Reklama

Niedziela Małopolska

Kraków Łagiewniki

Duch, który powołuje do świadectwa

Ks. Adam Garlacz, ojciec duchowny Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, przewodniczył w środę 20 maja Mszy św. w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. - Niech wstawiennictwo u Boga św. Jana Pawła II wyprasza dla Polski oraz świata nowe powołania kapłańskie i zakonne. Niech opieka Najświętszej Maryi Panny, którą szczególnie czcimy w tym miesiącu, stanie się nadzieją, iż Kościół będzie rodził świętych Pasterzy – powiedział kapłan.

2020-05-20 14:48

Małgorzata Pabis

W homilii ks. Garlacza nawiązał do dzisiejszego Słowa Bożego: - Odchodzący ze świata Syn Boży, w przeddzień swej męki, zapowiedział uczniom nadejście Ducha Prawdy. W Wieczerniku wlał w nich nadzieję, że nie pozostawi ich samych. Duch Święty miał umocnić apostołów w poszukiwaniu prawdy zawartej w nauce Jezusa. Zbawiciel wiedział, że sami od siebie nie są w stanie nic uczynić i dlatego będą potrzebowali Jego łaski. Dzięki niej uczniowie będą głosić prawdę o Chrystusie Zmartwychwstałym i dla niej oddadzą swe życie. Opis z Dziejów Apostolskich, który dzisiaj usłyszeliśmy, jak i jeszcze wiele innych zapisanych w tej księdze, jest tego przykładem – wyjaśnił kaznodzieja i dodał, że jednym z tych, który współcześnie stał się dla świata apostołem, świadkiem Zmartwychwstałego, był św. Jan Paweł II. - Wspominając w ostatnich dniach jego setną rocznicę urodzin, pragniemy nieustannie dziękować Bogu za jego świadectwo wiary. Karol Wojtyła był szczególnie oddany działaniu Ducha Prawdy. Znakiem tego była modlitwa, której w dzieciństwie nauczył go ojciec. Serce Karola Wojtyły przylgnęło do Ducha Świętego, który napełniał łaską młodzieńca z Wadowic, kapłana, biskupa, papieża. Tylko tak mógł św. Jan Paweł II stać się wiernym uczniem Jezusa Chrystusa – zauważył kapłan.

Ks. Garlacza podkreślił, że również wspólnota Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie z „wdzięcznością myśli o Karolu Wojtyle, który nie tylko jest wzorem kapłaństwa, ale szczególnym Orędownikiem u Boga za powołanych”. - Chlubimy się nim, bo był absolwentem naszego seminarium, w którym formował się podczas II wojny światowej. Często wsłuchujemy się także w jego słowa, które stają się inspiracją do tego, aby nie zaprzepaścić powołania, którym Pan nas obdarzył – powiedział ojciec duchowny WSD Archidiecezji Krakowskiej, który przywołał słowa, jakie w trakcie spotkania z klerykami w seminaryjnej kaplicy w 1983 roku, podczas kolejnej pielgrzymki do Polski, wypowiedział Papież: „Jeżeli stałem się kapłanem w Kościele krakowskim, to dzięki temu, że przeszedłem seminarium krakowskie. Przynależę więc też do seminarium krakowskiego (…). Przynależę w tym znaczeniu, że seminarium krakowskie mnie przygotowało do kapłaństwa. To jest wielka rzecz, przygotować człowieka do kapłaństwa. Okres, w którym to się działo w moim życiu, był okresem szczególnym, wyjątkowym. Przeszedłem przez seminarium bardzo nietypowe. (…) W każdym razie seminarium jest przygotowaniem do kapłaństwa i mnie do kapłaństwa przygotowało seminarium krakowskie, za co mu jestem wdzięczny. Wszystkim wam życzę, żeby to seminarium, które, tak jak cały Kościół krakowski, ma wielkie tradycje, przygotowało was dobrze do kapłaństwa; żebyście znaleźli swoją drogę, żebyście się na tej drodze umocnili i żebyście na tę drogę weszli - bo seminarium jest wchodzeniem na drogę, a wejściem na drogę jest już samo kapłaństwo”.

Reklama

Kończąc homilię, ks. Garlacz przekonywał: - Wspominając wielkiego Papieża Polaka powinniśmy dzisiaj pamiętać o młodych, którzy w tych miesiącach intensywniej wybiegają w przyszłość. Oczekując egzaminu dojrzałości, myślą o swojej drodze życia, pragną przecież szczęścia, którym chcieliby się dzielić z innymi. Pozwólcie zatem drogie Siostry i drodzy Bracia, szczególnie wy cierpiący i wszyscy, którzy modlicie się z nami dzięki transmisji telewizyjnej, że wypowiem gorącą prośbę, jaką my kapłani i klerycy głęboko nosimy w sercach. Prosimy was o modlitwę w intencji nowych powołań. Powołanie jest darem i łaską. Wymaga więc od nas modlitwy. Zbawiciel woła do każdego z nas: „Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo”. (Łk 10, 2) Modlitwa ta, to prośba o otwarcie serca na dary Ducha Prawdy. Duch Święty wskazuje drogę tym, którzy chcą rozeznać przyszłość. Tylko On może być dla nich siłą, która pobudzi do odwagi, aby nie bali się pójść za Chrystusem i stali się Jego apostołami w dzisiejszym świecie. Dla wielu młodych właśnie ta droga może stać się tu na ziemi jedyną drogą szczęścia, która poprowadzi ich do świętości.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kard. Nycz z okazji 10-lecia beatyfikacji ks. Popiełuszki: Świat potrzebuje mocnych świadków wiary

2020-06-03 11:42

[ TEMATY ]

bł. Jerzy Popiełuszko

kard. Kaziemierz Nycz

bł. ks. Jerzy Popiełuszko

kard. Nycz

Archiwum

- Wbrew wszystkiemu, co możemy powiedzieć o współczesnym świecie czy o dzisiejszym człowieku, widoczne jest zapotrzebowanie na wyraźnych, mocnych świadków Ewangelii. A do takich należą męczennicy – mówi kard. Kazimierz Nycz w rozmowie z KAI z okazji 10-lecia beatyfikacji ks. Popiełuszki. Metropolita warszawski dodaje, że „ks. Popiełuszko pokazywał, że prawdę należy głosić zawsze z miłością. W jego słowach nie było nic, co by się kłóciło z zasadą miłości. I w tym była jego moc”.

Marcin Przeciszewski, KAI: W sobotę 6 czerwca minie 10 lat od beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Jak Ksiądz Kardynał wspomina ten czas?

Kard. Kazimierz Nycz: Kilkanaście miesięcy przedtem zakończył się proces beatyfikacyjny księdza Jerzego. A skoro nie wymagał on cudu, to został sfinalizowany w momencie, kiedy zostało uznane jego męczeństwo. Przygotowania do beatyfikacji w Warszawie nie nastręczały wielkich trudności. Popularność ks. Jerzego Popiełuszki była ogromna - co było widać chociażby po ilości pielgrzymów przybywających do grobu męczennika w żoliborskim sanktuarium. Wiedziałem, że będą obecni na beatyfikacji ludzie z całej Polski, ci którzy przez prawie 30 lat przyjeżdżali do jego grobu. I tak się stało.

Mam w pamięci też inny kontekst tej beatyfikacji. Kilka miesięcy wcześniej 10 kwietnia 2010 r. miała miejsce katastrofa smoleńska. Plac Piłsudskiego, gdzie odbywały się uroczystości beatyfikacyjne ks. Jerzego, był tym samym miejscem, gdzie niewiele wcześniej sprawowana była Msza św. przy 96 trumnach ofiar smoleńskich. Tworzyło to szczególną atmosferę, która nadała większą głębię i powagę beatyfikacji męczennika. Owocem beatyfikacji, tak silnie przeżytej przez wiernych ze wszystkich stron Polski był rosnący kult nowego męczennika – w bardzo wielu miejscach, także za granicą.

Dziesięciolecie tej beatyfikacji, 6 czerwca obchodzimy też w szczególnym kontekście, jakim jest obecna epidemia. Nie są to oczywiście wydarzenia porównywalne. Ale z racji cierpienia i narastającego niepokoju, jesteśmy w momencie, który w jakimś sensie jest porównywalny z tamtym czasem.

Ważnym akcentem, który miał nastąpić dokładnie w 10-rocznicę beatyfikacji ks. Jerzego, jest beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego. Niestety jednak okazało się to niemożliwe.

KAI: Jednym ze współczesnych fenomenów – o którym Ksiądz Kardynał zresztą już wspomniał - jest kult bł. Jerzego Popiełuszki. Kult ten wciąż się rozwija i to nie tylko w Polsce. Jego relikwie wystawione są w 990 kościołach w Polsce oraz 448 za granicą - w 61 krajach świata. Od chwili beatyfikacji ks. Jerzego do żoliborskiego sanktuarium wpłynęło ok. 100 świadectw szczególnych łask doznanych za jego pośrednictwem. Jak można zinterpretować ten fenomen?

- Wbrew wszystkiemu, co możemy powiedzieć o współczesnym świecie czy o dzisiejszym człowieku, widoczne jest zapotrzebowanie na wyraźnych, mocnych świadków Ewangelii. A do takich należą męczennicy. Takim świadkiem wiary był też ks. Jerzy Popiełuszko, ze względu na to wszystko, co czynił, zwłaszcza w ostatnich pięciu latach życia. Zbiegły się one z okresem „Solidarności”, a jeszcze bardziej z okresem stanu wojennego.

Dzięki temu ks. Popiełuszko stał się człowiekiem znanym w Polsce i na świecie jako kapelan robotników i „Solidarności”, zwłaszcza w okresie prześladowań w stanie wojennym. Zresztą „Solidarność” uważa go za swego patrona. Wtedy gromadził robotników a także inne grupy społeczne i środowiska wokół Mszy za Ojczyznę, odprawianych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. I to spowodowało decyzję SB, która zakończyła się śmiercią męczeńską. Ks. Jerzy został zamordowany, gdyż komuniści chcieli się pozbyć tego świadka, chcieli pozbyć się księdza, który był niewygodny. Zbrodnia ta przed społeczeństwem była powoli odsłaniana przez komunę, na tyle ile ludziom udało się tę prawdę wydrzeć władzy. Początkowo wszystko chciano ukryć i zatrzeć ślady.

KAI: Dlaczego komuniści tak się go bali?

- Bali się go nie tylko dlatego, że był związany z „Solidarnością” czy mówił krytyczne wobec władzy kazania, bo takich księży było wielu. Ale zamordowano go dlatego, że mówił w taki właśnie sposób, będąc dla wszystkich świadkiem i wiary i świadkiem prawdy. U ludzi było wielkie zapotrzebowanie na takie świadectwo, będące wyznaniem wiary, ale i obroną godności człowieka. A prawda, która „w oczy kole” była dla władzy bardzo niewygodna. I to stało się głównym powodem męczeństwa.

Można zadać pytanie, co było niezwykłego w nauczaniu ks. Popiełuszki, że spotykało się ono z takim odzewem? Właściwie niewiele mówił od siebie, propagował nauczanie Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego. Aplikował to, co mówili ci dwaj wielcy Polacy XX wieku. Świadectwo ks. Jerzego realizowało się w wielu wymiarach: w obronie godności człowieka i ludzi, z którymi się spotykał, w przeciwstawianiu się wszelkiemu rodzajowi zemsty i – co najważniejsze – w praktycznym wcielaniu w życie ewangelicznej zasady: "Nie daj się zwyciężyć złu, zło dobrem zwyciężaj! Ks. Popiełuszko pokazywał, że prawdę należy głosić zawsze z miłością. W jego słowach nie było nic, co by się kłóciło z zasadą miłości. I w tym była jego moc.

Było to świadectwo, które stopniowo narastało, a jego zwieńczeniem było oddanie życia. A wszystko, co jest radykalnym świadectwem chrześcijańskim, ma charakter uniwersalny i może służyć za przykład do naśladowania, także w odmiennych warunkach, jakie mamy dziś.

KAI: A jakie było osobiste doświadczenie Księdza Kardynała, jeśli chodzi o kontakty z ks. Popiełuszką?

- Bezpośrednio słyszałem go tylko raz. Było to w Krakowie Mistrzejowicach, w parafii św. Maksymiliana, kiedy został tam zaproszony przez słynnego ks. Kazimierza Jancarza. Jako młody ksiądz miałem tam wykłady z katechetyki i zostałem na Mszę św., podczas której ks. Popiełuszko miał mówić kazanie. Pierwsza rzecz jaka mnie zaskoczyła - a było tam kilkudziesięciu księży w koncelebrze - to trudność jaką miałem, by dojrzeć w wśród nich naszego gościa. Szukałem oczyma ks. Jerzego, którego znałem już z Wolnej Europy, a wyobrażałem go sobie jako jakiegoś mocarza. Tymczasem zobaczyłem prostego, szczuplutkiego księdza, urzekającego swą nieśmiałością. Mogłoby się wydawać, że to nie ten Popiełuszko, którego komuniści uważali za niebezpiecznego wroga ustroju, który tak ostro atakuje ich z ambony. A tymczasem jego kazanie było bardzo proste, nadzwyczaj spokojne, składające się właściwie z mądrze dobranych cytatów z kard. Wyszyńskiego i Jana Pawła II oraz cytatów z dokumentów społecznych Kościoła. Zdumiewające było, jak bardzo ludzie pragnęli takiego właśnie prostego, stonowanego słowa, które ukazywało samą istotę Ewangelii.

Dlatego później, w procesie beatyfikacyjnym, nie było jakiegoś większego problemu z udowodnieniem, że było to męczeństwo za wiarę, męczeństwo w obronie godności człowieka, męczeństwo w imię prawdy, którą głosił, a nie zabójstwo z powodów politycznych, którego nie należy kwalifikować jako „męczeństwo za wiarę”.

KAI: Aczkolwiek wiemy, że w Kongregacji ds. Kanonizacyjnych były dyskusje na ten temat…

- Owszem, dyskusja była z dwóch powodów. Niektórzy chcieli z niego zrobić działacza politycznego czy wręcz rewolucjonistę, który poniósł śmierć w imię walki. Ale to zupełnie do ks. Jerzego nie pasowało. Argumenty te szybko zostały oddalone.

KAI: W 10. rocznicę beatyfikacji warto zadać pytanie, czego dziś patronem winien być ks. Jerzy Popiełuszko. Czy możemy go nazwać „Patronem polskiej wolności”, o którą się upominał, w której odzyskanie tak się angażował?

- Na pewno jest patronem polskiej wolności, ale powinniśmy unikać pewnych uproszczeń. Nie umniejszając w niczym jego zasług, trzeba przypomnieć, że takich ludzi, którzy cierpieli czy nawet oddali życie dla odzyskania wolności w Polsce i w Europie środkowo-wschodniej, było wielu. Dlatego, kiedy w Muzeum Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego odsłanialiśmy niedawno mały fragment Muru Berlińskiego, to podkreśliłem, że ten mur stał się pewnym symbolem kończącym proces, który się rozpoczął znacznie wcześniej, a uczestniczyło w nim bardzo wielu ludzi. Wśród nich kard. Stefan Wyszyński, Jan Paweł II, wielu zamęczonych kapłanów i świeckich – nie tylko z Polski ale całego naszego regionu Europy. W procesie, który doprowadził do odzyskania wolności uczestniczył także prezydent Ronald Reagan i na swój sposób nawet Michaił Gorbaczow. Ten ostatni w tym kontekście został wymieniony przez Benedykta XVI w jego liście na 100-lecie urodzin św. Jana Pawła II. W tym szeregu trzeba dojrzeć także bardzo wielu polskich duchownych, a wśród nich najbardziej znanym był ks. Jerzy Popiełuszko. I jeśli spojrzymy na niego w tym szerokim kontekście, to na pewno możemy go nazwać jednym z patronów naszej wolności.

KAI: Ks. Kardynał powiedział kiedyś, że „męczennicy są Kościołowi potrzebni, gdyż są świadkami, że miłość jest mocniejsza niż nienawiść. Bardzo nam tego dzisiaj potrzeba: w relacjach z ludźmi, ale także w wymiarze społecznym i narodowym”. Proszę o komentarz do tych słów, w kontekście dzisiejszej Polski. Jak dziś winniśmy budować tę „solidarność”, za którą oddał życie ks. Jerzy?

- Były takie próby, żeby oficjalnie ogłosić ks. Popiełuszkę patronem NSZZ „Solidarność”. Jestem przekonany, że jest on patronem uniwersalnym, dla nas wszystkich, trudno więc by był patronem jakiegoś partykularnego środowiska. Ks. Jerzy miał w sobie zdolność łączenia ludzi i łączenia różnych środowisk. Powinien być patronem tej solidarności przez małe „s”. Solidarności, tak jak ją definiował Jan Paweł II, przypominając, że „nie może być walka silniejsza od solidarności” oraz wyjaśniając, że „solidarność — to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie”. Mówił o tym w Gdańsku na Zaspie podczas pielgrzymki z 1987 r.

Tej solidarności przez małe „s” bardzo potrzebujemy dziś w Polsce. I to nie tylko w czasie pandemii, choć pandemia pewne rzeczy odsłoniła. Odsłoniła potrzebę solidarności międzysąsiedzkiej, solidarności z górnikami, czy między ludźmi a lekarzami, której czasem brakuje. Potrzeba solidarności w rodzinach, gdyż wspólne przebywanie przez 3 miesiące, z dziećmi czy z osobami starszymi od rana do wieczora, nie zawsze było łatwe i pokazało często jak płytkie są nasze międzyludzkie relacje.

KAI: Jedną z najbardziej charakterystycznych cech ks. Jerzego była odwaga. Dziś totalitaryzmu już nie ma. Jak ta cnota winna być realizowana dziś, w przestrzeni społeczeństwa demokratycznego i pluralistycznego?

- Z pewnością ks. Jerzy jest patronem głoszenia i bronienia trudnej prawdy. Choć dziś nie trzeba oddawać życia, to głoszenie prawdy, wciąż wymaga dużej odwagi. Ludziom często brakuje odwagi, by nie ulec żadnej poprawności: kulturowej, politycznej czy środowiskowej. Odwagi potrzeba by powiedzieć to, co się powinno powiedzieć w zgodzie z sumieniem. A dotyczy to każdego człowieka, nas wszystkich, a też i Kościoła.

KAI: Tajemnicą życia tego kapłana była rzadka u duchownych otwartość na ludzi zagubionych, poszukujących czy niewierzących. Oni wszyscy do niego lgnęli, a podejmując z nim współpracę, nierzadko się nawracali. Czy można o ks. Jerzym mówić jako o prekursorze nowej ewangelizacji?

- Jeśli ludzie dostrzegą w kapłanie mądre otwarcie na to, co Pan Jezus mówi w słowach: „Posyłam Was, idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody!”, które się powtarza przy każdych święceniach kapłańskich, jeśli ludzie odkryją to otwarcie i dobroć księdza, to będą do niego przychodzić.

Kiedy zobaczą kapłana, który nie zaczyna on od etykietowania kogokolwiek czy od dzielenia na dobrych i złych, tylko każdego jest gotów wysłuchać i pomóc, to będzie się on cieszyć szacunkiem. I bł. ks. Popiełuszko był takim właśnie księdzem. Można o nim powiedzieć, że swą postawą, swoim sposobem działania, jakby trochę wyprzedzał papieża Franciszka.

KAI: Widać to było wyraźnie, że wokół kościoła św. Stanisława gromadzili się ludzie dosłownie ze wszystkich środowisk, a nie tylko robotnicy czy działacze podziemnej Solidarności.

- Tak, w tym miejscu ks. Popiełuszko doskonale się odnalazł. Jako duszpasterz robotników i warszawskiej inteligencji skupionej wokół kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu okazał się osobowością tak niezwykłą, że wkrótce stał się żywym znakiem nadziei dla milionów, spragnionych wówczas prawdy, wolności, moralnej jasności oraz zwyczajnego szacunku dla człowieka.

KAI: Kapłani czy kurialiści często nie cenili go, uważali, że wcale nie jest wybitny a robi z siebie gwiazdę, itd.

- To jest obecne w każdym środowisku, kapłańskim może też. Wchodzi tu w grę zazdrość, niechęć dlatego, że ktoś jest popularny. W takiej sytuacji łatwo jest wylać przysłowiowe „dziecko z kąpielą”. Jego życie w diecezji, we własnym kapłańskim środowisku, bynajmniej nie było usłane różami.

KAI: A jak Ksiądz Kardynał postrzega postawę kard. Józefa Glempa wobec ks. Jerzego?

- Miałem dziesiątki rozmów z Księdzem Prymasem o ks. Jerzym, zarówno przed, w trakcie jak i po beatyfikacji. Podziwiałem Prymasa za to, że jego pogląd na ks. Popiełuszkę ewoluował. Początkowo mocno ulegał jego krytykom, obecnym z Kurii, ale to się zmieniło. Nie mam żadnych wątpliwości, że kard. Glemp faktycznie chciał go chronić, a próba posłania ks. Jerzego na studia do Rzymu nie była próbą pozbycia się problemu. Bo rzeczywiście ks. Jerzy stwarzał – jeśli tak można powiedzieć - problemy, które rzutowały na rozmowy z ówczesnymi władzami. Ale ze strony kard. Glempa nie był to motyw, by się go pozbyć i zmusić do wyjazdu za granicę. Prymas doceniał to, co ks. Jerzy robił i starał się go w tym wspierać, jednocześnie zdając sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa. Opowiadam się za tezą, że Prymas chciał go bronić, proponując wyjazd na studia. Tak się czasem robi, dla czyjegoś dobra. A faktycznie śmierć mu groziła. A był to casus niektórych świeckich, którzy ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, czy innych kapłanów, którzy zostali w tych latach zamordowani. Nie były to żarty, ale poważne zagrożenie, które prymas Glemp doskonale wyczuwał. Chciał więc coś zrobić, żeby go ochronić.

Ale nie było to proste, gdyż ks. Jerzy zdecydowany by iść na całość i nie myślał zrezygnować. Stanowczo więc odmówił wyjazdu. Podobną determinację ks. Jerzy wykazywał nie tylko w tym przypadku. Nie posłuchał nawet w przeddzień wyjazdu do Bydgoszczy, który zakończył się porwaniem, kiedy przyjaciele ostrzegali go przez niebezpieczeństwem. Przez całe lata ta cała sprawa dla prymasa Glempa była bolesna i wracał do niej. Mówił o tym już na pogrzebie ks. Jerzego. O swoich wyrzutach sumienia w związku z tym , że nie udało się uratować ks. Jerzego mówił w trakcie słynnego rachunku sumienia, jakiego dokonał na Placu teatralnym w Warszawie w 2000 r. Mówił też o tym wypowiadając się do filmu o Księdzu Jerzym.

KAI: A co z procesem kanonizacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki, który rozpoczął się w 2013 r. we Francji w oparciu o domniemany cud? W 2015 roku zakończył się etap diecezjalny w diecezji Créteil, a sprawa została przekazana do Kongregacji. Co się z nią tam dzieje? W jaki sposób Archidiecezja Warszawska uczestniczy w jego przebiegu?

- Proces diecezjalny rzeczywiście zakończył się we Francji i dotyczył osoby z chorobą nowotworową, rzekomo uzdrowionej w 2013 r. za wstawiennictwem błogosławionego Jerzego. Materiały procesu zostały posłane do rzymskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Tam lekarze powołani przez Kongregację oceniają wstępnie wartość przedstawionego materiału diecezjalnego. Po pozytywnej ocenie rusza proces cudu. Problem w tym, że na styku pięciu lat zmarł mężczyzna, którego dotyczył proces. I tu jest problem. A skoro uzdrowienie dotyczyło choroby nowotworowej, to w takich wypadkach żelazną regułą Stolicy Apostolskiej jest karencja trwająca co najmniej pięć lat i dopiero po jej upływie można mówić o pewnym, a nie domniemanym uzdrowieniu. Zostawiam to Panu Bogu i samemu błogosławionemu.

KAI: W najbliższą niedzielę 7 czerwca miała się odbyć beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego, ale przeszkodziła jej pandemia. Na jak długo została odłożona?

- Nie ogłaszam na razie terminu, żeby nie mącić ludziom w głowach, gdyż może nastąpić nawrót pandemii. Nie chcę, aby kolejne przenosiny terminu dewaluowały znaczenie tej uroczystości. Powtórzyć mogę to, co powiedziałem w katedrze z okazji 39. rocznicy śmierci Prymasa Wyszyńskiego i w tym jest zawarte moje życzenie. Powiedziałem, że chciałbym abyśmy za rok, czyli w 2021 r. znaleźli się u grobu Prymasa i mogli powiedzieć: „Błogosławiony kardynale Stefanie”.

Wierzę, że ta pandemia ustąpi, i że w najdalszej perspektywie może być to rok oczekiwania. Wedle tego najdalszego z możliwych scenariusza beatyfikacja odbyłaby się w okolicy 40. rocznicy śmierci i 120 rocznicy urodzin Prymasa. Te dwie rocznice dają nam czas na poważne duchowe i merytoryczne przygotowania.

Nie mam też żadnych wątpliwości, że ludzie chcą masowo przyjechać na tę beatyfikację. Potwierdziły to sondaże, jakie jeszcze przed wybuchem epidemii przeprowadziliśmy w wielu diecezjach. Jestem pewien, że kiedy będzie możliwe duże zgromadzenie z tej okazji na Placu Piłsudskiego w Warszawie, to przybędą ludzie z całej Polski. A beatyfikacja powinna odbyć się w tym miejscu, a nie żadnym innym czy w jakiejś świątyni, gdyż tam miała miejsce msza z Janem Pawłem II podczas jego pierwszej pielgrzymki a później pogrzeb kard. Wyszyńskiego. Wciąż mamy to w oczach. Nawet pomijając argument, że kard. Wyszyński zasługuje na taką uroczystość, to nie chcę, abyśmy wszystko sprowadzali do wirtualnej rzeczywistości. Temu jestem zdecydowanie przeciwny.

Jeśli zorganizowanie beatyfikacji w takim kształcie na Placu Piłsudskiego okaże się możliwe wczesną jesienią, to się nie zawaham. Ale jeśli nie będzie to możliwe, wówczas beatyfikacja odbędzie się wiosną. Ale na razie podawać terminu nie chcę. Były próby pewnego nacisku na mnie, abym urządził beatyfikację w katedrze czy świątyni Bożej Opatrzności wraz z transmisją, ale jestem temu przeciwny. Nie wyobrażam sobie beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia przy kilkudziesięciu czy nawet kilkuset osobach. Beatyfikacja winna być okazją do masowej manifestacji wiary, na czym kard, Wyszyńskiemu zawsze bardzo zależało. Tak powinno być i ufajmy, że tak będzie.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Poseł Uściński: Nie popełniajmy błędów Platformy Obywatelskiej

2020-06-04 07:12

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

Artur Stelamsiak

Konserwatyści chcą ratować Prawo i Sprawiedliwość przed tym, by nie popełniała błędów zachodniej chadecji. Polską racją stanu jest pielęgnowanie konserwatywnych wartości - mówi poseł PiS Piotr Uściński, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu na rzecz Ochrony Życia i Rodziny.

Artur Stelmasiak: - Jaka jest pozycja konserwatystów w PiS? Chodzi mi o takie osoby, dla których np. kwestie ochrony życia są ważne?

Piotr Uściński, poseł PiS: - Zdecydowana większość polityków Prawa i Sprawiedliwości jest konserwatystami. Choć jesteśmy wielonurtową partią, to jednak co do zasadniczych konserwatywnych wartości prawie wszyscy się zgadzamy. Przecież nikt z PiS nie odważył się zagłosować za odrzuceniem projektu Zatrzymaj Aborcję.

- Pan zawsze głosuje także za życiem, ale inni czasami miewają z tym problemy.

- Mamy bowiem inną konserwatywną wrażliwość. Ale nawet te najtrudniejsze głosowania świadczą o tym, że w PiS jest ok. 50 posłów, na których można zawsze liczyć.

- A jak głosowaliście za natychmiastowym procedowaniem projektu Zatrzymaj Aborcję?

- Choć nie był to nasz wniosek to obok 11 posłów Konfederacji poparło go 52 posłów z klubu PiS. Jednak pod wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego, czy apelem do prezes TK podpisywało się ok. 100 posłów z PiS. Osób, które chcą bronić życia i konserwatywnych wartości jest wystarczająco wielu, by nasze postulaty były zauważane w partii.

- Pytam o to, bo docierają do mnie takie głosy, że konserwatyści i osoby o poglądach pro-life nie mogą w partii zrobić kariery. Czy jesteście tłamszeni i spychani na margines w PiS?

- Konserwatywne postulaty są w partii dostrzegane, choć niestety nie wszystkie realizujemy. To odkładanie w czasie nie może trwać w nieskończoność i uważam, że teraz jest czas, by powrócić do wartości i spraw, które są ważne dla naszego konserwatywnego elektoratu.

- Ostatnio mówi się wiele o wypowiedzeniu Konwencji Stambulskiej. Czy to jest jeden z waszych postulatów?

- Prezes Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie mówił, że dopóki PiS rządzi to gender nie będzie wprowadzone w Polsce. Obecnie może Konwencja Stambulska nie wyrządza zbyt wielu szkód, ale w przyszłości może być inaczej. Kiedyś powiedziałem, że ten dokument ma jeden dobry zapis.

- Jaki?

- Jest tam punkt mówiący o tym, że Konwencję Stambulską można wypowiedzieć. Uważam, że ta niebezpieczna konwencja powinna być zastąpiona jakimś innym pozytywnym dokumentem międzynarodowym jak np. Konwencja o Prawach Rodziny. Taki sygnał z Polski mógłby pomóc także innym państwom wycofać się z Konwencji Stambulskiej.

- Sprawa Konwencji Stambulskiej jest bardzo ważna dla konserwatywnego elektoratu. Gdy była procedowana nawet politycy PO mieli wobec niej wiele zastrzeżeń. A jakie ma plany PiS wobec ochrony życia? Prezes PiS mówił przecież, że jest przeciwnikiem aborcji eugenicznej. Projekt leży już drugą kadencje w Sejmie i nic.

- Cały czas czekamy na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie.

- .... Bardzo długo czekamy, bo już drugą kadencję. Pan był w grupie, która domagała się od Prezes TK zajęcia się tą sprawą. Niestety też nieskutecznie.

- Dlatego tuż po wyborach złożyliśmy nowy wniosek i czekamy. Jeżeli sprawa w Trybunale Konstytucyjnym znów będzie się przedłużać, to należy to zrobić ustawą sejmową i zająć się procedowaniem Zatrzymaj Aborcje.

- Wiem, że Pan Poseł nie jest odosobniony w swoich poglądach, bo wiem, że w PiS jest wielu polityków, dla których takie sprawy są ważne. Czy konserwatyści w PiS chcą się jakoś upodmiotowić? W jaki sposób chcecie przywrócić konserwatywną agendę w partii?

- Prawdą jest, że konserwatystów w PiS jest bardzo dużo. I teraz jest czas byśmy zaczęli upominać się o wartości, z którymi szliśmy do wyborów... Ja mam przecież dzieci, które kiedyś zapytają mnie: Tato przez dwie kadencje byłeś w Sejmie i nie udało ci się zrealizować tego, na czym tak bardzo ci zależy? Co ty w tym sejmie przez 8 lat robiłeś?

- Takie najprostsze pytania są najtrudniejsze. To jak tata/poseł Uściński zamierza działać?

- I dlatego chciałbym uczynić wszystko, by uniknąć wstydu przed swoimi dziećmi, a także przed Polakami. Razem z kolegami i koleżankami musimy zadbać o to, by konserwatyzm w PiS był bardziej obecny i wyrazisty. Dostrzegam zagrożenie politycznej niejakości i braku wyrazistości, a to odpycha ludzi o konserwatywnych poglądach.

- Rozumiem, że jesteście zniecierpliwieni. Czy w jakiś sposób zaczniecie skuteczniej działać?

- Rzeczywiście cierpliwość się kończy i chcemy działać, by postulaty konserwatywne były wreszcie wprowadzane w życie. Oczywiście zostały zrealizowane programy jak 500+, dzięki któremu rodzi się więcej dzieci. Pewnie jakaś cześć z nich zginęłaby w podziemiu aborcyjnym. Nie jest więc tak, że nic rząd PiS nie zrobił, ale to ciągle zbyt mało.

- Te postulaty są podnoszone prawie tylko dzięki mediom katolickim i konserwatywnym. Media publiczne i prorządowe nie zajmują się praktycznie tym tematem. Tam też nie widać tych posłów, którzy chcą bronić życia nienarodzonych. Z czego to wynika?

- Bardzo byśmy chcieli, by ten konserwatywny dyskurs ws. ochrony życia się w końcu pojawił. Temat jest ważny dla milionów Polaków i powinien pojawiać się w debacie publicznej, w serialach i różnych programach. Aby ten przekaz był skuteczny powinien trafić do tzw. popkultury, a takich działań zupełnie nie widzę. Temat pro-life powinien być wpisany w misję mediów publicznych, bo przecież chodzi o życie najmniejszych Polaków.

- A druga strona nie próżnuje.

- Silne media liberalne i lewicowe cały czas robią swoje. Promują aborcję i pod tym kątem pracują nad nastrojami społecznymi, które mogą wychylić się w lewą stronę. Ten proces jest szkodliwy dla Polski i powinniśmy pracować nad tym, by ten kurs odwrócić.

- A dlaczego Pana Posła nie ma w TVP?

- Dobre pytanie, ale chyba nie do mnie....(śmiech). Jeszcze raz powtórzę, że konserwatyści powinni mieć głos w mediach publicznych. Przecież my reprezentujemy wyborców PiS, którzy zagłosowali na nas dlatego, że popieraliśmy obronę życia. Teraz powinniśmy mieć możliwość tej obrony nie tylko w mediach katolickich, ale także w publicznych.

- Nie boi się Pan, że zaszkodzi w kampanii wyborczej prezydenta Andrzeja Dudy?

- Nie, bo przecież prezydent Andrzej Duda jest gwarantem tego, że agenda konserwatywnej polityki może być podnoszona. Prezydent wielokrotnie wypowiadał się, że podpisze ustawę zwiększającą ochronę życia, gdy ona tylko trafi na jego biurko. Dlatego ja zachęcam elektorat konserwatywny i swoich wyborców do głosowania na obecnego prezydenta. On jest jedynym liczącym się kandydatem, który będzie wspierał nasze postulaty konserwatywne. Andrzej Duda jest bowiem gwarantem tego, że nasze postulaty prolife i prorodzinne będą mogły być realizowane.

- Jesteśmy cały czas na wojnie kulturowej. Wojnie, w której cywilizacja życia walczy z cywilizacją śmierci. Oczywiście PiS zrobił wiele dobrych kroków, ale jest wielki niedosyt. Czy cywilizacja życia potrzebuje bardziej zdeterminowanych rycerzy na tej wojnie?

- Jako polityk rozumiem, że jesteśmy partią, która musi pozyskiwać elektorat i otwierać się na nowe grupy wyborców o różnej wrażliwości. Ale nie możemy osierocać elektoratu, dzięki któremu zdobyliśmy większość. Nie możemy zapominać o naszym trzonie, czyli elektoracie bardziej konserwatywnym. W zeszłej kadencji były poważne programy prorodzinne, naprawa finansów państwa i gospodarki, a teraz jest czas na sprawy podstawowe, których oczekuje od nas bardzo duża część naszych wyborców.

- Ale walka o cywilizację życia nie jest ważna tylko dla PiS, ale także dla Polski. Trwanie przy prawdziwych wartościach, to trwanie przy naszych korzeniach.

- W interesie naszym jest konserwatyzm, ochrona rodziny i życia. Polskość w różnych trudnych chwilach przetrwała dzięki rodzinie, przywiązaniu do Kościoła i wartości katolickich. Z tymi wartościami jako naród jesteśmy silniejsi i bardziej odporni na zewnętrzne zagrożenia. Te wartości są kapitałem społecznym, który powinniśmy pielęgnować.

- Jeżeli nie postawimy sobie tych wartości za cel i nie określimy ich jako polską rację stanu, to popłyniemy tak jak Zachód Europy w lewą stronę. Czy Piotr Uściński zgodzi się z taką diagnozą?

- Jestem daleki od twierdzeń, że Polska może uzyskać tylko wtedy sukces, gdy będzie wspierała Berlin. Polacy są zbyt dumnym narodem, by być kogoś wasalem i płynąć w głównym nurcie. My mamy swoją tożsamość, którą powinniśmy pielęgnować. Nie tylko powinniśmy zachować nasze wartości w Polsce, ale być także drogowskazem dla innych państw i wnosić nasze cenne wartości do Europy. Ten główny nurt genderowy prowadzi świat na manowce, a polską racją stanu jest przeciwstawienie się tej ideologii.

- Jednym słowem Pan Poseł jest obrońcą PiS. Dlaczego droga zachodniej chadecji jest taka zła?

- Nie możemy pójść drogą zachodniej chadecji, bo to byłoby przede wszystkim niedobre dla Polski. Przecież zachodni tzw. "konserwatyści" cały czas realizują lewicowe postulaty. A po to powstał PiS i ja jestem po to w PiS-ie, by służyć Polsce i Polakom. Powinniśmy uczyć się na błędach zachodnich partii politycznych i nie popełniać ich błędów.

- Jeżeli PiS nie wróci do pryncypiów takich jak ochrona życia i ochrona rodziny, to wcześniej, czy później wejdzie na drogę partii Angeli Merkel. Takie kroki uczyniła już wiele lat temu Platforma Obywatelska. Czy PiS pójdzie po jej śladach?

- Niestety niektórym się wydaje, że jest to jedyna możliwa droga i nie ma alternatywy. Wskazują, że polskie społeczeństwo pójdzie drogą zachodnią, a klasa polityczna będzie za tymi nastrojami podążać. Jednak na tym polega racja stanu i prawdziwa polityka, by się takim trendom przeciwstawiać. Jeżeli wiemy, że ta droga jest dla Polski i Polaków zła, to róbmy wszystko, co możliwe, by ich z tej drogi zawrócić. Polską racją stanu nie jest upodobnianie się do Zachodu, a Polacy nie po to głosowali na PiS, by politycy tej partii popełniali wiele błędów swoich zachodnich kolegów. Platforma Obywatelska nie miała tyle siły by się temu trendowi przeciwstawić, a ja wierzę w to, że Prawo i Sprawiedliwość taką siłę w sobie ma.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję