopularniejsze były rosyjskie i chińskie kałasznikowy) i każdy mógł za nią chwycić. Dla Afgańczyka przede wszystkim liczy się rodzina i klan, dla których gotów był zrobić wszystko. Zdarzały się więc sytuacje, kiedy jeden klan do spółki z innym napadał na drugi, po czym pokrzywdzony łączył się z niedawnym agresorem, by złupić jego niedawnego sojusznika. Klan miał przeżyć, zatem robił wszystko by utrzymać się na fali. A pomóc mu w tym miał każdy z jego członków, poczynając od prostego wieśniaka, a skończywszy na policjancie. Stąd też po pewnym czasie nie dziwiło nas, że transport z pomocą humanitarną konwojowany przez szefa policji, gdzieś rozpływał się po drodze lub, że w wyniku przeszukania wioski przez miejscowych stróżów prawa, nikt już tej wioski nie zamieszkiwał.

- Czy to znaczy, że z prawdziwymi talibami nie mieliście do czynienia?

- Pewnie, że tak. Na swoim koncie mamy m.in., schwytanie terrorysty numer dwa z listy „najbardziej poszukiwanych”, a do tego zgarnięcie specjalisty od materiałów wybuchowych z sąsiedniego Pakistanu. O przyjeździe „turysty” dowiedzieliśmy się ze skanerów, które zdobyliśmy na naszych przeciwnikach. Oprócz tego speca przejęliśmy też karabin maszynowy, który był częścią tej pakistańskiej przesyłki oraz kilkanaście „kałachów” i innego sprzętu.

- Czy w Afganistanie zabił Pan człowieka?

- W czasie kontaktu z rebeliantami zdarzały się różne rzeczy.

- Jest Pan osobą wierzącą? Pytam dlatego, bo ciekaw jestem jak radził Pan sobie z przykazaniem „nie zabijaj”?

- Ochrzczono mnie, więc jestem wierzący, tyle tylko, że na swój sposób. Natomiast to, co tam robiłem, wynikało ze specyfiki operacji. Na wojnie zasady są proste: „albo my ich, albo oni nas”.

- W trakcie Pana pobytu w Afganistanie jeden z polskich żołnierzy stracił życie. Jak do tego doszło?

- To był porucznik, tyle, że nie z bielskiej jednostki. Z tego co wiem, był w patrolu, który wjechał w zasadzkę. Pocisk z granatnika ranił go w nogę uszkadzając tętnice. Nie wytrzymał ewakuacji, wykrwawił się.

Reklama

- Czy śmierć polskiego oficera miała związek z ostrzelaniem przez żołnierzy z bielskiego batalionu afgańskiej wioski Nangar Khel?

- To były dwie różne sprawy w dwóch rożnych miejscach, przedzielone dużym okresem czasu, nie mające z sobą nic wspólnego.

- W takim razie mógłby Pan opowiedzieć jak doszło do tego incydentu?

- Pozwoli Pan, że nie odpowiem na to pytanie, gdyż sprawa dotyczy moich kolegów, a aktualnie okoliczności zajścia są badane przez prokuraturę wojskową, więc po co dolewać oliwy do ognia. Powiem tylko tyle, że w wiosce było wesele i gdyby nie ten drobny incydent z bandą oszołomów, byłoby całkiem fajnie. A tak, no cóż. Na następny dzień po ostrzale przyszła delegacja z wioski na skargę. Chodziło o odszkodowanie dla pokrzywdzonych. Dostali pieniądze, żywność, środki czystości, a trzy ranne osoby przewieziono na leczenie do Polski.

- Po tym incydencie ataki na polskie patrole się nie zwiększyły?

- Nie, a to ze względu na tamtejszą mentalność. „Insz Allach” - „Jeśli Allach pozwoli”. Na los, który On zesłał, nie można pomstować. Trzeba go przyjąć. Niemniej ten, kto wyrządził krzywdę, musi ją naprawić.

- Jednym słowem talibom nie udało się przekuć tej tragedii na swoją korzyść?

Reklama

- Większość Afgańczyków po prostu nie lubi talibów. W końcu to oni są odpowiedzialni za zabieranie zapasów przeznaczonych na zimę, by wyżywić swoich ludzi. W sytuacji, gdy metr kw. ziemi rodzi tam około piętnastu kłosów, to dla tych ludzi rekwirowanie żywności oznacza wegetację bądź wyrok śmierci. Talibom pamięta się też zakazy słuchania radia, czy niszczenie szkół i podrzynanie gardeł nauczycielom. Za naszej bytności tam, jeden z nich ściął głowę człowiekowi, który pracował w naszej bazie. Przez klika dni miejscowi, którzy sobie u nas dorabiali, prawie zupełnie omijali bazę. Jednak po kilkunastu dniach życie wróciło do szeroko rozumianej normy.

- Z tego, co Pan mówi, w Afganistanie bieda jest chyba tak samo wielką bolączką jak wojna?

- Gdyby pozdejmować głośniki z meczetów i usunąć samochody, to pewnie różnica między Afganistanem z czasów Aleksandra Wielkiego, a współczesnym byłaby niezauważalna. Na prowincji zabudowania do dziś wznosi się z wysuszonej gliny zmieszanej ze słomą. We wnętrzu takiego domu oprócz paleniska i maty, na której co u bogatszych leżą poduszki, nic więcej nie można spotkać. Gdy do tego doda się brak higieny osobistej, co jest efektem braku bieżącej wody, to wówczas ma się cały obraz codziennej egzystencji przeciętnego Afgańczyka. Nic więc dziwnego, że średnia długość ich życia wynosi zaledwie 45 lat.

- Jak wyglądał zwykly dzień żołnierza z bazy Wazi Khwa?

Reklama

- Do godziny ósmej był czas na rozruch fizyczny, później apel i wyjazd na patrol, który równie dobrze mógł trwać jedną dobę lub kilka. W trakcie akcji żołnierz miał na sobie około 30 kg, na które składała się waga amunicji, 10 kg kamizelki kuloodpornej, karabinu i racji żywnościowych. Podczas jazdy hamerem trzeba było cały czas obserwować koleiny, po których się posuwaliśmy, czy czasem nie skrywają ładunku wybuchowego. Dodam tylko, że tamtejsza droga krajowa jest mniej więcej taka jak wiejski dojazd na pole uprawne, który przez lata działalności rolnej wyjeździł sobie każdy polski rolnik. Miejscowi problem rozmieszczonych ładunków rozwiązali w dość banalny sposób. W pobliżu ich podłożenia ukrywał się obserwator lub był ułożony przy użyciu kamieni odpowiedni sygnał, który miejscowym wskazywał objazd, a obcych powierzał miłosierdziu Allacha.

- Finansowo ten wyjazd się Panu opłacał?

- Chyba wszyscy, którzy tam jechali, robili to z pobudek finansowych. W Polsce zwykły szeregowy otrzymuje około 1, 6 tys. zł. Będąc na misji do pensji z jednostki dochodziło miesięczne wynagrodzenie w wysokości 5 tys. zł, które gdy ktoś zaliczył 10 dni w patrolu, powiększało się o kwotę 1300 zł.

2007-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?

2026-03-10 09:18

Niedziela Ogólnopolska 11/2026, str. 20

[ TEMATY ]

homilia

Adobe Stock

Opowiadanie o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia odzwierciedla przekonanie, że każde cierpienie i choroba stanowią karę za grzech. Wybrzmiewa to również w pytaniu uczniów Jezusa, które do Niego skierowali: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?”. Skoro jest kalectwo, musi być ktoś, kto jest tego winny, na skutek popełnionego grzechu. W ten sposób dociekania nad przyczynami cierpienia i niepełnosprawności zamieniają się w oskarżenia pod adresem cierpiących lub ich bliskich. Bólu, jaki z tego wynika, mocno doświadczył starotestamentowy Hiob. Przecież Elifaz, Bildad i Sofar przybyli do Niego jako przyjaciele, ale rychło przeobrazili się w surowych oskarżycieli. Takie podejście znalazło też wyraz w pytaniu zadanym Jezusowi przez Jego uczniów. Co więcej, ono wciąż odżywa w zetknięciu się z ludźmi, którzy cierpią i są niepełnosprawni. Widząc ich albo spotykając się z nimi, ulegamy tej samej pokusie, co przyjaciele Hioba i uczniowie Jezusa. Wynika ona z założenia, że każdy, kto cierpi, cierpi za grzechy swoje albo innych ludzi.
CZYTAJ DALEJ

Zmarł ks. prof. Tadeusz Reroń

2026-03-14 14:25

Adobe Stock

Kapłan ten zmarł 13 marca 2026 r. w wieku 75 lat życia i 50 lat kapłaństwa.

Ksiądz Tadeusz Stanisław Reroń urodził się 8 maja 1950 roku we Wrocławiu. Święcenia kapłańskie przyjął w 1975 roku z rąk bpa Wincentego Urbana i został skierowany jako wikariusz do parafii śś. Apostołów Piotra i Pawła w Strzegomiu [1975-1984], a następnie jako wikariusz do katedry pw. św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu [1984- 1985]. W 1985 roku został skierowany na studia specjalistyczne na KUL w zakresie teologii moralnej. Po powrocie ze studiów, w 1989 roku został mianowany duszpasterzem akademickim w Centralnym Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego (CODA) „Czwórka” we Wrocławiu [1989 -1994]. Z kolei od 1995 roku był duszpasterzem akademickim w CODA „Maciejówka” we Wrocławiu. Pełnił tę posługę do 2000 roku. W kolejnych latach prowadził szeroką działalność duszpastersko - naukową, angażując się także w organizację wydarzeń kościelnych, komisje archidiecezjalne oraz pracę z ludźmi nauki i środowiskiem akademickim. Równolegle rozwijał karierę naukową w Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu jako teolog moralista i specjalista w dziedzinie bioetyki, pełniąc funkcje dydaktyczne, kierownicze i naukowe oraz uzyskując habilitację. Jest autorem licznych publikacji naukowych, uczestnikiem międzynarodowych środowisk teologicznych oraz aktywnym członkiem wielu krajowych i zagranicznych stowarzyszeń naukowych.
CZYTAJ DALEJ

Papież w rzymskiej parafii: światło Chrystusa uwalnia ze ślepoty zła

2026-03-15 18:03

[ TEMATY ]

Leon XIV

Vatican Media

Leon XIV odwiedził dziś parafię Najświętszego Serca Pana Jezusa w rzymskiej dzielnicy Ponte Mammolo. W homilii, zwracając się do wspólnoty parafialnej, która angażuje się w pomoc migrantom, więźniom i osobom potrzebującym pomocy, przestrzegł przed „jałowym poczuciem bezpieczeństwa", jakim zadowala się człowiek, który nie dostrzega w swym życiu Boga. Nawiązując do Ewangelii z dnia przypomniał, że światło Chrystusa jest silniejsze, niż jakiekolwiek ludzkie grzechy - informuje Vatican News. 

Papieska wizyta w parafii, należącej do północnego sektora diecezji rzymskiej, to ostatnie z pięciu spotkań, jakie w rzymskich kościołach na przedmieściach miasta zaplanował Leon XIV w czasie Wielkiego Postu. Każde z nich stało się okazją nie tylko do spotkania z tymi, którzy – pomimo wyzwań, jakie niosą peryferie miasta – niosą światło wiary w swojej okolicy, ale też do podjęcia przez Papieża refleksji na temat roli i znaczenia współczesnej wspólnoty parafialnej. Zachęcił ją do pielęgnowania więzi z Bogiem i bliźnimi na wzór pierwszych wspólnot chrześcijańskich.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję