Reklama

Kultura

Nie taki zimny drań

Eugeniusz Bodo, największy gwiazdor przedwojennego kina i kabaretu, bożyszcze tłumów, doczekał się filmowej biografii, i to w kilkunastu odcinkach

2016-03-16 08:51

Niedziela Ogólnopolska 12/2016, str. 44-45

[ TEMATY ]

film

kino

teatr

telewizja

Dorys/oprac Czeslaw Czaplinski/FOTONOVA

Życie Eugeniusza Bodo, najbardziej dziś rozpoznawalnego amanta przedwojennego ekranu, świetnie nadaje się na opowieść rozłożoną na wiele części. Niepozbawiony wielkiego talentu aktor trafia do fascynującego i wielobarwnego świata międzywojennego show-biznesu. Obraca się w środowisku tworzonym przez dopiero co narodzone gwiazdy, m.in. Adolfa Dymszę, Konrada Toma, Aleksandra Żabczyńskiego. Z czasem przerasta większość z nich.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej Bodo był u szczytu popularności. Był królem życia, elegancji – zaliczano go do najbardziej eleganckich warszawiaków – idolem mężczyzn, lwem salonowym, ulubieńcem kobiet, żywą legendą kina. Ale życie zakończył tragicznie – chory, wyniszczony w sowieckim łagrze. Taki też, słodko-gorzki – jak przyznaje współautor i reżyser Michał Kwieciński – jest serial „Bodo”.

Adept na gigancie

Serial jest tylko inspirowany biografią Eugeniusza Bodo, niektóre wątki i zdarzenia zostały z konieczności wymyślone. Szczególnie trudne do odtworzenia są początki kariery artysty, gdyż niewiele wiadomo o jego młodości w Łodzi, występach w Lublinie czy Poznaniu. Pierwsze lata pięcia się na szczyt młodego aktora wymagały dużej wyobraźni autorów serialu, dlatego muszą oni liczyć na wyrozumiałość widzów – że nie będą ich rozliczać z każdego faktu i szczegółu.

Reklama

W pierwszym odcinku oglądamy dojrzewającego chłopaka, który od sumiennej nauki woli taneczne i aktorskie ćwiczenia i marzenia o wielkiej karierze. Jest zakompleksiony, niezadowolony ze swojego wyglądu. Ale na scenie jest inaczej, lepiej i ciekawiej niż w życiu. – Gdy gram, to ludzie oklaskują to, co robię, a nie to, kim jestem – mówi do kolegi.

To prosta droga do porzucenia szkoły i marzeń matki o karierze syna jako prawnika czy lekarza. I prosta droga do skazania się przez Eugeniusza Bodo na niepewny chleb. Gdy Eugene Bogdan Junod (bo tak naprawdę się nazywał, pseudonim „Bodo” powstał z połączenia imion jego i matki – Bogdan i Dorota) miał 18 lat, uciekł z domu do Poznania i – po epizodzie pracy jako bileter – zaczął występować w tamtejszym teatrze. Jak niepewny jest zawód aktora, miał okazję obserwować wcześniej w teatrze swojego ojca, Teodora Junoda, z urodzenia Szwajcara. Nie zniechęciło go to.

W paryskim stylu

W Warszawie zadebiutował w 1919 r. w teatrze Sfinks. Po kilku miesiącach przeniósł się na scenkę Bagateli, zaczął odnosić pierwsze sukcesy, i to nie byle gdzie – w teatrzyku Qui Pro Quo, wylęgarni talentów, z którym był związany, póki nie znalazł się w konkurencyjnym rewiowym Perskim Oku.

W późniejszych latach był gwiazdą Morskiego Oka, czyli „nadwiślańskiej rewii w paryskim stylu”, potem Cyganerii, Cyrulika Warszawskiego i Wielkiej Rewii. Sukcesy sceniczne wzmacniały liczne filmy, w których występował. Po debiucie w „Rywalach” w 1925 r. zagrał jeszcze w 30 innych filmach.

Jedną z najbardziej znanych ról wykreował w filmie „Piętro wyżej”. To historia mieszkających w tej samej kamienicy dwóch Pączków: Hipolita, wielbiciela muzyki poważnej, oraz Henryka (Bodo) spikera radiowego, amatora muzyki rozrywkowej. Obaj w swoich mieszkaniach urządzają koncerty, bardzo często jednocześnie. Z filmu pochodzą wielkie przeboje Bodo: „Umówiłem się z nią na dziewiątą” i „Sex appeal”. Z filmu „Paweł i Gaweł” pochodzi szlagier „Ach, śpij, kochanie”, a z „Pieśniarza Warszawy” – „Już taki jestem zimny drań”.

Czarne perły

W „Czarnej perle” z 1934 r. Bodo wystąpił razem z tahitańską aktorką i tancerką Reri, właśc. Anne Chevalier, którą poznał podczas jej pobytu w Warszawie i z którą prywatnie połączył go romans. Bodo spotykał się także m.in. z Norą Ney (Sonią Nejman) i Zulą Pogorzelską, ale nigdy się nie ożenił.

Mówił, że jego największą miłością są matka (coś w tym było, był z nią naprawdę blisko związany) i pies, ogromny łaciaty dog arlekin, podarowany mu przez matkę. Sambo chodził ze swoim panem wszędzie, nie wyłączając restauracji. Gdy ludzie bali się psa, Bodo zwykł mówić: „Proszę się nie bać, Sambo zjadł już kilka osób na śniadanie”.

Lubił grać, zmyślać, a co najmniej koloryzować. Przy okazji kręcenia filmu „Amerykańska awantura” opowiadał dziennikarzom, że w czasie zdjęć w USA w Harlemie napadli go Murzyni. Zostawili go w samych majtkach i tak musiał wracać do hotelu… Rzeczywistość była bardziej banalna: film kręcono w Gdańsku i nie było tam ani Murzynów, ani napadu.

Bodo był także udziałowcem przemysłu rozrywkowego. W 1931 r. założył wytwórnię B.W.B. Film, a w 1933 r. – Uranię. Nazwa upamiętniała kino założone przez jego ojca, w którym występował jako dziecko. Pół roku przed wybuchem wojny aktor uruchomił luksusową Café-Bodo, która kilka miesięcy później miała stać się zalążkiem słynnej kawiarni „U Aktorek”.

Po polsku i po rosyjsku

Wojna przerwała jego szerokie plany i najpewniej także rozwój artystyczny. Z czasem, jak widać w niektórych filmach, w aktorze rewiowym i komediowym zaczął się odzywać talent dramatyczny. Bodo podpisał umowę z nowym kabaretem Tip-Top i rozpoczął zdjęcia do międzynarodowej produkcji „Uwaga, szpieg”, której był reżyserem. Filmu, w którym Bodo grał też asa wywiadu, nie dokończono.

Ten film stał się najpewniej powodem nagłego wyjazdu Bodo z Warszawy po niemieckiej agresji na Polskę – miał wydźwięk antyniemiecki, dlatego aktor mógł spodziewać się represji. Z falą uchodźców we wrześniu 1939 r. wyjechał do Lwowa, wkrótce zajętego przez Sowietów.

Tu nie przestał być aktorem. Występował w sali kina Stylowy razem m.in. z Gwidonem Boruckim, Feliksem Konarskim i Mieczysławem Foggiem. Występował w zespole „Tea-Jazz” prowadzonym przez Henryka Warsa, działającym za zgodą władz sowieckich. Śpiewał po polsku i po rosyjsku, jeździł z „Tea-Jazzem” między Lwowem i Moskwą.

Chociaż miał dwa paszporty – polski i szwajcarski, bez wątpienia czuł się Polakiem. Ale zachował też – pisze Ryszard Wolański, autor biografii „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”– przynależność do ojczyzny Wilhelma Tella – z czego był bardzo dumny. Teraz starał się to wykorzystać.

Uwaga na szpiega

Zaczął mówić o wyjeździe do Ameryki, a paszport neutralnej Szwajcarii i wstawiennictwo ambasady tego kraju powinny były mu to ułatwić. Niestety: nie wtedy i nie w Sowietach. W czerwcu 1941 r. został aresztowany, przewieziony do Moskwy i poddany wielomiesięcznemu śledztwu. Dla NKWD deklaracje Bodo, że jest obywatelem Szwajcarii, jego znajomość kilku języków i pobyty w Niemczech mogły świadczyć tylko o jednym: musiał być szpiegiem.

– Nie mieściło się enkawudzistom w głowie, że można być sławnym polskim aktorem, obywatelem Szwajcarii, mieszkać wśród Niemców i z łatwością porozumiewać się w ich języku – twierdzi Ryszard Wolański. – Że można spędzać urlop we Włoszech, mieć żydowskich przyjaciół, wyjeżdżać na wycieczki do Francji, kręcić filmy w Afryce i Ameryce, mówić świetnie po rosyjsku, śpiewać dla szerokiej publiczności od zachodu po wschód Europy...

Dowodów na to, że aktor był niemieckim szpiegiem, nie znaleziono. Skoro jednak polska ambasada bardzo interesowała się losami niejakiego Junoda-Bodo, na wszelki wypadek dobrze było uznać go za podejrzanego o działalność wywiadowczą na korzyść Polski i Niemiec.

Uwolniony po śmierci

W styczniu 1943 r. skazano aktora na pięć lat obozu pracy poprawczej za szpiegostwo. Kilka miesięcy później trafił do łagru w Kotłasie k. Archangielska. W czerwcu 1943 r. władze więzienne stwierdziły jego niezdolność do pracy i nieuleczalną w warunkach więziennych chorobę, dlatego skierowały jego sprawę do ułaskawienia. Aktu łaski Bodo jednak nie doczekał. Zmarł na początku października 1943 r. Pochowano go w anonimowym zbiorowym grobie.

Ale o tym wszystkim dowiedzieliśmy się dopiero w latach 90. ubiegłego wieku. W czasach PRL ostatnie lata życia Eugeniusza Bodo owiane były tajemnicą. W 1991 r. na podstawie art. 3 Ustawy Federacji Rosyjskiej „O rehabilitacji ofiar represji politycznych” artysta został zrehabilitowany. Na ostatnich zachowanych zdjęciach widać go jako wychudzonego mężczyznę, w którym z trudnością można rozpoznać wielkiego polskiego gwiazdora.

Ostatnie tygodnie życia Eugeniusza Bodo pokazał w filmie dokumentalnym „Za winy niepopełnione” Stanisław Janicki. – Dla mnie najbardziej wstrząsające w relacjach świadków było to, że on przez te prawie dwa lata od aresztowania nie zdjął płaszcza, w którym został zabrany – mówił Janicki dziennikarzom. – To znaczy, że człowiek naprawdę się nie poddaje...

Serial „Bodo” zaczyna się od sceny, w której aktor jest już w rękach Sowietów, a reszta to retrospekcja. Jednak całość, także zakończenie – jak zapewnia Michał Kwieciński – nie jest przesiąknięta martyrologią. O szczegółach ostatnich lat życia aktora widzowie pewnie będą musieli sobie doczytać.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

W Rzymie zakończył się festiwal filmów katolickich „Mirabile Dictu”

2019-12-04 12:17

[ TEMATY ]

festiwal

film

kino

Rzym

Włodzimierz Rędzioch /Niedziela

Festiwal „Mirabile Dictu” to najbardziej prestiżowe wydarzenie kinematografii o charakterze religijnym. Został zainaugurowany w 2010 r. przez reżyserkę i producenta filmowego, Lianę Marabini, jako miejsce spotkania i konfrontacji producentów i reżyserów filmów fabularnych oraz dokumentalnych, seriali telewizyjnych, filmów krótkometrażowych i programów promujących uniwersalne wartości moralne i pozytywne modele.

W tym roku odbył się już jubileuszowy, dziesiąty festiwal, któremu, jak co roku, patronowała Papieska Rady ds. Spraw Kultury, a jego głównym tematem był heroizm kapłanów.

Włodzimierz Rędzioch

Wśród trzech finalistów nominowanych w kategorii „Najlepszy film” znalazł się polski spektakl telewizyjny „Inspekcja” wyprodukowany przez Studio Filmowe „N” z Łodzi w reżyserii Jacka Raginisa-Królikiewicza. „Inspekcja” to wstrząsający obraz dziejów polskich oficerów więzionych w sowieckim obozie jenieckim w ostatnich miesiącach przed dokonaniem zbrodni katyńskiej. Wasilij Zarubin, na zlecenie Stalina, próbuje zwerbować do współpracy z komunistyczną władzą polskich oficerów w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Metoda Zarubina to perfidna gra psychologiczna z ludźmi, którzy znaleźli się w dramatcznej sytuacji więźniów sowieckich, pełni obaw o swoje losy osobiste jak i Polski.

Ostateczne wyniki konkursu zostały ogłoszone podczas uroczystej gali 28 listopada br. w Rzymie w Hotelu Cavalieri w obecności finalistów z 11 różnych krajów. Nagrodę „Srebrną Rybę” (zainspirowaną pierwszym symbolem chrześcijańskim) za najlepszy filmu otrzymał „Otto Neururer, Hope Through Darkness” („Otto Neururer – Hoffnungsvolle Finsternis”) Hermanna Weiskopfa (Austria). To prawdziwa historia austriackiego księdza katolickiego Otto Neururera, zamordowanego przez nazistów w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie w 1940 r. Po odkryciu jego podziemnej działalności duszpasterskiej i sprawowania sakramentów w obozie został odizolowany i poddany powolnej agonii. Został beatyfikowany przez Jana Pawła II w 1996 r. W tej samej kategorii filmów rywalizowały także dwa obrazy: „Joseph Freinademetz, pierwszy święty w historii Hongkongu” reżysera Lai Nor Ngan (Hongkong) oraz „Inspekcja” Jacka Raginisa-Królikiewicza.

Za najlepszego reżysera uznano Dericka Cabrido, który zaprezentował film „Clarita” (Filipiny). W innych kategoriach nagrody zdobyli: „Twarze” Ernő Zoltána Balogha (Węgry) za najlepszy film krótkometrażowy; „J.R.R. Tolkien. Niespodziewany przyjaciel” Ricardo del Pozo (USA) za najlepszy film dokumentalny.

Nagrodę specjalną Fundacji Capax Dei za wartości ewangelizacyjne otrzymał film „Joseph Freinademetz, pierwszy święty w historii Hongkongu”. Prezentuje on postać Josepha Freinademetza, austriackiego werbisty, który był misjonarzem w Chinach pod koniec XIX wieku. Jana Pawła II ogłosił go świętym w 2003 r.

Przewodnicząca festiwalu Liana Marabini podziękowała za obecność przybyłym na galę producentom, reżyserom i aktorom. W tym roku organizatorzy Festiwalu otrzymali prace z całego świata, ponad 1500 filmów, z których wybrano finalistów. Już po raz kolejny do finału trafił film polski, co należy uznać za sukces reżysera Jacka Raginisa-Królikiewicza i producenta, Studio Filmowe „N” (w gali uczestniczyła Bogna Janiec, prezes zarządy Studia „N”). Jury pracowało pod przewodnictwem aktorki, księżniczki Marii Pii Ruspoli, a w jego skład wchodzili: angielski aktor Rupert Wynne-James, włoska producentka telewizyjna Oriana Mariotti, austriacki producent filmowy Norbert Blecha oraz francuski dystrybutor filmów Hubert-Henri de la Valière.

CZYTAJ DALEJ

Medjugorie. Miejsce objawienia... Kościoła

2020-01-14 10:24

Niedziela Ogólnopolska 3/2020, str. 19

[ TEMATY ]

Medjugorie

Archiwum autora

Kościół św. Jakuba w Medjugorie

Już dziś mówi się o Medjugorie nie jako o miejscu ukazywania się Matki Bożej, ale o miejscu... objawiania się mocy sakramentów Kościoła.

Medjugorie komuś przeszkadza. Może nawet nie tyle samo objawienie, ile... jego odbiór. W końcu wiele jest objawień maryjnych, nawet oficjalnie uznanych, a jednak nie mają one tak masowego przełożenia na ludzkie losy. O niektórych z nich właściwie nic nie wiemy. Kto słyszał o Betanii (1976), Cuapie (1980), San Nicolas (1983)... Tymczasem orędzie z Medjugorie znają miliony i dostrzegają w nim zaproszenie do zmiany życia na „według Ewangelii”. Więcej – i to znowu szczególny fenomen – ludzie wracają do domów, a nawrócenie trwa...

Zasłuchanie w to orędzie jest masowe i zmienia (na stałe!) życie milionów osób (aż tylu!). Zauważmy, że po tylu już latach trwania objawień tę ziemię zdążyło opuścić więcej niż jedno pokolenie ludzi nawróconych przez Medjugorie. Ci ludzie nie trafili do piekła, do którego może szli... Czy dla Boga i dla Kościoła jest coś ważniejszego niż to?

Wincenty Łaszewski

GŁOS KOŚCIOŁA: „Medjugorie są to przede wszystkim ludzie, którzy tu przyjeżdżają, którzy się tu modlą, tutaj się przemieniają, stąd wyjeżdżają do swoich krajów i tam niosą ducha Ewangelii” – tłumaczy abp Henryk Hoser. Zdaniem papieskiego wysłannika, w sanktuarium Królowej Pokoju najważniejsi są właśnie ludzie – nie orędzie objawień. A jeśli mówimy o orędziu... słyszymy o orędziu Ewangelii! Piękne to, prawda?

GŁOS ANTY-KOŚCIOŁA: Trudno się dziwić, że komuś Medjugorie przeszkadza. Więc słyszymy, że „to jest od diabła!”, że to „manipulacja”, że „masoneria”, że „dla zysku i sławy”, że „wizjonerzy żyją w luksusach”, że „podróżują po świecie”...

Jeśli to nie wystarcza, by zasiać niepokój, przedstawia się nam inne oskarżenie: Medjugorie ma za zadanie odciągnąć ludzi od Fatimy – jedynego orędzia, które może ocalić świat. Dlatego te przesłania są takie cudowne, niezwykłe, wiarygodne... Mają przykuć ludzi do siebie, tym samym nie dopuścić do triumfu Niepokalanego Serca.

Można jeszcze próbować skompromitować same objawienia. Nie wypowiadamy się o ich prawdziwości, bo to rola kościelnych urzędów, ale abp Hoser potwierdza, że nie ma tu błędów doktrynalnych. Coraz głośniej mówi się też o tym, że do Medjugorie może zostać zastosowany precedens z Kibeho (objawienia w Afryce, uznane w 2001 r.; warto wspomnieć, że w ich zatwierdzeniu dużą rolę odegrał właśnie abp Henryk Hoser, będący wówczas misjonarzem w Rwandzie). Pojawiają się głosy, że taka decyzja może zapaść jeszcze w tym roku... Kościół ogłosiłby wiarygodnymi pierwsze objawienia, ograniczyłby liczbę wizjonerów do dwóch-trzech, bo – podobnie jak w Kibeho – potem treści się powtarzają, a inni wizjonerzy nie wnoszą do objawienia nic nowego.

Gdyby tak się stało, byłoby to kolejne potwierdzenie, że Medjugorie jako „teren objawień” spełniło swą misję.

Już dziś mówi się o Medjugorie nie jako o miejscu ukazywania się Matki Bożej, ale o miejscu... objawiania się mocy sakramentów Kościoła.

PROROCZE MIEJSCE: W tej parafii jest prawdziwy, żywy, napełniony mocą Kościół. Nieważne, czy Msze odprawia święty czy najgorszy kapłan – zawsze jest ona doświadczeniem obecności i miłości Boga, który uzdrawia, nawraca, rodzi nowe życie. Nieważne, kto spowiada: sakrament zawsze ujawnia swą moc. Ludzie mówią o odbytych tam „spowiedziach życia”...

Medjugorie – miejsce modlitwy, liturgii, sakramentów, miejsce nawrócenia. Tak widzi je papieski wysłannik. Tego typu znak – mówiący, że odnowa Kościoła jest na wyciągnięcie ręki! – jest niezwykle potrzebny w czasach obecnego kryzysu. Gdyby prorocka misja Medjugorie rzeczywiście oznaczała bycie zaczynem odnowy Kościoła, a w naszych parafiach zaczęło się ujawniać to, co tam – moc sakramentów, wówczas Medjugorie okazałoby się jednym z najważniejszych miejsc na duchowej mapie świata.

Nie będziemy chyba długo czekać na weryfikację tej tezy.

Wincenty Łaszewski, mariolog, pisarz, tłumacz

CZYTAJ DALEJ

Na ekumeniczną nutę

2020-01-26 21:15

[ TEMATY ]

Jasna Góra

ekumenizm

koncert

Marian Florek/Niedziela

„Pastores i Przyjaciele”

Podsumowując częstochowski Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan ks. Jarosław Grabowski powiedział, że czas budowania chrześcijańskiej jedności nie może być ograniczony tylko do siedmiu dni, on powinien trwać i trwa przez wszystkie kolejne dni kalendarzowego roku.

Postulat codziennego praktykowania ekumenizmu szczególniej wybrzmiał na jasnogórskim koncercie w dniu 26 stycznia br. wraz z papieskim apelem aby muzyka Ewangelii (obecna przecież w kolędach) przysposabiała nas wszystkich do bycia uczniami - misjonarzami pośród świata, w którym żyjemy. (przemówienie papieża Franciszka podczas spotkania ekumenicznego w katedrze ewangelicko-augsburskiej w Rydze w 2017 r.).

Marian Florek/Niedziela

Ks. Adam Glajcar z ks. Jarosławem Grabowskim

Ekumeniczne kolędowanie na Jasnej Górze zwieńczyło częstochowski Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Bohaterem wieczoru był zespół muzyczny „Pastores i Przyjaciele”, który przygotował, dla licznie zgromadzonych w Auli Jana Pawła II, zestaw popularnych kolęd. Teksty utworów wyświetlane na dużym ekranie i zachęta artystów sprawiły, że cała sala wzięła udział w gremialnym kolędowaniu w rzeczywiście ekumenicznym duchu. A kiedy zespół pozwolił sobie na amerykański świąteczny przebój w stylu country wszyscy powstali i w tanecznym rytmie towarzyszyli wykonawcom a następnie nagrodzili ich gromkimi brawami.

Zobacz zdjęcia: Na ekumeniczną nutę

Wszystkich zgromadzonych powitał podprzeor Jasnej Góry o. Jan Poteralski, który mówił o swoich ekumenicznych doświadczeniach. Potem obowiązki gospodarza przejął ks. Adam Glajcar, proboszcz częstochowskiej parafii ewangelicko-augsburskiej, przedstawiając pozostałych uczestników wydarzenia - ks. Jarosława Grabowskiego, redaktora naczelnego Tygodnika Katolickiego „Niedziela” i odpowiedzialnego za działania ekumeniczne na terenie archidiecezji częstochowskiej, ks. mitrata Mirosława Drabiuka, proboszcza prawosławnej parafii pw. Częstochowskiej Ikony Matki Bożej w Częstochowie oraz Ryszarda Majera, senatora RP. Szczególnie ciepło zostały powitane siostry z Zakonu Najświętszego Zbawiciela św. Brygidy, popularne „Siostry Brygidki”, których charyzmatem jest służba dziełu przywrócenia jedności wszystkich wierzących w Chrystusa. Chodzi tu o wprowadzenie w życie zasad ekumenizmu wypracowanych na Soborze Watykańskim II.

Obszerniejsze sprawozdanie z wydarzenia będzie dostępne w formie filmowej na stronach internetowych „Niedzieli” i w wydaniu papierowym naszego tygodnika.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję