Reklama

Święci i błogosławieni

Proces toruński - przemilczane pytania

„Koniec procesu. Ale czy koniec sprawy?” Tymi słowami zakończyłem relację z 40-dniowego toruńskiego procesu sprawców porwania i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Cenzor skrócił ją o całość drugiego zdania...

Tak niewinne zapytanie zawierało aż tak zbrodniczy potencjał. To pobudzało ciekawość, co tak naprawdę znajduje się w kilkunastu tomach akt śledztwa, oprócz serwowanych nam fragmentów. Pozostawała tylko wyobraźnia, gdyż wtedy - w 1985 r. - nikt nie marzył, aby kiedykolwiek można było zaspokoić ciekawość, uzyskawszy do nich dostęp. Nic więc dziwnego, że było dla mnie wielkim przeżyciem, kiedy po ponad dwudziestu latach w czytelni IPN-u mogłem je wszystkie przestudiować.
Po ich lekturze dojmującym odczuciem jest przeświadczenie, że proces miał zawczasu wytyczoną logikę i zakres, a opinia publiczna dostała niezweryfikowany obraz porwania i zabójstwa księdza - taki, jaki przedstawili sami oskarżeni. Obraz ten powstał z niedoróbek śledztwa, ale i pominięcia przez sąd niektórych jego ustaleń, zupełnie odmiennie przedstawiających przebieg zdarzeń z tamtej październikowej nocy 1984 r. Ta lektura wyjaśniła też, dlaczego, posługując się różnymi sztuczkami, sąd nie chciał wezwać na przesłuchanie niektórych osób.

Co poprzedziło zbrodnię?

Jak zatem wyglądał obraz porwania i zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki przedstawiony przez sprawców? Trzech oficerów Służby Bezpieczeństwa, zajmujących się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych sprawami Kościoła katolickiego, sfrustrowanych dotychczasowymi nieudanymi działaniami, które miały przerwać duszpasterską działalność ks. Jerzego Popiełuszki, postanowiło rozwiązać to po swojemu. Nie udała się próba spowodowania wypadku drogowego 13 października 1984 r. przez rzut kamieniem w przednią szybę samochodu, którym ksiądz wracał z Gdańska do Warszawy. W następnym tygodniu, 19 października, pojechali do Bydgoszczy, gdzie w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników ksiądz odprawiał wieczorne nabożeństwo różańcowe. Kiedy ok. 21.30 wiozący go Waldemar Chrostowski wyruszył w drogę powrotną, pojechali za nimi. W miejscowości Górsk z wyprzedzającego ich samochodu Waldemar Chmielewski, ubrany na tę okazję w mundur milicyjny, dał znak świetlny, aby się zatrzymali. Kierowca samochodu księdza zatrzymał go tak, że znaleźli się kilka metrów przed samochodem zatrzymujących. Najpierw, pod pozorem kontroli trzeźwości, sprowadzony został do samochodu porywaczy kierowca. Tam założono mu kajdanki na ręce, a siedzącemu za kierownicą Leszkowi Pękali kazano go pilnować. Dwóch porywaczy - Grzegorz Piotrowski i Waldemar Chmielewski - poszło następnie do samochodu po pasażera, ks. Popiełuszkę. Wszyscy trzej porywacze, jak również siedzący już w ich samochodzie Waldemar Chrostowski, zgodnie zeznawali, że wysiadający z oporami z pojazdu ksiądz został przyprowadzony na wysokość bagażnika samochodu porywaczy i, już tylko według zeznań porywaczy, został pobity, a nieprzytomnego związano i wrzucono do bagażnika samochodu. W ciągu trwającej, według nich, 3-, 4-minutowej akcji nie mijał ich żaden samochód. Dopiero po włożeniu księdza do bagażnika zobaczyli światła samochodu zbliżającego się od strony Bydgoszczy, czyli jadącego w tym samym kierunku. To sprawiło, że odjeżdżali z miejsca porwania w przyśpieszonym tempie. Po kilku kilometrach jazdy w miejscowości Przysiek, po wyprzedzeniu przez porywaczy fiata 126p, Waldemar Chrostowski wyskoczył z samochodu. Ci pojechali dalej. Chrostowski próbował zatrzymać dopiero co wyprzedzonego fiacika, ale jadący nim nie zatrzymali się. Pobiegł do oświetlonego pobliskiego zabudowania, którym okazał się hotel pracowniczy. Recepcjonistka wezwała pogotowie ratunkowe, które, na prośbę Chrostowskiego, zawiozło go najpierw pod plebanię kościoła Mariackiego w Toruniu. Tamtejszy proboszcz, po wysłuchaniu jego relacji, namówił go, aby pojechał do szpitala. Karetka zawiozła go do szpitala, ale wkrótce pojawił się tam prokurator i nakazał przewiezienie go do kliniki milicyjnej. W rzeczywistości okazało się, że został przewieziony do budynku toruńskiej komendy milicji. Podczas przesłuchań odtworzył przedstawiony wyżej przebieg zatrzymania samochodu i swojej ucieczki.

Co zeznali sprawcy?

Dalsze wydarzenia i działania porywaczy po ucieczce Chrostowskiego znane są tylko z ich własnych, zresztą zgodnych, zeznań. Siedzący na tylnym siedzeniu Piotrowski miał zauważyć przez tylną szybę, że znajdujący się w bagażniku ksiądz wypycha pokrywę bagażnika. W dodatku jakiś nienaturalny dźwięk spowodował, że kierowca skonstatował, iż samochód uległ uszkodzeniu, bo nie mógł utrzymać dotychczasowej prędkości. Zatrzymali się zatem na parkingu, jeszcze na prawym brzegu Wisły, w pobliżu toruńskiego mostu drogowego i hotelu „Kosmos”, aby zaradzić obydwu problemom. Doszli do wniosku, że wyciekła część oleju. Kiedy kierowca otworzył bagażnik, ksiądz miał wyskoczyć z niego i próbować ucieczki. Dopadnięty przez porywaczy, został na nowo skatowany, związany i ponownie wrzucony do bagażnika. Przejechali mostem i skierowali się na drogę prowadzącą do Włocławka. Przy wyjeździe z miasta zatrzymali się w pobliżu stacji benzynowej i jeden z nich poszedł dokupić oleju, a pozostali starali się nie dopuścić, aby ksiądz, który widocznie znowu odzyskał przytomność i siły, wypchnął pokrywę bagażnika. Ujechali więc kawałek, skręcili do lasu, zbili kapłana, jeszcze dokładniej go skrępowali i - jak sami przyznali - nieprzytomnego wepchnęli do bagażnika. Po kilkunastu kilometrach znowu spostrzegli, że ksiądz wypycha pokrywę. Wjechali w głąb lasu, wyjęli go, dodali kilka ciosów drewnianą pałką, w usta wcisnęli knebel i przymocowali go plastrami. Na koniec, odtwarzając dokładnie sposób stosowany przez mafię włoską, do podkurczonych nóg ofiary przywiązali worek z kamieniami, a podtrzymujące je sznury poprowadzili wokół gardła, aby każdy ruch wyprostowujący nogi zaciskał sznur na gardle i dusił księdza. Kiedy dojechali do Włocławka, dwukrotnie natknęli się na posterunki milicji drogowej. Za każdym razem, pokazując przez szybę specjalną przepustkę, byli przepuszczani bez zatrzymywania się i kontroli. Najpierw skierowali się w stronę Płocka, ale zaraz zawrócili i ponownie, mijając bez zatrzymania ten sam patrol drogowy, wjechali na tamę. Dojechali do końca, wyjęli obciążonego workiem z kamieniami księdza i wrzucili do Wisły. Według nich, była dokładnie północ. Przez Lipno wrócili do Warszawy.

Reklama

Co wynika z akt?

Pozwoliłem sobie przypomnieć tę funkcjonującą od czasu rozprawy toruńskiej wersję wydarzeń, aby na jej tle, odwołując się do stwierdzeń znalezionych w aktach śledztwa, ukazać różnice przez sąd pominięte milczeniem.
Jednymi z pierwszych, którzy zetknęli się z tą sprawą, byli lekarz, sanitariusz i kierowca - obsada karetki pogotowia. Wszyscy trzej panowie zgodnie zeznali, że kiedy wieźli Waldemara Chrostowskiego do Torunia, to mówił im, że jadąc z księdzem, w światłach swego samochodu zauważył na poboczu stojącego funkcjonariusza ruchu drogowego, który latarką dawał mu znak zatrzymania. Obok funkcjonariusza stał samochód - fiat 125p i dwie osoby ubrane po cywilnemu. Sam Chrostowski dwie godziny później w zeznaniach na komendzie toruńskiej relacjonował, iż samochód jechał za nimi. Czy to, co zeznała załoga karetki, było tylko przejęzyczeniem Chrostowskiego, czy oni trzej źle zapamiętali jego pierwszą chronologicznie relację z porwania? O tę zasadniczą sprzeczność sąd nie pytał Chrostowskiego ani nie wezwał na rozprawę załogi karetki.
Kiedy, po zawiadomieniu przez ks. Nowakowskiego, milicja drogowa odnalazła samochód, którym podróżował ks. Popiełuszko, dyżurny komendy toruńskiej skierował tam milicjanta z psem tropiącym. Milicjant dotarł tam o 23.40, czyli w niecałe dwie godziny po porwaniu. Przewodnik powtórzył później ze trzy, cztery razy: pies zawsze dochodził do tego samego miejsca, zaczynał krążyć wkoło. Doświadczenie i logika podpowiadały przewodnikowi, że w miejscu, w którym pies tracił ślad księdza, mógł stać inny samochód. Pozostają więc w całkowitej sprzeczności zeznania zarówno trójki oskarżonych, jak i Waldemara Chrostowskiego. Wszyscy oni bowiem zgodnie twierdzili, że ksiądz prowadzony był do samochodu porywaczy, stojącego za samochodem, z którego go wyprowadzono, czyli w kierunku przeciwnym do wskazanego przez psa. Komu wierzyć - bezstronnemu psu czy ludziom uczestniczącym w całym zdarzeniu? Sąd nie zajmował się takimi problemami. Prawdopodobnie uznał za najprawdziwszą tę wersję, którą kilkanaście godzin po porwaniu przesłano zdumiewającym w swej treści szyfrogramem z komendy toruńskiej do Biura Śledczego MSW: „Użyty na miejscu pozostawienia samochodu marki Volkswagen pies tropiący nie podjął śladu”. W tymże szyfrogramie zasygnalizowano - i nigdy już potem - wspomnianą wyżej sprzeczność zeznań Chrostowskiego i załogi karetki.
Był też ciąg dalszy historii z psami. Już w Warszawie przewodnik z Komendy Głównej użył dwóch psów do stwierdzenia, czy i gdzie w samochodzie porywaczy zachowały się ślady obecności porwanych. W pierwszej części eksperymentu obydwa psy nie wskazywały obecności Chrostowskiego w tym samochodzie. W powtórzonym po godzinie eksperymencie pierwszy pies zasygnalizował bardzo wyraźnie, że zapach pochodzący z ubrania Chrostowskiego odnalazł od razu i zdecydowanie na tylnym siedzeniu, za miejscem kierowcy. Drugi pies znowu niczego nie znalazł.
Kolejny etap poszukiwań dotyczył zapachu z marynarki znalezionej w samochodzie porwanych. Z kontekstu zeznań śledczych wynikało, że była to marynarka księdza. Obydwa psy nie znalazły zapachu księdza w bagażniku (gdzie miał przebywać co najmniej dwie godziny). Natomiast jeden z nich na swój sposób zasygnalizował obecność tego zapachu na… przednim siedzeniu. Czy rację miały psy, czy może pięciodniowy odstęp od wydarzeń z tamtej dramatycznej nocy zatarł ślady, czy może… Sąd w ogóle nie zastanawiał się nad tym.

Niemi i milczący świadkowie

Pytania mnożą się po przeczytaniu zeznań jak dotąd jedynych świadków części wydarzeń tamtego wieczoru na szosie toruńskiej. Ci dwaj mężczyźni wracali małym fiatem z Bydgoszczy do Torunia. W okolicach Górska jeden z nich, pasażer, dostrzegł dwa samochody - jasnego dużego fiata z literami KZC i przed nim zielonego volkswagena z pierwszą literą rejestracji - W. Samochody były nieoświetlone, nie widział nikogo w nich ani obok nich. Za kilka minut to właśnie ich wyprzedzał duży jasny fiat. Kiedy był już przed nimi, zauważyli snop iskier, podobny do tego, jaki pojawia się przy wyrzuconym papierosie. Fiatem przez moment jakby zarzuciło, a kiedy już zniknął im z zasięgu świateł, z przydrożnego rowu wyszedł człowiek, który próbował ich zatrzymać. Jeden ze świadków, nawet po ponad dwudziestu latach od tamtego wydarzenia, twierdzi, że człowiek próbujący ich zatrzymać ręce miał jakby czymś związane. Całe to zeznanie stoi jednak w sprzeczności z zeznaniami i oskarżonych, i Waldemara Chrostowskiego, którzy ani słowem nie wspominali, że opuścili samochód (chyba że się w nim kryli, widząc światła nadjeżdżającego samochodu - ale dlaczego?) i że kiedy jeszcze byli na miejscu porwania, mijał ich jakiś samochód. Sąd podczas rozprawy nie przychylił się do wniosku oskarżycieli posiłkowych, aby wezwać tych świadków, uznając, że ich zeznania niczego do sprawy nie wniosą.
Sąd przemilczał również zawartą w aktach notatkę służbową oficera MO, który opisał w dniu 25 października znalezienie różańca w pobliżu mostu toruńskiego i pobliskich ruin tzw. Zamku Dybowskiego. Jego drewniane paciorki były wytarte od używania. Leżał na ścieżce, a obok widoczne były ślady opon samochodowych. Według notatki, leżał tam od niedawna, gdyż części metalowe, mimo wilgoci, nie były zaśniedziałe. Znalezisko to, udokumentowane fotografiami, zostało już w czasie śledztwa uznane za powiązane z osobą księdza, skoro odnotowano je w aktach, ale nie doczekało się żadnych dalszych dochodzeń ani nie było wyjaśniane w sądzie. Przez dwadzieścia lat różaniec ten znajdował się w aktach śledztwa i ponownie został „odnaleziony” przez pracownika bydgoskiego IPN-u, przygotowującego w 2004 r. rocznicową publikację. Prawdopodobieństwo, że należał do ks. Popiełuszki, zwiększa fakt, iż wśród przedmiotów znalezionych w sutannie - a według zeznań kierowcy, po wyjeździe z Bydgoszczy ksiądz odmawiał Różaniec - nie znaleziono żadnego innego. Jeżeli był to różaniec księdza, to po raz kolejny oskarżeni, którzy w tej sprawie byli jednocześnie dla siebie świadkami, nie powiedzieli prawdy. W ich zeznaniach nie ma ani słowa o zjeździe pod dopiero co przejechany most, a sporo miejsca zajmowały opisy tego, co robili z księdzem przed przejechaniem tego mostu. Zapomnieli, że tam byli, czy może już nie oni tam przeładowywali księdza do innego samochodu? Zastanawiająca jest obojętność organów śledczych wobec tego znaleziska i przejście sądu do porządku dziennego nad tym tajemniczym faktem. Dodatkowe znaki zapytania wobec tego znaleziska rodzą dziennikarskie ustalenia, poczynione co prawda dopiero dwadzieścia lat później, lecz wskazujące, że oficer MO nadzorujący te poszukiwania dostał wtedy od komendanta wojewódzkiego nie nagrodę, ale naganę za niekompetencję.
I na koniec szczególnie intrygująca zagadka milczenia sądu. W aktach śledztwa znajduje się zeznanie młodej wówczas pracownicy ministerstwa, z którą Grzegorz Piotrowski spotkał się w kawiarni Wilanowskiej dwa dni po porwaniu księdza. Podkreślając, że mówił jej prawdę o zniknięciu księdza, wyznał: „Maczałem w tym palce, ale ja tego nie zrobiłem. Gdybym jeszcze raz miał to zrobić, na pewno już bym się tego nie podjął”, dodając dalej mgliste słowa o ludziach z wyższych szczebli, którzy najpierw namawiają, a potem odcinają się od wszystkiego. Po 1990 r., w ramach przesłuchań związanych z tzw. procesem generałów, okazało się, że ta pani była z osądzoną trójką podczas pierwszej próby zamachu na księdza - spowodowania wypadku samochodu, którym jechał z Gdańska do Warszawy. O jej przesłuchanie przed sądem kilkakrotnie wnioskowali oskarżyciele posiłkowi, ale nigdy przed sądem nie stanęła. Na każdy wyznaczony termin dosyłała zaświadczenie, że jest chora.

Zwycięstwo ks. Jerzego

Nie rozwijam wątku, który w ostatnich latach przewijał się na różnych łamach - pytania o to, kiedy faktycznie ksiądz zakończył życie, a kiedy jego ciało zostało faktycznie zatopione w nurtach Wisły. Wątpliwości zrodziły zeznania nurków, którzy jako pierwsi, pięć dni po porwaniu księdza, penetrowali dno rzeki w pobliżu tamy. Wtedy ciała nie znaleziono, co ekipie znającej doskonale to miejsce dawało pewność, że go tam nie ma. Po następnych pięciu dniach, w tym samym miejscu, co prawda przez innych nurków, ciało ks. Jerzego zostało znalezione. Ale jednocześnie, według ich doświadczeń z podobnymi sytuacjami, stan przedmiotów znalezionych w kieszeniach księdza sugerował, że ciało nie leżało w wodzie całe dziesięć dni i nocy. Stąd zrodziły się domysły, że może ksiądz został zabity później, aniżeli podawała oficjalna wersja. Z tym nie zgadzają się jednak wyniki sekcji, wskazujące, że niestrawiony jeszcze pokarm był taki sam, jak spożywany podczas kolacji w Bydgoszczy. Nie ma natomiast jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o dokładny czas pozostawania ciała w Wiśle, w miejscu, w którym je znaleziono.
To prawda, że zarówno brak odpowiedzi na te pytania, jak i ewentualna, nawet drastycznie inna, prawda o przebiegu wydarzeń tamtej nocy nie wpłynęła na ostateczny finał. Ks. Popiełuszko zginął jako męczennik systemu komunistycznego; z nienawiści tego systemu do wszelkiej działalności Kościoła i ludzi Kościoła. Tego nie zmienią nawet najbardziej bulwersujące ustalenia czy - ciągle przecież jeszcze możliwe - szczere wyznania sprawców i współpracujących z nimi. I tych bezpośrednich, i tych, którzy nadal pozostają w cieniu. Z tego punktu widzenia może nawet należałoby przyjąć, że to już koniec sprawy, dać sobie spokój i nie powracać do pytań, na które już niemal trzy dekady i tak nie ma odpowiedzi. Tym bardziej że na zupełnie innej płaszczyźnie sprawa tak dramatycznie zaczęta dwadzieścia osiem lat temu na szosie pod Toruniem przynosi teraz zaskakujące, nie do przewidzenia wtedy, rozwiązania. Przede wszystkim - nowy błogosławiony, o którym wielu może powiedzieć: znałem go, widziałem go, słyszałem go. Niewielu pokoleniom to się zdarza. Ale także i to - jestem wewnętrznie przekonany - że to jemu zawdzięczamy fakt, iż jedna z głównych, choć pozostających w cieniu, postaci z galerii odpowiedzialnych za śmierć ks. Jerzego - generał P. przed śmiercią pojednał się sakramentalnie z Panem Bogiem. Jeśli dla pozostałych miałby nastąpić podobny finał, to cóż wobec takich cudów znaczą wszystkie te przypomniane czy spóźnione pytania?

2012-10-22 14:03

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

6 czerwca przypada 10. rocznica beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki

[ TEMATY ]

Warszawa

bł. Jerzy Popiełuszko

relikwie

błogosławiony

Graziako/Niedziela

Ks. Jerzy Popiełuszko”, Teresa Chromy (1984 r.)

Ks. Jerzy Popiełuszko”, Teresa Chromy (1984 r.)

W ciągu dziesięciu lat kult bł. ks. Jerzego Popiełuszki rozwinął się przekraczając granice Polski. 6 czerwca w jego sanktuarium w kościele Św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, w specjalnej kaplicy wystawione zostaną kolejne relikwie związane z jego męczeńską śmiercią.

"Wierni będą mogli zobaczyć przedmioty, jakie miał przy sobie w ostatniej podróży: krzyżyk, różaniec, znaczek solidarności, wezwanie na przesłuchanie sądowe czy słynny znaczek z orzełkiem" - podał Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu księdza Jerzego Popiełuszki w informacji przekazanej PAP.

19 października ubiegłego roku, w rocznicę jego śmierci, w specjalnej gablocie udostępniono sutannę, w której zginął.

Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu oraz Sanktuarium Błogosławionego Ks. Jerzego Popiełuszki w Warsza

"Konserwacja przedmiotów współfinansowana była ze środków Ministerstwa Kultury i Edukacji Narodowej oraz ze środków Polskiej Fundacji Narodowej. Zakup specjalistycznych gablot sfinansowany został przez Polską Fundację Narodową oraz przez wiernych. Kaplica z relikwiami będzie otwarta dla wiernych w sobotę 6 czerwca w godzinach 10-16" - poinformowano.

Zwrócono uwagę, że w ciągu dziesięciu lat kult błogosławionego intensywnie się rozwijał przekraczając granice Polski. "W tym czasie o relikwie kapłana poprosiło 990 rodzimych kościołów, sanktuariów i domów rekolekcyjnych. 448 relikwii znalazło się w 61 krajach, w tym w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w Hongkongu, Korei Południowej, na Filipinach w Izraelu czy na Watykanie. Imieniem męczennika nazwano 219 ulic i placów, w tym pięć poza granicami Polski, w Nowym Yorku czy Budapeszcie" - podano.

Kult błogosławionego wiąże się również z licznymi świadectwami łask uzyskanych za jego wstawiennictwem. Do Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu księdza Jerzego Popiełuszki wpłynęło ich 570. Dwadzieścia z przysłanych po 2010 roku zaopatrzonych jest w dokumentację medyczną.

Dziesięć lat temu, 6 czerwca 2010 roku wysłannik papieża Benedykta XVI arcybiskup Angelo Amato na Placu Piłsudskiego w Warszawie odczytał uroczystą formułę beatyfikacyjną wynosząc męczennika komunizmu, księdza Jerzego Popiełuszkę, do grona błogosławionych. "Aktowi temu towarzyszyło ponad 250 tys. wiernych, w tym matka księdza Jerzego Marianna, jego przyjaciele oraz liczni przedstawiciele polskiego świata pracy. Fakt ten rozpoczął oficjalny kult kapelana Solidarności" - przypomniano.(PAP)

Autor: Magdalena Gronek

mgw/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Nigeria: chrześcijanie spaleni żywcem

2020-09-17 15:34

[ TEMATY ]

Nigeria

chrześcijanie

Ks. Seweryn Puchała

Dwoje chrześcijan zostało spalonych żywcem w zeszły piątek w nigeryjskiej wiosce Manyi-Mashin, w regionie Kaduna. Od stycznia do maja islamscy pasterze Fulani zabili przynajmniej 470 wyznawców Chrystusa.

Dwójka chrześcijan nie zdążyła uciec przed atakiem islamskiej milicji ludu Fulani na nigeryjską wioskę w regionie Kaduna. Zostali spaleni żywcem w ich domach; 62-letnia Cecylia Ishaya, matka sześciu synów oraz 56-letni Iliya Sunday, który miał ośmioro dzieci. Islamscy bojownicy spali wszystkie budynki mieszkalne, rabując z nich wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek wartość – relacjonuje Sahara Reporters.

Zaledwie kilka dni wcześniej, 8 września, dwóch studentów zostało zaatakowanych toporami i maczetami niedaleko tamtejszej wioski. Jeden z nich zmarł na miejscu.

Według raportu opublikowanym 15 maja przez International Society for Civil Liberties and the Rule of Law od początku 2020 roku dżihadyści zabili już 620 chrześcijan, w tym 470 przez samych Fulanów. Poza tym setki z wyznawców Chrystusa znajdują się w rękach Boko Haram, zmilitaryzowanej muzułmańskiej organizacji ekstremistycznej, choćby Leah Sharibu czy Grace Taku, kobiety, które nie chciały przejść na islam.

CZYTAJ DALEJ

Pożegnanie śp. ks. Romana Kulczyckiego

2020-09-20 07:07

Joanna Ferens

Msza św. żałobna za śp. ks. Romana Kulczyckiego

Msza św. żałobna za śp. ks. Romana Kulczyckiego

W sobotę, 12 września br. w Domu Księży Seniorów w Biłgoraju zmarł ks. Roman Kulczycki. Msza św. żałobna pod przewodnictwem ks. biskupa Jana Śrutwy została odprawiona (14.09) w kościele parafialnym pw. św. Marii Magdaleny w Biłgoraju.

Już na samym początku ks. Biskup zachęcał do modlitwy w intencji zmarłego kapłana: – Podczas pracy naukowej, we Włoszech, na Sycylii zobaczyłem w katakumbach napis w języku greckim, który do dziś mam przed oczyma. Napisane było na jednym z grobów: "Nikt nie ujdzie śmierci". Więc dziś chciałbym powiedzieć, przywołując śmierć naszego brata Romana i tylu innych ze stanu duchownego, którzy w pielgrzymce życia go poprzedzili. Nikt nie ujdzie śmierci, ale my chrześcijanie ze śmierci przechodzimy do życia – mówił.

W kazaniu dyrektor Domu Księży Seniorów, ks. Krzysztof Portka dziękował zmarłemu za świadectwo jego kapłańskiego życia, podkreślał pokorę zmarłego w przyjmowaniu krzyża dnia codziennego i choroby, jego pamięć o zmarłych kapłanach oraz zaufanie do Bożego Miłosierdzia: – Dziś dziękuję ci Księże Romanie za ową pokorę w przyjmowaniu krzyża, cierpienia, choroby, ale również dziękuję ci za twoją dobroć wobec współbraci kapłanów z naszego domu, zwłaszcza wobec już zmarłych m.in. śp. ks. Eugeniusza Tatarczaka, ks. Michała Stycznia. Dziękuję ci również księże Romanie za pewne zdanie, które kiedyś wypowiedziałeś, bo ono było odwagą twojego serca. Wypowiedziałeś je przy mnie do jednego z kapłanów: „Pamiętaj, że Boże Miłosierdzie ma nauczyć nas miłości, która nie potępia i nie wypomina”. To piękne zdanie i w tej godzinie Bożego Miłosierdzia potrzebne jest każdemu z nas. Dziękuję ci za to świadectwo twojego kapłańskiego życia – zaznaczał.

Ks. Krzysztof Portka przytoczył również ostatnie słowa testamentu śp. ks. Romana: – Chciałbym na zakończenie przywołać ostatnie słowa z testamentu zmarłego ks. Romana. Tak zapisał: „Bądź uwielbiony Panie za wszystko, a po śmierci odpuść winy i obdarz łaską przebywania z Tobą na wieki. Maryjo wyproś mi żal i łaskę dobrej śmierci. Ave Maria!”. Przedziwnie się związałeś księże Romanie z Matką Bożą. 2 lutego 1957 roku w święto Matki Bożej Gromnicznej przyszedłeś na świat. 12 września 2020 roku we wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi umierasz, a jutro, we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Matki Bolesnej spoczniesz w swej rodzinnej parafii. Maryjo, Matko kapłanów, uproś u swojego Syna Jezusa Chrystusa łaskę miłosierdzia dla powracającego po ziemskiej wędrówce ks. Romana i wspomóż wszystkie młode serca w odważnym pójściu za Chrystusem i ofiarowaniu się Bogu i Kościołowi, by nie zabrakło głosiecieli Ewangelii i szafarzy świętych tajemnic – podkreślał.

Msza św. pogrzebowa pod przewodnictwem Biskupa Pomocniczego Mariusza Leszczyńskiego odbyła się we wtorek, 15 września 2020 r., w kościele parafialnym pw. Wniebowzięcia NMP w Nowym Siole.

Ks. Roman Kulczycki urodził się 22 lutego 1957 r. w Cieszanowie. Święcenia kapłańskie otrzymał 28 czerwca 1983 r. w Lubaczowie z rąk biskupa Mariana Rechowicza – Administratora Apostolskiego w Lubaczowie. Posługiwał duszpastersko w wielu placówkach m.in. w Baszni Dolnej, w Narolu, Tarnoszynie, Niemstowie, Zamościu, a także jako duszpasterz i misjonarz na Ukrainie i Republice Południowej Afryki. Od 2009 roku pomagał jako rezydent w Krowicy Samej, w Hrubieszowie, w Parafii Chrystusa Króla i Parafii św. Marii Magdaleny w Biłgoraju.

Śp. ks. Romana polecajmy w modlitwach Miłosierdziu Bożemu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję